Chłopczyk obudził się na dźwięk stęknięcia matki

polregion.pl 1 dzień temu

Mały chłopiec obudził się od jęku matki. podszedł do jej łóżka:

Mamo, boli cię?

Mateuszku, przynieś wody!

Zaraz, ruszył do kuchni.

Po minucie wrócił z pełną filiżanką:

Proszę, mamo, pij!

Usłyszał pukanie w drzwi.

Synu, otwórz! Chyba ciocia Halina przyszła.

Do pokoju weszła sąsiadka, trzymając w ręku dużą miskę.

Jak się masz, Bogno? pogłaskała głowę. Masz gorączkę. Przyniosłam ciepłe mleko z masłem.

Wypiłam lekarstwo.

Musisz iść do szpitala, leczenie jest ważne. Trzeba jeść normalnie, a twoja lodówka jest pusta.

Ciociu Halino, wydałam wszystkie pieniądze na lekarstwa łzy wzbierały w oczach chorej. Nic nie pomaga.

Musisz leżeć w szpitalu.

A kto wtedy zostanie ze mną, Mateuszek?

A kto cię zostanie, jeżeli umrzesz? Nie masz jeszcze trzydziestu lat, nie masz męża ani pieniędzy pogłaskała ją po głowie. Dobra, nie płacz!

Ciociu Halino, co zrobić?

Zadzwonię po lekarza wyciągnęła telefon.

Po kilku minutach telefon połączył się, i wszystko dowiedziała.

Powiedzieli: w ciągu dnia przyjadą. Gdy przyjadą, wezmą ze mną Mateusza.

Sąsiadka wyszła na korytarz, a chłopiec podążył za nią:

Ciociu Halino, czy mama nie umrze?

Nie wiem. Trzeba prosić Boga, żeby pomógł, a twoja mama w Niego nie wierzy.

A dziadek Bóg pomoże? w oczach chłopca błyszczała nadzieja.

Trzeba pójść do kościoła, postawić świecę i poprosić, wtedy on pomoże. Ja już idę.

***

Mateusz wrócił do matki zamyślony:

Mateuszku, pewnie chcesz coś zjeść, a u nas nic nie ma. Przynieś dwa szklanki.

Kiedy przyniósł, matka nalała do nich mleka:

Pij!

Wypił, ale poczuł, iż chce jeszcze więcej. Maria od razu to zauważyła. Z trudem wstała, sięgnęła po portfel:

Mam piętnaście złotych. Idź, kup dwa rogaliki i po drodze coś zjedz, a ja coś przygotuję. Chodź!

Pożegnała syna przy drzwiach i, trzymając się ściany, ruszyła do kuchni. W lodówce były tanie konserwy rybne, trochę margaryny, na parapecie leżały kilka ziemniaków i cebula.

Trzeba zrobić zupy

Zawróciła się, opadła na stołek:

Co się ze mną dzieje? Nie mam sił. Prawie połowa urlopu już minęła. Pieniądze się skończyły. Jak nie wyjdę do pracy, jak mam Mateusza do szkoły odprowadzić? Za miesiąc pójdzie do pierwszej klasy. Nie mam rodziny, nie ma kogo pomóc. A najważniejsze ta choroba. Powinnam od razu iść do przychodni. Co gdyby go przyjęli, a Mateusz zostanie sam?

Z trudem wstała i zaczęła obierać ziemniaki.

***

Głód wzbierał, ale myśli chłopca krążyły gdzie indziej:

Wczoraj mama nie wstawała z łóżka. Czy naprawdę umrze? Ciocia Halina mówiła, iż trzeba prosić dziadka Boga o pomoc zatrzymał się i skierował w stronę kościoła.

***

Już pół roku po powrocie z wojny. Cudem przeżyłem. Teraz mogę chodzić, choć z laską. Nie zwracam już uwagi na liczne rany. Blizny na twarzy? Nieważne, nikt już nie wyprowadzi mnie za mąż pomyślał Nikodem, idąc ku kościołowi. Muszę postawić świecę za przyjaciół. Dziś minął rok od ich śmierci, a ja cudownie przeżyłem.

Dwadzieścia lat wcześniej poszedł na służbę. Teraz jest cywilem, ale czuje się niepotrzebny. Emerytura wystarczy na spokojne życie, a pieniądze z kontraktu w banku wystarczą jeszcze dwa lata. Po co to wszystko, kiedy jest się samemu?

Przy kościele stały ubodzy. Nikodem wyciągnął kilka banknotów po stu złotych, rozdał im i poprosił:

Proszę, módlcie się za moich poległych przyjaciół Romana i Stanisława!

Wszedł do kościoła, kupił świece, zapalił je i zaczął odmawiać modlitwę, której nauczył go proboszcz:

Wspomnij, Panie Boże

Krzyżując się, wymawiał słowa, a przed oczami, jakby żywe, stali jego przyjaciele.

Kiedy zakończył, stał w milczeniu, wspominając ciężkie życie.

Mały, chudy chłopiec stał przy taniej świecy, trzymając ją w ręku. Spojrzał wokół, nie wiedząc, co dalej zrobić. Podszedł do niego starszy mężczyzna:

Chodź, pomogę ci!

Rozświetlił jego świecę i położył ją na ołtarzu.

Tak się pomodlij! pokazał, jak się to robi. i powiedz Panu, po co przyszedłeś.

Mateusz patrzył na obraz, po chwili wypowiedział:

Pomóż, dziadku Boże! Mama choruje. Nie mam nikogo oprócz niej. Spraw, by wyzdrowiała. Nie ma pieniędzy na lekarstwa. A ja zaraz mam iść do szkoły, a nie mam choćby tornistra

Nikodem, zamrożony, patrzył na chłopca. Wszystkie własne problemy, które jeszcze przed chwilą wydawały się ogromne, stały się nieistotne. Chciał krzyknąć na cały świat:

Ludzie, czy naprawdę nie było nikogo, kto mógłby kupić mamie lekarstwo, a samemu kupić tornister?

Chłopiec wpatrywał się w obraz i czekał na cud.

Chłopcze, chodź ze mną! zdecydowanie rzekł Nikodem.

Gdzie? przerażony chłopiec patrzył na dziadka z laską w ręku.

Dowiemy się, jakich lekarstw potrzebuje twoja mama i pójdziemy do apteki.

To prawda?

Dziadek Bóg przekazał mi twoją prośbę.

Naprawdę? rozpromienione oczy chłopca spotkały się z obrazem.

Idziemy! uśmiechnął się mężczyzna. Jak masz na imię?

Mateusz.

Ja jestem wujek Nikodem.

***

Z mieszkania dochodziły głosy matki i sąsiadki:

Ciociu Halino, ona wypisała tak dużo i mówi, iż lekarstwa są drogie. Skąd wezmę tyle pieniędzy? Mam tylko pięćset złotych.

Mateusz zdecydowanie otworzył drzwi. Głosy ucichły. Z pokoju wyjrzała sąsiadka i przerażona szepnęła, patrząc na nieznajomego mężczyznę:

Bogno, uważaj!

Bogno wyjrzała i również wstrzymała oddech.

Mamo, jakich lekarstw potrzebujesz? My z wujkiem Nikodemem pójdziemy do apteki i kupimy.

A wy kim jesteście? zapytała zaskoczona Maria.

Wszystko będzie dobrze uśmiechnął się mężczyzna. Dajcie nam recepty!

Ale mam tylko pięćset złotych.

Znajdziemy pieniądze, włożył rękę na ramiona chłopca.

Mamo, podajcie recepty!

Maria podała je. W pewnym momencie poczuła, iż mimo groźnego wyglądu ten człowiek ma dobre serce.

Maria, co robisz? zorientowała się sąsiadka, gdy mężczyzna i chłopiec wyszli. Nie znasz go wcale.

Ciociu Halino, wydaje mi się, iż to dobry człowiek!

Dobrze, Bogno, idę!

***

Maria siedziała i czekała na syna, który wrócił z tym mężczyzną. Zapomniała o swojej chorobie.

Drzwi otworzyły się, a do środka wbiegł syn, twarz promienna:

Mamo, kupiliśmy ci lekarstwa i trochę smakołyków do herbaty.

W drzwiach stał mężczyzna, też uśmiechnięty, więc nie wyglądał już tak przerażająco.

Dziękujemy! lekko skinęła głową kobieta. Proszę przejść.

Mężczyzna z trudem zdjął buty, wyraźnie nerwowy, i poszedł do kuchni.

Proszę usiąść! powiedziała gospodyni.

Mężczyzna usiadł, kręcąc głową, nie wiedząc, gdzie położyć laskę.

Położę ją położyła tak, by mężczyzna mógł sięgnąć. Przepraszam, nie mam za bardzo co podać.

Mamo, z wujkiem Nikodemem wszystko kupiliśmy i syn rozłożył na stole jedzenie.

Ojej, po co! westchnęła Maria, zauważając, iż połowa produktów to niepotrzebne słodycze. Zobaczyła paczkę drogiej herbaty. Zaraz zaparzę.

Zaparzyła herbatę. Wydawało jej się, iż choroba ustąpiła, choć może po prostu nie chciała wyglądać przed mężczyzną chora. Wtedy mężczyzna zapytał:

Mario, nie jest pani zmęczona, wygląda pani blada?

Nic, nic zaraz wypiję lekarstwo. Dziękuję wam!

***

Pili aromatyczną herbatę ze słodkościami, patrząc na chłopca, który coś żywo opowiadał. Ich spojrzenia czasem się krzyżowały. Wszyscy czuli, iż miło jest siedzieć razem przy jednym stole. Ale każde dobre chwile kiedyś się kończą.

Dziękujemy wam! wstał Nikodem, wziął laskę i rzekł: Idę. Musicie się leczyć.

Dziękujemy bardzo! wstała gospodyni. Nie wiem, jak wam podziękować.

Mężczyzna udał się na korytarz, a matka ze synem podążyli za nim.

Wujku Nikodemie, będziesz jeszcze? zapytała Maria.

Oczywiście! Twoja mama wyzdrowieje, a my razem pójdziemy kupić Ci tornister.

Mężczyzna odszedł. Maria sprzątnęła stół, umyła naczynia.

Synku, obejrzyj telewizję, a ja chwilę odpocznę.

Położyła się i zasnęła głęboko.

***

Minął dwa tygodnie. Choroba już minęła, widać, iż drogie lekarstwa pomogły. Ostatnie dni Maria choćby pracowała, pod koniec miesiąca zawsze była w pośpiechu, więc ją wezwano z urlopu. Cieszyła się, bo za te dni dostanie wynagrodzenie. A już był sierpień, z wypłatą trzeba przygotować syna do szkoły.

W tę sobotę wstali jak zwykle, zjedli śniadanie.

Mateuszu, szykuj się! Idziemy do sklepu. Zobaczymy, czego potrzebujesz do szkoły.

Dostaniesz pieniądze?

Jeszcze nie, ale do następnej soboty dostaną. Pożyczyłam tysiąc złotych, po drodze kupimy coś do jedzenia.

Zaczęli się szykować, gdy rozległ się dzwonek domofonu.

Kto? zapytała gospodyni.

Mario, to Nikodem

Mężczyzna chciał coś powiedzieć, ale ręka kobiety już wcisnęła przycisk otwierający drzwi.

Mamo, kto tam? wyszedł z pokoju syn.

Wujek Nikodem! nie ukryła euforii kobieta.

Hurra!

Wszedł, opierając się na laskę, ale jak się zmienił. Drogi garnitur i modna fryzura podkreślały jego nowy wygląd.

Wujku Nikodemie, czekałem na ciebie rzucił się do niego chłopiec.

Obiecałem ci, podniósł oczy, które teraz lśniły. Dzień dobry, Mario!

Dzień dobry, Nikodemie!

Ten nagły zwrot na ty zaskoczył i ucieszył oboje.

Gotowi? Idziemy!

Dokąd? Maria jeszcze nie odzyskała równowagi.

Mateusz ma niedługo pójść do szkoły.

Nikodemie, ale ja

Obiecałem Mateuszowi, a obietnica ma być dotrzymana.

***

Maria zawsze zwracała uwagę na najtańsze rzeczy, gdziekolwiek szła. Nie miała nadwyżek, nie miała rodziny, nie miała męża. Poza tym chłopakiem z liceum, który zniknął, nie było nikogo. Teraz przy niej stał mężczyzna, który patrzył na jej syna z zachwytem. Kupował mu wszystko do szkoły, nie patrząc na ceny, jedynie pytając o zdanie mamy.

Znużeni, wrócili taksówką do domu.

Gospodyni rzuciła się do kuchni.

Mario przerwał ją mężczyzna. Chodźmy razem, zjedzmy gdzieś obiad.

Mamo, chodźmy! rzucił się do niej syn.

***

Tej nocy Maria nie mogła zasnąć. Wciąż przewijały się obrazy tego dnia. Przed oczami były jego oczy, pełne miłości. Rozprawiał się rozum i serce:

On jest brzydki i kuleje mówił rozum.

Jest dobry i patrzy na mnie z czułością odpowiedziało serce.

Jest starszy o piętnaście lat.

I co? Przynajmniej jest dla mojego syna jak ojciec.

Możesz znaleźć rówieśnika, przystojnego i szczupłego.

Nie potrzebuję przystojnego i szczupłego, miałam już takiego. Potrzebuję dobrego i niezawodnego.

Ale zawsze marzyłaś o innym mężu.

Teraz o takim!.

Czy twoje preferencje tak gwałtownie się zmieniają?

Po prostu go spotkaI tak ich losy spleciono w jednym, niekończącym się świetle kościelnym, które rozświetlało przyszłość pełną nadziei i miłości.

Idź do oryginalnego materiału