Pracuję w serwisie RTV na Grochowie od piętnastu lat. W zeszły czwartek po raz pierwszy w życiu wzywałem policję do własnego sąsiada — i do dzisiaj nie wiem, czy dobrze zrobiłem.
W każdym razie to nie była moja wola. To pani Halina spod czwórki wpadła do mnie zziajana, iż ktoś nad nią hałasuje, iż pewnie złodzieje wynoszą meble, a może i zwłoki. Halina ma siedemdziesiąt osiem lat, mieszka sama i od czasu, jak zmarł jej mąż, słyszy rzeczy, których inni nie słyszą. Ale tego dnia akurat ja też to słyszałem.
Dochodziła dziesiąta wieczorem. Z mieszkania nad nią — piątego piętra, ostatniego — niosło się brzdąkanie. Nie żaden rytm. Po prostu pojedyncze dźwięki, powtarzane po kilka razy, jakby ktoś coś stroił i za każdym razem mu nie wychodziło. Czasem akord, czasem zgrzyt. Coś jak gitara, tylko zepsuta.
— Panie Darku, ja nie mogę spać, ja mam serce — powiedziała Halina, ściskając w palcach pasek od szlafroka. — Zadzwonię na policję, jak pan nie pójdzie.
Nie chciałem iść. Po pierwsze, koniec zmiany, ledwo zdjąłem buty i rozgrzałem sobie pierogi z patelni. Po drugie, z góry dochodziło brzdąkanie, nie tupot ani wiertarka. Ale Halina patrzyła na mnie tak, jakbym to ja osobiście trzymał kabel od tego hałasu.
— Niech pani dzwoni — powiedziałem. — Ja nie wzywałem.
Zadzwoniła zaraz przy mnie. Dyżurny z komendy przy Poligonowej wysłuchał i obiecał patrol. Odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się do mnie, jakbyśmy właśnie załatwili bank napadnięty.
Poszedłem na górę po cichu, żeby chociaż zobaczyć, zanim przyjedzie radiowóz. Nie wiem po co. Może ze zwykłej ciekawości, a może dlatego, iż na piątym piętrze mieszka pan Czesław.
Pan Czesław ma siedemdziesiąt pięć lat, jest wdowcem od trzech. Widuję go, jak wraca z Biedronki z siatką na kółkach, zawsze w kapeluszu, zawsze elegancko, choćby po zakupy. Czasem zamieniamy dwa słowa przy skrzynkach na listy. Kiedyś naprawiałem mu pilot od telewizora — okazało się, iż baterie włożył odwrotnie. Śmiał się wtedy z siebie serdeczniej, niż można by się spodziewać.
Drzwi na piątym były uchylone. Zajrzałem przez szparę.
W kuchni, na krześle pod oknem, siedział pan Czesław z gitarą. Starą, akustyczną, z wytartym lakierem. Grał. Albo raczej — próbował. Lewa ręka sztywna, palce jak kawałki drewna, szukał progu, trafiał i nie trafiał. Za oknem padał deszcz, po szybie spływały krople, a on co chwila powtarzał ten sam chwyt. Nie widział mnie. Słuchawki miał na uszach. Chude, sine od żylaków nogi w kapciach, a na taborecie obok — kubek z herbatą, pewnie dawno zimną.
Patrzyłem chwilę. W serwisie widuję ludzi, którzy przynoszą sprzęt po latach, żeby naprawić coś, co pamięta lepsze czasy. Zawsze mówią to samo: „kiedyś to grało”. Pan Czesław grał teraz. Źle. Pokracznie. Ale grał.
Potem usłyszałem na klatce kroki i głos Haliny: — Tu, tu, piąte piętro!
Schowałem się za schodami, bo nie chciałem, żeby mnie zobaczyła. Wstyd mi było, iż w ogóle tam stałem.
Przyjechało dwóch policjantów. Młoda kobieta i starszy mężczyzna. Halina już czekała, pokazywała na drzwi, tłumaczyła, iż hałas po dziesiątej, iż ona chora, iż sąsiedzi powinni żyć jak ludzie. Kobieta zapukała. Pan Czesław nie otwierał. Zapukała drugi raz, głośniej.
Otworzył. Stał w progu z gitarą w ręku, w kapciach, w swetrze z pocerowanym łokciem. Zobaczył policję i zbladł.
— Coś się stało? — zapytał.
— Pan gra na gitarze? — spytała policjantka.
— Ja… no tak. Ćwiczę. A co, za głośno?
Halina wyciągnęła szyję: — Za głośno?! Ja nie mogę spać! Cały wieczór tak brzdąka!
Pan Czesław popatrzył na nią, potem na mnie — stałem już wtedy na schodach, bo nie było sensu się chować — a potem na policjantów. Zrobił coś, czego nie zapomnę. Zdjął słuchawki z szyi, położył je ostrożnie na parapecie, jakby to była najcenniejsza rzecz, jaką miał, i powiedział:
— Bardzo przepraszam. To moja gitara. Nie grałem na niej trzydzieści jeden lat. Żona zmarła w dwa tysiące dwudziestym. Schowała ją za szafą. Znalazłem w środę.
Wszyscy zamilkli. choćby Halina.
Policjantka popatrzyła na niego, potem na legitymację służbową, którą trzymała w dłoni, jakby chciała coś sprawdzić. Starszy policjant westchnął i schował notatnik do kieszeni.
— Panie sąsiedzie — powiedział do pana Czesława. — Niech pan gra, ale nie po dwudziestej drugiej. A pani — zwrócił się do Haliny — może nie trzeba było od razu dzwonić.
Halina zacisnęła usta, pociągnęła szlafrok i zeszła dwa piętra na dół, nic nie mówiąc.
Zostałem na górze jak głupek. Pan Czesław stał w drzwiach i patrzył na swoją gitarę, aż w końcu wciągnął policzek, jakby coś w nim samym się zapadło.
— Nie chciałem nikomu przeszkadzać — mruknął. — Po prostu… znowu próbuję.
Zaproponowałem, iż wejdę i zobaczę, co z tym brzmieniem, bo serwis RTV to jednak trochę elektroniki. Machnął ręką.
— To nie sprzęt, panie Darku. To palce. Trzydzieści lat nie grałem. Mówią, iż się nie zapomina. Bzdura. Wszystko się zapomina.
Nalał mi herbaty, chociaż miał tylko jeden kubek — ten, co stał na taborecie. Napiłem się. Była zimna jak wszystko w tym mieszkaniu.
— Wie pan, co to znaczy wziąć instrument po trzydziestu latach? — zapytał. — Ręce pamiętają, ale nie te same. Inne ręce. Starsze. Artretyzm w cholewie. Pudło jakby kłamało. Bo pan pamięta, jak się grało, a tu dźwięk wychodzi, jakby kot przejechał po strunach.
Zapytał, czy chcę posłuchać. Powiedziałem, iż chętnie.
Zagrał. To znaczy — spróbował. Ten sam chwyt, co wcześniej za drzwiami, parę razy, a potem zgrzyt i cisza, i znowu chwyt. Patrzyłem na jego lewą rękę: drżała. Nie ze zdenerwowania. Z wysiłku. Każdy palec musiał szukać struny, jakby gitara była mapą w obcym mieście.
— Jak pan słyszy — powiedział, odkładając instrument. — Gwiazda estrady.
Chciałem coś powiedzieć, jakoś go pocieszyć, ale on mi przerwał:
— Moja żona, świętej pamięci Halina… znaczy, Janina. Zawsze mówiła: Czesiek, przestań, bo psy wyją. Znaczy, żartowała. Całe życie żartowała. A ja się wstydziłem. I przestałem grać. Głupi. Teraz bym oddał wszystko, żeby weszła do kuchni i znowu coś powiedziała. choćby to z psami.
Wstał i podszedł do okna. Deszcz ustał i przez brudną szybę widać było podwórko, śmietnik i latarnię.
— Córka pyta mnie w niedzielę przez telefon: tato, dlaczego nie robisz nic dla siebie? Kupię ci telewizor, kupię ci obiad, kupię ci sanki. A ja nie chcę telewizora. Chcę to. — Wskazał gitarę. — Tylko to. I nie potrzebuję, żeby ktoś bił brawo.
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Siedziałem i piłem tę zimną herbatę, i patrzyłem na jego kapcie, na sweter, na pojedynczy kubek na parapecie.
Nagle powiedział coś, czego nie zrozumiałem od razu:
— Wie pan, kiedy człowiek zostaje sam, to nie ma przed kim udawać. Ale właśnie wtedy zaczyna udawać najwięcej. Przed sobą. Że mu się nie chce. Że już nie ma sensu. Że palce nie te.
Potem wstał, podszedł do szafki, wyciągnął stamtąd małe pudełko i oddał mi je. Kostki gitarowe. Kilka. Stare, wyświechtane.
— Weźmie pan? Synowi da. Mnie i tak się nie przydadzą, bo ja już tylko paznokciem. Albo kciukiem. Niech pan weźmie, szkoda wyrzucić.
Wziąłem. Schowałem do kieszeni.
Kiedy wychodziłem, zobaczyłem na parapecie w przedpokoju zdjęcie: stara fotografia, czarno-biała. Młody mężczyzna z gitarą, siedzi na krześle, jedną nogę ma opartą o nogę stołu. Za nim kobieta, która śmieje się tak, iż jej twarz jest nieostra.
Wyszedłem i cicho zamknąłem drzwi.
Halina stała na dole na schodach. Czekała.
— I co, przyznał się? — zapytała.
— Do czego?
— Do tej gitary.
Popatrzyłem na nią i zrozumiałem, iż ona w ogóle nie usłyszała tego, co wszyscy usłyszeli na górze. Że ona wciąż była w swoim filmie o hałasie po dziesiątej. Właścicielka serwisu miałaby na to fachowe słowo: pacjent.
— Tak — powiedziałem. — Przyznał się.
W domu zajrzałem do tej kostki. W jednej z nich, wytłoczone było: „Na zawsze twój C. — 1987". Schowałem ją do biurka i siedziałem chwilę w ciemności, chociaż nie chciało mi się spać.
Dziś z samego rana, lepiej powiedziane — wczoraj, bo mi się dnie w pracy mieszają — zadzwoniłem do Halinów z dołu, iż jeżeli jeszcze raz zadzwoni na policję z powodu gitary, to ja pierwszy zadzwonię po jej rodzinę, żeby sprawdzili, czy jej serce naprawdę jest takie chore, jak mówi. Powiedziałem to spokojnie, jakbym wyceniał jej naprawę.
A potem poszedłem na piąte piętro i zapukałem.
Pan Czesław otworzył po dłuższej chwili. Za nim, w kuchni, stała gitara, oparta o krzesło.
— Panie Czesławie — powiedziałem, wyciągając mu tę kostkę z biurka. — To chyba pana. Znalazłem na klatce.
Popatrzył na nią, na napis „Na zawsze twój C.", i wziął do ręki. Nic nie powiedział. Tylko zacisnął palce na niej, jak na strunie, z której ma wypaść dźwięk.
Zapytałem, czy dziś też będzie grał.
Popatrzył w stronę kuchni i pokręcił głową.
— Dziś nie mam siły, panie Darku. Może w niedzielę.
Zaproponowałem, żeby grał rano, bo Halina o siódmej bierze leki i budzi się dopiero po ósmej. Popatrzył na mnie zdziwiony, skąd ja to wiem, ale nie zapytał. Może myślał, iż ja wszystko wiem, bo serwis RTV to taka budka z czarownikiem.
Wracałem na dół i coś mi chodziło po głowie, całą drogę po tych schodach z odłażącą farbą. To, co powiedział o tym, iż człowiek udaje przed sobą. I to, iż ta gitara stała za szafą trzydzieści jeden lat. I ta kostka. „Na zawsze twój C.".
Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, iż w ogóle tam poszedłem. Może lepiej byłoby nie wtrącać się w cudze życie. Ale jak zobaczyłem, jak ten człowiek trzyma tę kostkę, pomyślałem, iż są rzeczy, które się naprawia nie lutownicą, tylko samym miejscem. Że czasem trzeba stanąć na klatce i zapukać do drzwi, za którymi siedzi ktoś z gitarą pod oknem, i słucha, czy deszcz gra w rynnach.
P.S. Halina dzisiaj po południu zapukała do pana Czesława z ciastem. Takim ze śliwką, co to się kupuje w piekarni na rogu, a potem udaje, iż się piekło w domu. Nie wiem, co tam mówili. Ale widziałem, jak wyszła, zostawiła ciasto, i nie narzekała. Następnego dnia gitara grała już o szóstej. Tylko przez pół godziny. I potem cisza. Taka, co się jej słucha, nie taka, co męczy.












