Iga wracała do Radomia pociągiem o 18:42. W przedziale śmierdziało kebabem z dworca i czyimś mokrym psem, za oknem padał listopadowy deszcz ze śniegiem, a ona po raz trzeci czytała tę samą wiadomość od ojca: „Nie musisz jutro przyjeżdżać. Dam sobie radę.” Nie było w niej ani wykrzyknika, ani złości. To właśnie było najgorsze.
Ojciec od trzech tygodni nie wychodził z domu. Najpierw powiedział, iż to grypa, potem iż mu zimno, potem przestał mówić cokolwiek. Iga dzwoniła co drugi dzień. Podnosił słuchawkę i powtarzał, iż wszystko dobrze, tylko nogi mu jakoś tak drętwieją. Wtedy pomyślała: ma sześćdziesiąt osiem lat, przejdzie. Ile razy można słuchać o nogach?
Jej siostra mieszkała w Łodzi i dzwoniła raz na miesiąc, zawsze w niedzielę, zawsze między obiadem a serialem. „Iga, ty jesteś bliżej, to sprawdź” – mówiła takim tonem, jakby prosiła o odebranie paczki z paczkomatu. Iga nic nie odpowiadała, bo to była prawda: była bliżej, tylko iż jej życie przez ostatnie lata skurczyło się do pracy w aptece przy Żeromskiego i spłacania kredytu za kawalerkę, w której nie zdążyła choćby wymienić klamki w łazience.
W poniedziałek po pracy pojechała do ojca bez zapowiedzi. Drzwi otworzył po pięciu minutach. Stał w przedpokoju w wełnianych skarpetach, chociaż w mieszkaniu było duszno jak w piekarni. Pachniało kamforą i starym chlebem. Na stole w kuchni leżały rozrzucone skrawki gazet i słoik z niedokręconą nakrętką.
— Miałeś nie przyjeżdżać? — zapytała, wieszając kurtkę na haku, na którym od śmierci matki wisiał tylko jej stary ortalion.
— A przyjechałem — powiedział ojciec, nie patrząc na nią. — Chciałem zrobić herbatę, ale czajnik…
Nie dokończył. Iga zobaczyła czajnik na podłodze obok kuchenki. Woda rozlała się po płytkach i zdążyła wyschnąć, zostawiając biały ślad w kształcie kalafiora. Ojciec przez tydzień po tym chodził boso po kuchni i nic nie czuł.
Dwa miesiące wcześniej Iga zauważyła, iż ojciec zaczął stawiać stopy inaczej – tak, jakby sprawdzał, czy podłoga pozostało na swoim miejscu. Raz pokazała mu na stopie małe pęknięcie skóry. „Pewnie od butów” – mruknął. „Kup mi nowe, to się zagoi.” Kupiła. Pęknięcie nie zniknęło, ale przestała o tym myśleć, bo akurat w pracy robili remanent, a potem przyszła podwyżka czynszu o sto czterdzieści złotych i wszystko inne wypadło z głowy.
Teraz stała w kuchni i patrzyła, jak ojciec niezgrabnie podnosi czajnik z podłogi. Jego palce trafiły na ucho dopiero za czwartym razem. Serce jej waliło, ale powiedziała tylko:
— Pojedziemy do internisty. Jutro o ósmej.
— Jutro jest wtorek. We wtorki chodzę na targ po twarożek.
— Tym razem nie pójdziesz.
Ojciec odstawił czajnik na kuchenkę, bardzo powoli, jakby ważył, czy ma siłę się sprzeciwić. Potem usiadł na krześle i przez dobrą minutę patrzył na swoje stopy, które w wełnianych skarpetach wyglądały jak dwie przykurczone kawki. Iga wyobrażała sobie, co powie lekarz. Pewnie skieruje do diabetologa, diabetolog zleci badania, badania wyjdą złe, a potem będzie słowo „neuropatia”, które brzmi jak nazwa radzieckiego poligonu, i ojciec zacznie płakać w samochodzie, a ona nie będzie umiała go pocieszyć.
Wszystko to wydarzyło się dokładnie tak, z jednym wyjątkiem: ojciec nie płakał w samochodzie. Płakał w przychodni przy ulicy Kelles-Krauza, w kolejce do rejestracji, bo pielęgniarka spytała go, od kiedy ma problem z czuciem, a on powiedział: „Nie wiem, od dawna.” I wtedy to uderzyło Igę najmocniej: nie umiał podać daty. Choroba nie przyszła któregoś dnia. Ona wchodziła do tego mieszkania tygodniami, razem z ciszą, razem z herbatą, której nie zdążył zaparzyć. I nikt tego nie zauważył, bo nikt nie chciał zauważyć.
Po diagnozie ojciec wrócił do domu i położył się na kanapie twarzą do oparcia. Iga słyszała, jak oddycha przez nos, jakby uczył się tej czynności od nowa. W kuchni stała otwarta paczka pierników, które matka piekła tylko przed Bożym Narodzeniem. Nikt ich nie ruszał od dwóch lat, a mimo to pachniały mocno, jakby przypominały o sobie. Iga usiadła przy stole i otworzyła kalendarz z zeszłego roku. Znalazła kartkę z numerem do podologa, zapisaną ręką matki. Pod spodem był dopisek: „Marek, sprawdź stopy, proszę.” Kartka wypadła z notesu, zrobiła śmierdzący ślad na palcu od jakiegoś starego kleju. Iga trzymała ją długo, zanim wrzuciła do kosza.
Wieczorem przyjechała siostra. Tym razem bez zapowiedzi, co zdarzyło się pierwszy raz od jedenastu lat. Przyniosła siatkę z markowej apteki i położyła ją na stole obok pierników, jakby to był zwykły zakup.
— Musimy ustalić opiekę — powiedziała, zdejmując buty bez rozwiązywania sznurówek. — Ty pracujesz do szesnastej, ja mogę brać ojca co drugi weekend. Resztę trzeba zorganizować. Pielęgniarkę, rehabilitację, cokolwiek.
Iga patrzyła na siostrę i myślała o tym, iż przez ostatnie trzy lata ojciec jadł sam, chodził na targ sam, odbierał pocztę sam, a siostra dzwoniła w niedzielę i pytała, czy już kupił sobie ciepłe kapcie.
— Zorganizuję — powiedziała Iga.
— To dobrze — siostra odetchnęła. — Bo ja mam w grudniu delegację do Gdańska. Nie mogę jej przesunąć.
Iga zamknęła drzwi i poszła do kuchni. Wyjęła z szafki teczkę z dokumentami ojca: akty notarialne, umowę najmu garażu, stare polisy. Wszystko w niebieskich segregatorach, podpisane długopisem, który zostawiał rysy na papierze. Znalazła książeczkę ubezpieczeniową. Znalazła wyniki badań. Znalazła też kopertę z napisem „Na czarną godzinę” – matka trzymała w niej pieniądze na pogrzeb. Osiemset złotych, dwadzieścia drobnych. Iga przeliczyła dwa razy. Potem odłożyła kopertę i zadzwoniła do notariusza.
Następnego dnia po pracy zabrała ojca do kancelarii przy Moniuszki. Notariusz miał plamę z kawy na klapie i długopis, który piszczał przy każdym podpisie. Iga położyła na stole dokument, który przygotowała z radcą prawnym: pełnomocnictwo, które dawało jej dostęp do kont ojca i wszystkiego, co Matka zostawiła po sobie. Ojciec spojrzał na kartki, potem na córkę.
— Co to adekwatnie jest? — zapytał.
— Zabezpieczenie — Iga usłyszała własny głos i zdziwiła się, iż brzmi jak z bankowości. — Żebym mogła płacić rachunki, kiedy ty nie będziesz mógł.
— Ja mogę płacić. Od trzydziestu lat płacę.
— Tato, nie możesz. Nie poczujesz, jak stanie ci stopa na szkle. Nie poczujesz, jak woda cię parzy. Nie możesz sam podejmować…
Urwała. Ojciec wziął dokument do ręki i przeczytał całego, wolno, poruszając wargami jak dziecko składające litery. Notariusz patrzył na zegar. Za oknem lał ten sam listopadowy deszcz. Iga zobaczyła, iż ojciec ma na marynarce guzik urwany i przypięty agrafką. To był ten sam guzik, który matka przyszyła jeszcze w 1997 roku. Agrafkę wpiął sam, krzywo, ale mocno.
— Dobrze — powiedział w końcu. — Podpiszę, bo mnie boli, kiedy chodzę. Ale niech pani zapisze w akcie, iż to nigdy nie było jej mieszkanie.
— Czyje? — zapytał notariusz.
— Niczego — Iga wzięła od ojca dokument, zanim zdążył cokolwiek dodać. — Przepraszam, to jest zmęczenie.
Podpisali. Ojciec podpisał się tak, jak podpisywał wszystko od czterdziestu lat: Marek Chmiel, z zakrętasem pod „ł”. Iga podpisała się nowym długopisem, który kupiła rano w kiosku obok apteki. Kiedy się żegnali, ojciec uścisnął jej rękę mocniej niż zwykle, a potem wyszedł bez słowa.
W nocy Iga nie mogła spać. Leżała w kawalerce i patrzyła w sufit, na którym odbijały się światła samochodów z ulicy. Myślała o tym, co powiedział ojciec: „żeby nie było nigdy jej mieszkania”. To zdanie brzmiało jej w głowie jak refren piosenki, której nie uczyła się na pamięć, a która i tak się przykleiła. Ona nigdy nie chciała mieszkania ojca. Chciała tylko, żeby ojciec nie został sam z chorobą, która pożera nogi milimetr po milimetrze. Ale może to, co ojciec powiedział, nie było o mieszkaniu. Może było o niej: o tym, iż przyjechała po trzynastu latach z dokumentami, a nie z kotletem; o tym, iż siostra dzwoni raz w miesiącu, a ona raz w miesiącu dzwoniła do radcy; o tym, iż wszyscy chcą zabezpieczyć, a nikt nie chciał zrobić herbaty, dopóki czajnik nie skończył na podłodze.
Rano zrobiła coś, czego nie planowała. Pojechała do ojca z torbą pełną bułek i twarożku. Kupiła też gazetę, tę samą, którą ojciec czyta od lat. Weszła do mieszkania. W kuchni znowu pachniało piernikami. Ojciec siedział przy stole i smarował chleb margaryną. Obrócił się do Igi i pokazał jej podeszwę stopy – całą, bez schylania się, z wysiłkiem, który aż mu zaświszczał w płucach.
— Widzisz? Czysta — powiedział.
Iga podeszła i zobaczyła na pięcie małe zaczerwienienie. To nie było nic poważnego, ale ona już wiedziała, co to znaczy: za tydzień to może być rana, za miesiąc – wrzód, za rok – szpital. Odwróciła się do szafki i wyjęła z torby podkładki pod stopy, które podolog polecił przez telefon. Ojciec patrzył, jak ona je rozkłada na podłodze w przedpokoju i w łazience, a potem powiedział:
— Ty myślisz, iż ja nie wiem, co się dzieje z moimi nogami?
— Wiem, iż wiesz.
— To po co ta cała historia z notariuszem?
Iga odłożyła nożyczki, którymi przecinała opatrunki. Spojrzała na stół, na margarynę, na bułki. Położyła na stole pełnomocnictwo, które miała w torbie, i podarła je na cztery części. Ojciec nie drgnął.
— Podarłam je — powiedziała. — Jutro pójdę do notariusza i odwołam akt. Nie chodziło o mieszkanie. Chodziło o to, żebyś nie był sam.
Ojciec długo nic nie mówił. Potem wstał i otworzył szufladę w kuchni. Wyjął teczkę z aktem notarialnym, położył ją na stole i przykrył ściereczką, tą z haftowanym pawim okiem, którą matka dostawała z Częstochowy. Iga nie rozumiała, co on robi, dopóki nie pokazał palcem na ściereczkę.
— Twoja — powiedział. — Teraz to twoje.
— Co moje?
— Wszystko, co tu jest. Osiemdziesiąt metrów, balkon, piwnica i siedemdziesiąt cztery tysiące na lokacie. Wiem, ile to jest, bo sam odkładałem. Płaciłem co miesiąc po pięćset złotych przez jedenaście lat. Więc nie mów mi, iż nie chodziło o mieszkanie.
Iga poczuła, jak jej twarz robi się gorąca. Chciała coś powiedzieć, ale ojciec ją wyprzedził:
— Kiedyś powiedziałaś, iż nigdy tu nie zostaniesz, bo to miasto śmierdzi starymi kaloryferami. Dzwoniłaś do mnie tylko wtedy, gdy coś się psuło. Teraz też coś się zepsuło, tylko iż nie ja, Iga. Nie ja.
Wstał i poszedł do pokoju, zostawiając teczkę na stole. Iga zobaczyła, jak zamyka za sobą drzwi, nie trzasnąwszy nimi. Usłyszała, jak w pokoju zapala telewizor. Przez chwilę chciała wyjść bez słowa, ale nogi jej nie słuchały. Stała przy stole i patrzyła na ściereczkę z pawim okiem, pod którą leżał akt notarialny. Potem sięgnęła do torby i wyjęła telefon.
W spisie kontaktów znalazła numer notariusza. Wybrała go. Czekała, aż pani sekretarka odbierze w kancelarii przy Moniuszki.
— Dzień dobry, mówi Iga Chmiel. Chciałam umówić się na odwołanie pełnomocnictwa udzielonego przeze mnie wczoraj.
— Dobrze, proszę podać numer aktu.
Iga wysłuchała, jak sekretarka przewraca kartki. Za oknem przestał padać deszcz, ale nad blokiem wisiał ten sam ciężki, listopadowy mrok. W pokoju ojca telewizor grał teleturniej.
— Rozumiem — powiedziała sekretarka. — Może pani przyjść jutro po piętnastej.
— Nie — powiedziała Iga. — Dzisiaj. Za dwadzieścia minut.
Rozłączyła się. Spojrzała na teczkę, która wciąż leżała na stole. Nie otworzyła jej. Zamiast tego założyła buty, wzięła kurtkę i wyszła, zostawiając ojca przed telewizorem. Schodząc po schodach, minęła sąsiadkę z dołu, która wynosiła worek ze śmieciami i na schodach rozsypała pestki z dyni. Pies sąsiadki szczekał za drzwiami. Iga nie zwróciła uwagi.
W kancelarii notariusz przyjął ją bez słowa. Spisał odwołanie, podpisała je tym samym długopisem. Kiedy oddawała mu kartkę, zobaczyła, iż długopis zostawił smugę na serdecznym palcu. Otarła ją o spódnicę i wyszła. Przed budynkiem stał ojciec. Musiał wyjść z domu zaraz po niej, ale szedł powoli, bo go bolało. Miał na sobie stary ortalion matki, ten, który Iga wieszała przy wejściu.
— Podpisałaś? — zapytał.
— Podpisałam.
— A co zostawiłaś?
Iga spojrzała mu w twarz, ale nie odpowiedziała. Ojciec sięgnął do kieszeni ortalionu i podszedł bliżej. Wyjął klucz od mieszkania, ten z łańcuszkiem w kształcie serca, który matka kupiła w Zakopanem w 1989 roku.
— Trzymaj — powiedział. — To nie jest darowizna. To jest klucz. A teraz go użyj, tylko wróć przed zmrokiem, bo nie chcę siedzieć sam.
Iga wzięła klucz. Metal był zimny, ale gwałtownie się ogrzał w jej dłoni. Ojciec zawrócił w stronę ulicy, a ona została przed kancelarią, patrząc, jak sylwetka w starym ortalionie oddala się w świetle latarni. Przez chwilę miała ochotę za nim pobiec. Nie pobiegła. Schowała klucz do kieszeni kurtki i poszła w drugą stronę: do apteki, żeby kupić opatrunki, a potem do piekarni po chleb na jutro. Wracała do domu ojca, bo teraz, po raz pierwszy od jedenastu lat, dokładnie wiedziała, co ma zrobić, gdy tam wejdzie.














