Dzieci

Moja siostrzenica pragnęła otrzymać wózek dziecięcy w prezencie, a gdy odmówiła, wzburzyła całą rodzinę przeciwko mnie.
Dzień Babci i Dziadka tuż tuż. 7 pomysłów na manualnie robione prezenty od wnuków
Lokomotywa: New York Central #5405 zdobywa 10 000 głosów w programie LEGO Ideas
Kochamy nasze wnuki, ale nie mamy już siły być pełnoetatowymi dziadkami: Historia rodziców, którzy poświęcili wszystko dla córki, a los wystawił ich na kolejną próbę
Dziadek – Letni wieczór, powrót z treningu, staruszek leżący na chodniku, wszyscy go omijają myśląc, iż jest pijany, a on z poranionymi dłońmi błaga o pomoc. Podchodzę, chociaż ludzie krytykują. Okazuje się, iż zbierał rozbite butelki po piwie, by dzieci nie pokaleczyły się na placu zabaw. Odprowadzam go do bloku, gdzie wdzięczna rodzina opowiada mi o jego wojennej historii i trudnej walce o dobro innych mimo własnych problemów. Dlaczego w naszym kraju tak łatwo oceniamy innych? Czy nie możemy okazać trochę człowieczeństwa zamiast obojętności?
Nowa metoda na wadę zgryzu u dzieci. Rodzice zachwyceni, eksperci alarmują
Z życia wzięte. "Mamo, już nigdy nie pójdziemy do babci. Nigdy więcej": Z czasem zrozumieliśmy, co się tam działo
Teściowa pragnie podzielić moją przestrzeń życiową!
Jak teściowa przejęła naszego syna: Odkąd się ożenił, zapomniał o nas i spędza każdą wolną chwilę u swojej teściowej, która zawsze potrzebuje jego pomocy. Teraz święta, uroczystości i zwykłe spotkania rodzinne obchodzone są bez niego – bo on zawsze „u mamy żony”, a nasze prośby o wsparcie ignoruje. Czy naprawdę moja synowa i jej matka potrafiły tak wpłynąć na naszego syna, iż oddalił się od rodziny?
Ciągła ochota na słodycze to nie kaprys. Twój organizm dopomina się o zmianę
Moja mama nakazała mi pozbyć się dziecka, a teraz straciłam szansę na macierzyństwo na zawsze
Jeszcze mamy w domu sprawy do załatwienia… Babcia Waleria z trudem otworzyła furtkę, powoli doczłapała się do drzwi, długo mocowała się ze starym, zardzewiałym zamkiem, weszła do swojego nieogrzewanego, wiekowego domu i przysiadła na stołku przy zimnym piecu. W chacie czuć było pustkę. Nie było jej tylko trzy miesiące, a już pajęczyny obrosły sufit, stare krzesło skrzypiało żałośnie, wiatr huczał w kominie – dom przywitał ją z wyrzutem: gdzieś Ty się podziewała, gospodyni, komu nas zostawiłaś?! Jak tu zimować będziemy?! – Już, już, kochany, daj mi chwilkę… Odpocznę, zaraz napalę i ogrzejemy się… Jeszcze rok temu babcia Waleria krzątała się dziarsko po starym domu: wybielić, odmalować, przynieść wodę. Jej drobna postać to pochylała się nisko przed ikonami, to doglądała pieca, to latała po ogrodzie, sadząc, pieląc, podlewając wszystko wokół. I dom cieszył się razem z gospodynią, deski radośnie skrzypiały pod jej lekkimi krokami, drzwi i okna otwierały się łatwo pod dotykiem jej spracowanych rąk, piec piekł puszyste drożdżowe ciasta. Dobrze im było razem: Walerii i jej starej chacie. Wcześnie pochowała męża. Wychowała troje dzieci, wszystkich wykształciła, wyprawiła w świat. Jeden syn – kapitan marynarki handlowej, drugi – wojskowy, pułkownik, obaj mieszkają daleko, rzadko przyjeżdżają w odwiedziny. Tylko najmłodsza córka, Tamara, została na wsi, jest główną agronomką – od rana do wieczora w pracy, do matki wpadnie tylko w niedzielę, nakarmi ją swoimi wypiekami – i znów tydzień się nie widzą. Kochana wnuczka, Świetlana, była prawdziwą pociechą. A jakaż ona piękna wyrosła! Duże szare oczy, włosy jak dojrzały owies – długie, kręcone, lśniące, aż bił od nich blask. Zrobiła kucyka, a kosmyki rozsypywały się po ramionach – miejscowi chłopcy aż tracili mowę. Smukła figura. Skąd u wiejskiej dziewczyny taka uroda, taka postawa? Babcia Waleria też była śliczna w młodości, ale gdy porównać stare zdjęcie – to jak pasterka i królowa… Mądra też była. Skończyła ekonomię w mieście, wróciła do rodzinnej wsi i pracowała jako ekonomistka. Wyszła za mąż za weterynarza i, w ramach programu wsparcia młodych rodzin, dostali nowy dom. A dom to był – jak pałac: porządny, z cegły. Jedyne, iż u babci wokół chaty – sad, rośliny, kwiaty; u wnuczki obok nowego domu jeszcze nic nie urosło. I do pracy na działce Świetlana nie była zbytnio przyzwyczajona – choć ze wsi, to czuła, przez babcię chroniona od wszelkiego przeciągu i cięższych prac. Niedługo potem urodził się mały Wasilek. Nie miał kto zajmować się ogrodem! I wtedy Świetlana zaczęła zapraszać babcię do siebie: chodź do nas mieszkać – dom duży, wygodny, pieca nie trzeba palić. Babcia Waleria zaczęła podupadać na zdrowiu, stuknęła jej osiemdziesiątka, nogi odmówiły posłuszeństwa. I dała się namówić na przeprowadzkę. Pomieszkała u wnuczki kilka miesięcy. A potem usłyszała: – Babciu kochana, ja cię tak bardzo kocham! Ale czemu ciągle siedzisz? Ty przecież zawsze pracowałaś! Ja tu bym chciała gospodarstwo prowadzić, a od ciebie pomocy oczekuję… – Ale ja już nie mogę, córeczko, nogi nie chcą mnie nosić… – Hm, ledwo tu przyjechałaś – i od razu stara… niedługo babcia, która nie spełniła oczekiwań, wróciła do siebie. Zmartwiona, iż nie dała rady pomóc ukochanej wnuczce, zupełnie osłabła. Chodziła powoli, z trudnością, przejście od łóżka do stołu stało się wyzwaniem, a do ukochanego kościoła – już nie do pokonania. Proboszcz, ksiądz Jerzy, sam przyszedł do swojej stałej parafianki, dotąd czynnie pomagającej w potrzebach zabytkowej świątyni. Babcia Waleria siedziała za stołem, pisała swoje comiesięczne listy do synów. W chacie zimno, piec ledwie co ogrzał izbę. Na babci – stara ciepła bluza, przybrudzona chustka, na nogach stare filcaki. Ksiądz Jerzy westchnął – potrzebna jej pomoc. Może poprosić sąsiadkę Anię, jeszcze dość żwawą, dwadzieścia lat młodszą od babci Walerii? Przyniósł chleb, pierniki, połowę gorącego jeszcze pieroga z rybą (ukłon od żony, pani Aleksandry). Podwinął rękawy sutanny i wygarnął popiół z pieca, przyniósł drewna na kilka palenisk, poukładał w kącie. Zapalił ogień. Przyniósł wody i postawił na piecu duży, poczerniały od sadzy czajnik. – Synku drogi! Ojej, to znaczy – księże kochany! Pomóż mi zaadresować koperty, bo jak ja bazgrzę moją kurzą łapką, to nigdy nie dojdą! Ksiądz Jerzy usiadł, zaadresował koperty, rzucił szybkie spojrzenie na zapisane kartki. Rzucił mu się w oczy tekst dużymi, drżącymi literami: „A ja tu żyję bardzo dobrze, synku kochany. Wszystko mam, chwała Bogu!” Tylko, iż na tych kartkach o dobrym życiu babci Walerii były rozmazane kleksy – jakby od łez… Ania zaopiekowała się staruszką, ksiądz Jerzy regularnie ją spowiadał i przynosił komunię, a na wielkie święta mąż Ani, wujek Piotr, stary marynarz, przywoził ją motocyklem do kościoła. Powoli życie wracało do normy. Wnuczka się nie pokazywała, a po paru latach poważnie zachorowała. Od dawna problemy z żołądkiem przypisywała właśnie jemu, aż w końcu okazało się – rak płuc. gwałtownie spaliła się chorobą, zmarła w pół roku. Mąż dosłownie zamieszkał na jej grobie – kupował flaszkę, pił, spał na cmentarzu, wstając po kolejną. Czteroletni syn Wasilek stał się nikomu niepotrzebny – brudny, głodny, zasmarkany… Tamara go zabrała, ale przez obowiązki zawodowe nie miała czasu, zaczęto przygotowywać chłopca do oddania do domu dziecka w powiecie. Dom ten miał dobrą opinię: energiczna dyrektorka, pełne wyżywienie, na weekend dzieci można zabrać do domu. To nie to samo, co dom rodzinny, ale Tamara nie miała wyjścia – do emerytury zostało jeszcze trochę lat. I wtedy, w wózku starego „Uralu” przyjechała do córki babcia Waleria. Za kierownicą siedział wypasiony sąsiad wujek Piotr, w marynarskiej koszulce, z kotwicami i syrenkami na ramionach. Oboje wyglądali bojowo. Babcia Waleria powiedziała krótko: – Ja biorę Wasilka do siebie. – Mamo, ledwo chodzisz, jak dasz sobie radę z nim? Potrzeba gotować, prać… – Dopóki jestem, Wasilka do domu dziecka nie oddam – ucięła babcia. Zaskoczona stanowczością zwykle łagodnej matki Tamara zamilkła i zaczęła pakować rzeczy wnuka. Wujek Piotr odwiózł starą i małego do ich domu, pomógł dźwignąć ich oboje do izby. Sąsiedzi kręcili głowami: – Dobra była ta staruszka, ale na stare lata zwariowała: sama potrzebuje pomocy, a do tego dziecko na głowie – to nie szczeniak przecież, potrzebuje opieki… I co ta Tamara sobie myśli?! Po niedzielnej mszy ksiądz Jerzy poszedł do babci Walerii, pełen obaw: czy nie trzeba przypadkiem zabrać głodnego i brudnego Wasilka od biednej, schorowanej staruszki? W izbie było ciepło, piec porządnie napalony, czysty i zadowolony Wasilek leżał na tapczanie i słuchał bajki o Czerwonym Kapturku z patefonu. A schorowana starowinka lekko krzątała się po domu – smarowała piórkiem blachę, ugniatała ciasto, wbijała jajka do sera. I jej stare, chore nogi znów poruszały się zwinnie, jak za dawnych lat. – Księże kochany! A ja tu… serniczki szykuję, poczekaj trochę – dla pani Aleksandry i Kuby będzie gorący poczęstunek… Ksiądz Jerzy wrócił do domu wciąż w szoku i opowiedział żonie, co zobaczył. Pani Aleksandra zamyśliła się, po czym wyjęła z półki gruby niebieski zeszyt i czytała: „Stara Jagoda odchodziła na tamten świat. Przeminęły dawno marzenia, uczucia, nadzieje – wszystko śpi pod białym śnieżnym całunem. Czas, czas już tam, gdzie nie ma bólu, smutku, westchnienia… Pewnego lutowego wieczoru długo modliła się przed ikonami, potem powiedziała: 'Zawołajcie księdza – będę umierać’. Twarz jej stała się biała jak śniegi za oknem. Ksiądz ją wyspowiadał i dał komunię, już leżała od doby bez jedzenia i picia, tylko lekkie oddychanie świadczyło, iż dusza jeszcze w ciele. Nagle: przeciąg otworzył drzwi i dziecięcy krzyk. – Cicho, babcia umiera… – Nie zatkam ust niemowlęciu, dopiero się urodziło i nie wie, iż nie wolno krzyczeć… Wnuczka wróciła z córeczką ze szpitala. Wszyscy byli w pracy, tylko babcia i młoda mama razem w domu. U wnuczki nie było jeszcze mleka, niemowlę wrzeszczało, przeszkadzając babci w umieraniu. Stara Jagoda uniosła głowę, spojrzenie nabrało ostrości. Usiedła na łóżku, szukała pantofli nogą. Gdy domownicy wrócili, zastali babcię, która już nie zamierzała umierać – biegała po pokoju, kołysała spokojne niemowlę, podczas gdy wnuczka wypoczywała na kanapie”. Pani Aleksandra zamknęła zeszyt i podsumowała: – Moja prababcia, Wera Jagoda, mnie bardzo kochała i nie mogła umrzeć, bo – jak w piosence – „A umierać nam za wcześnie, jeszcze mamy w domu sprawy do załatwienia!” Przeżyła potem jeszcze dziesięć lat, pomagając mojej mamie, twojej teściowej Anastazji, wychowywać mnie – ukochaną prawnuczkę. A ksiądz Jerzy uśmiechnął się do żony.
Zostaw w szpitalu, mówili krewni
Szpital nie przyjął ciężko chorej 12-latki. NFZ wszczyna postępowanie
Kiedy zadzwoniłam do mamy, żeby powiedzieć, iż jej wnuk będzie się żenił, po raz pierwszy od wielu lat odebrała ode mnie telefon – tylko po to, by od razu powiedzieć swoje stanowcze „nie”. I to mimo tego, iż choćby nie widziała przyszłej synowej na oczy. Choć adekwatnie nie było w tym nic zaskakującego – na mój własny ślub też nie przyszła i bratu również zabroniła. Bardzo bolało wychodzić za mąż bez matczynego błogosławieństwa, ale wiedziałam, iż inaczej się nie da
Czy macierzyństwo zmienia doświadczenie aktorskie? #shorts
Rząd UK uruchomił grę online dla dzieci
Teściowa pragnie usunąć mnie z mieszkania!
Moja mama zmusiła mnie do oddania dziecka i teraz już zawsze będę bezdzietna
Teściowa chciała zająć moje mieszkanie i wprowadzić swoje zasady!
Szept za szybą
Więcej czasu przed ekranem = więcej rodzinnych kłótni. Naukowcy mają swój wniosek
Twoja wnuczka
— Misiu, czekamy już pięć lat. Pięć. Lekarze mówią, iż dzieci mieć nie będziemy. A tu nagle…
Harper Hygienics prezentuje Kindii Water Care
Poduszkowce. Baśnioczytanie w teatrze. Warsztaty dla dzieci, rodziców/opiekunów (Teatr Polski, Nowa Sala Prób (III p.), ul. 27 Grudnia 8/10, Poznań)
Kolorowanki Zwierzogród
"Etta, Otto, Russel i James"
Granice prywatności dziecka. "Powinniśmy sprawdzać telefon tak, jak sprawdzamy pokój"
Pieniądze, które otrzymasz po urodzeniu dziecka. To ci się po prostu należy
Mój wymarzony mężczyzna zostawił dla mnie żonę, ale choćby nie przypuszczałam, jak bardzo wszystko obróci się przeciwko mnie.
Obca jest dla nich, tej piątce… ale któż ośmieli się zaprzeczyć…
Co za dziecko w wieku czterdziestu jeden lat!” – krzyczał mąż na Nastię. „W twoim wieku już babciami się zostaje. Nasto, nie rób głupstw. Książki dla dzieci.
Tak oszczędzam na zabawkach i gadżetach dziecięcych. Mój portfel w mig odczuł zmiany
3 wyjątkowe prezenty na pierwszy Dzień Babci i Dziadka
20 pomysłów na prezent na Dzień Babci i Dziadka
Otrzymałem od żony spakowaną walizkę z osobistymi rzeczami
Dzien babci i dziadka dekoracja
A co z tego, kto opiekował się babcią? Zgodnie z prawem mieszkanie powinno być moje! – moja mama krzyczy, grożąc mi sądem, bo babcia przepisała mieszkanie nie jej, nie mnie, ale mojej córce!
Cudu nie było – Polskie losy Tani: od samotnej młodej mamy po niespodziewane rodzinne odnalezienie w sercu Warszawy
Dziadek Było lato. Wracałam wieczorem do domu po treningu. Widzę – starszy dziadek leży na chodniku, upadł i nie może wstać. Wszyscy przechodnie omijają go szerokim łukiem, myśląc pewnie, iż jest pijany. On jednak coś niewyraźnie mamrocze pod nosem i wyciąga ręce do ludzi. Mama od dziecka uczyła mnie, by pomagać każdemu w miarę możliwości. Podchodzę więc do niego i pytam: „Pomóc panu?”. Dziadek nie jest w stanie odpowiedzieć, tylko mamrocze i wyciąga do mnie ręce. Przechodząca kobieta zwraca mi uwagę: „Odstąp od niego, nie widzisz, iż pijany? Jeszcze jakiegoś syfa złapiesz! I cały brudny, ubrudzisz się!”. Przyglądam się – a dziadek ma ręce całe we krwi. Ogarnia mnie dziecięcy strach. Na pytanie, co się stało, znów nie odpowiada – tylko mamrocze i z ziemi podnosi leżącą torbę. W środku są kawałki potłuczonych butelek po piwie. Dokłada jeszcze kilka odłamków do torby. Dlatego ma zakrwawione ręce. Zaczęłam wycierać mu ręce mokrymi chusteczkami – nie chciałam szczerze mówiąc ubrudzić ubrań krwią. Gdy już miał czyste dłonie, pomogłam mu wstać. Na pytanie o adres nie reagował – tylko coś bełkotał i machał ręką, wskazując gdzie iść. Zaprowadziłam go pod blok w tej samej okolicy. Pokazał na domofon i na palcach pokazał dwa numery – domyśliłam się, iż to numer mieszkania. Zadzwoniłam – usłyszałam zatroskany kobiecy głos. Dziadek znów coś zamamrotał. Po chwili z klatki zbiegła kobieta i mężczyzna. Najpierw rzucili się do dziadka, sprawdzając, czy wszystko w porządku, potem pan podziękował mi i zaniósł dziadka do mieszkania. Kobieta nie ustawała dopytywać, jak mogą mi się odwdzięczyć. Odmówiłam i chciałam odejść, gdy kobieta poprosiła, żebym zaczekała sekundę i nagle wpadła do klatki. Po chwili pojawiła się z wielkim koszem malin – „Z własnego ogródka” – pochwaliła się. Podziękowałam, ale nie chciałam brać. Ona nalegała: „Bierz, proszę. Pewnie byśmy zwariowali, gdybyśmy wrócili z działki i zastali pusty dom, bez dziadka. A wie pani co…? Dziadka wzięli kiedyś Niemcy do niewoli, na wojnie. Zajmował wysokie stanowisko, więc, by nic nie wyjawić, sam zranił sobie język. W niewoli nie było żadnej higieny, zaczęło się jątrzyć i musieli mu połowę języka amputować. Teraz nie mówi normalnie. Ostatnio na naszym podwórku wieczorami młodzież pije piwo, rozbija butelki. Pisaliśmy już na policję. Dzieci zabierają potem te odłamki, ranią się. Dziadek, odkąd nasza córeczka, Sonia, przecięła sobie nogę szkłem, zaczął sprzątać te odłamki po młodych, żeby nikt się nie pokaleczył. Ale dziadek już stary, nogi słabe. Przekonywaliśmy go na różne sposoby, chować klucze, ale uparcie wychodzi. Raz choćby leżał 5 godzin na zimnej ziemi, nikt nie pomógł, aż wróciliśmy ze zmiany i ledwo go znaleźliśmy. Właśnie mieliśmy zacząć szukać, a tu dzwonek do drzwi – dziękujemy pani bardzo.” Po tym, co usłyszałam, zaniemówiłam. Kobieta wsunęła mi w ręce kosz malin, ukłoniłam się i wracałam do domu. W połowie drogi rozpłakałam się. Dlaczego w naszym kraju tak jest? Dlaczego myślimy tylko o sobie? Apeluję do wszystkich – jeżeli widzisz, iż ktoś upadł i nie może wstać, nie zakładaj od razu, iż to pijak. Podejdź! Może ktoś potrzebuje Twojej pomocy! Szczególnie młodzi – nie zapominajmy, iż jesteśmy LUDŹMI, a nie ŚWINIAMI!
Antonia Pietrowna szła w deszczu i łzy mieszały się z kroplami, chowając jej smutek przed światem. Jedyna pociecha – deszcz! Nikt nie widzi łez – myślała kobieta. Obwiniała się: „Sama sobie winna! Wpadłam nie w porę. Nieproszony gość.” Płakała i śmiała się, przypominając sobie dowcip, w którym zięć pyta teściową: „Mamo, choćby herbaty nie napijecie?” I nagle odkryła, iż teraz jest jak ta „mama” z dowcipu. Płakała i śmiała się na przemian, aż w domu, w mokrych ciuchach, pod kocem, już nie powstrzymywała łez – tylko złota rybka w akwarium ją słyszała! Nikogo więcej! Antonia była kobietą atrakcyjną, lubianą przez mężczyzn, ale z ojcem Nikity, jej syna, nic się nie udało – pił i był chorobliwie zazdrosny. Pewnego razu pobił żonę, przy dziecku. Nikita wszystko wyznał babci i dziadkowi. Mama Antonii zapłakała: „Po to córkę wychowałam, żeby ją byle pijak bił?” Ojciec schwycił zięcia i zrzucił go z czwartego piętra, grożąc, iż więcej go tu nie zobaczy. Zięć zniknął na zawsze, Antonia nie wyszła już za mąż – dla dobra dziecka. Wielu próbowało ją zdobyć, ale nie mogła. Miała dobrą pracę: technolog żywienia w małej restauracji. Odkładała pieniądze na mieszkanie, a kiedy już je miała, Nikita chciał się żenić i zakochał się w Anastazji. Antonia oddała dzieciom nowe mieszkanie i zrobiła im wesele. Teraz odkładała na samochód dla nich – bo ile można jeździć starymi polonezami? Do syna nie zamierzała iść – nie narzucała się. Przypadkiem znalazła się obok, gdy lunął deszcz. Zdecydowała się wpaść i przeczekać, pogadać z Anastazją przy herbacie. ale synowa nie zaprosiła jej choćby do przedpokoju: „Antonia Pietrowna, czego pani chce?” Pokornie i ze łzami odeszła w deszcz. W domu zasnęła, a we śnie ryba z akwarium przemówiła: „Płaczesz? Głuptas! choćby herbaty nie dali ci w deszczu! Zbierasz pieniądze na samochód dla dzieci, a oni tego nie doceniają. Jedź nad morze! Zacznij żyć dla siebie!” Antonia obudziła się, wzięła pieniądze i kupiła sobie wycieczkę nad Bałtyk. Wróciła piękna, opalona, szczęśliwa. Dzieci nic nie zauważyły – dzwonili tylko dla pieniędzy lub gdy potrzebowali opieki nad wnukiem. Teraz Antonia przestała unikać mężczyzn – pojawił się adorator: dyrektor restauracji. Wreszcie wszystko się ułożyło! Ostatnio Anastazja przyszła po pieniądze na auto, a w domu był już jej mężczyzna, który zawołał: „Tonia, pijemy herbatę?” „Pewnie!” – odparła Antonia, a synowej oznajmiła: „Nie, Anastazja wychodzi. Herbaty nie pije. Prawda?” Zamknęła za nią drzwi i uśmiechnęła się do rybki: „Tak właśnie trzeba!”
Nie swoja jest dla nich, tej piątki… A czyż można powiedzieć…
– To ty byłeś tym mężczyzną, który zostawił mnie przed drzwiami domu dziecka? – Zapytał Roman nieznajomego, dostrzegając na jego piersi tę samą znamienną plamę.
Czy jednak ślub to silniejsza więź niż wspólne mieszkanie? – Śmiali się z Nadzi faceci
Kiedy ciocia Marysia stała się moją drugą mamą: historia utraconej matki, trudnego dzieciństwa i kobiety, która ocaliła moją rodzinę
Dziękuję za wspólne chwile w małżeństwie z Twoim synem. Pragnę go przywrócić do rodziny.
Jeszcze nam w domu roboty nie brak – Opowieść o babci Wali, która po powrocie do starej chaty, mimo osiemdziesiątki, zimnej izby i samotności, potrafiła rozgrzać piec, zatroszczyć się o prawnuka i własnym przykładem udowodnić, iż serce staruszki oraz dom rodzinny nigdy nie są gotowe do końca odpocząc, bo póki żyjemy, mamy tu wciąż swoje sprawy do załatwienia.
SZCZĘŚLIWY PRZYPADEK… Dorastałem w niepełnej rodzinie – bez taty. Wychowywały mnie mama i babcia. Potrzebę ojca poczułem już w przedszkolu. A w podstawówce!.. Strasznie zazdrościłem rówieśnikom, którzy dumnie spacerowali za rękę ze swoimi wysokimi, silnymi ojcami, bawili się, jeździli na rowerach, samochodach. Najbardziej bolało mnie, gdy któryś ojciec przytulał swoją córkę lub synka, brał na ręce, a oni śmiali się, śmiali… Boże, patrząc na to z boku, myślałem: „Co za szczęście!..” Swojego ojca też widziałem… Ale tylko na jednej, jedynej fotografii, gdzie uśmiechał się jak wszyscy ojcowie… ale nie do mnie!.. Mama mówiła, iż tata jest polarnikiem. Mieszka daleko…, bardzo daleko na północy, tak daleko, iż choćby przyjechać nie może. Wyjechał, pracuje tam, ale prezenty na urodziny wysyła regularnie. W trzeciej klasie, z gorzkim rozczarowaniem, zrozumiałem, iż nie mam żadnego ojca-polarnika… Nigdy go nie było! Przypadkiem usłyszałem, jak mama powiedziała babci, iż nie ma już siły okłamywać dziecka i dawać prezenty w imieniu ojca, który tak naprawdę nas zdradził. Mimo iż żyje dostatnio, nigdy nie zadzwonił do synka, nie pogratulował ani z okazji urodzin, ani na Boże Narodzenie. „Artuś tak kocha te święta!… Bo to jedyne dni, gdy czuje choćby odrobinę wsparcia, choćby dalekiego i magicznego, ale swojego.” I wtedy przed urodzinami powiedziałem mamie i babci, iż nie chcę żadnych prezentów na moje ulubione święta „od taty”, którego nie ma. „Po prostu upieczcie mi mój ulubiony tort ptasie mleczko i tyle.” Żyliśmy bardzo skromnie za dwie nieduże pensje – mamy i babci. Więc gdy zostałem studentem, dorabiałem jako magazynier na dworcu i w sklepach. Kiedyś sąsiad Sławek zaproponował mi zastępstwo w roli Świętego Mikołaja w przedszkolach i rodzinach przed świętami. Przedszkoli od razu odmówiłem. Wydawało mi się to trudne, bo trzeba grać całe przedstawienia i występować z Śnieżynką. Ale na pojedyncze wizyty domowe w wyznaczone dni zgodziłem się. Sławek przekazał mi zeszyt z wierszykami, zagadkami i adresy klientów. Repertuar był prosty, łatwo go zapamiętałem – to nie egzamin z wytrzymałości materiałów. Ale lęk przed wpadką mi przeszkadzał. Jednak pierwszy „placuszek”, ku mojemu zaskoczeniu, wyszedł dobrze. Gdy wieczorem wróciłem po kolejnych wizytach do dzieci, byłem zmęczony, ale dumny z siebie, iż nie spaliłem występu, a licząc zarobek, prawie zatańczyłem z radości. Za pół roku dźwigania skrzynek i worków w weekendy tyle nie zarabiałem! Od tego czasu co zimę „mikołajowałem”, a w wakacje łapałem fuchy na studenckich brygadach budowlanych. Póki studiowałem, życie prywatne nie układało mi się – nie miałem na to czasu. Sami rozumiecie: nauka, przypadkowe prace. Dziewczyny były, ale do ślubu nie dochodziło. „Skończę studia, zdobędę prestiżową pracę, porządne zarobki, urządzę mieszkanie… Wtedy będę myślał o rodzinie.” – marzyłem. I gdy skończyłem uczelnię, już pracując jako inżynier na nieza wysokim stanowisku, postanowiłem kupić używany samochód z zagranicy. W domu było już średnio, ale na auto ciągle brakowało, a tak chciałem mieć swój pojazd. Wtedy znów zdecydowałem zostać Mikołajem. Mama wyciągnęła z szafy mój strój mikołajowy, zdjęła folię i odświeżyła. Dodała mnóstwo brokatu – kostium lśnił. A rozczesana biała broda bardzo mi się spodobała – doskonale ukrywała twarz. Przykleiłem gęste brwi i patrząc w lustro byłem zadowolony. A mama westchnęła i mówi cicho: – Artuś, czas już, żebyś miał swoje dzieci, a ty wciąż bawisz cudze. – Spokojnie, jeszcze zdążę – machnąłem ręką. – No, życz mi szczęścia, kochana, pa! – i pocałowałem ją w policzek, po czym ruszyłem zarabiać. Tydzień przed świętami wrzuciłem ogłoszenie do lokalnej gazety i spadło mi piętnaście zgłoszeń. Po wizytach pod sześcioma adresami, wykreśliłem je z listy, przeczytałem następny: „ul. Sadowa 6, m. 19”. Wysiadłem z autobusu i ruszyłem pod wskazany dom. Sadowa – to prawie obrzeża miasta – słabo oświetlona. Ale nie szukałem długo szóstki. Wszedłem na drugie piętro i zadzwoniłem. Otworzył chłopiec lat pięć-sześć. – Na polanie pod lasem mieszkałem w leśnej chatce… – zacząłem rutynowo. Ale chłopiec mi przerwał: – My nie wzywaliśmy Mikołaja! – A ja nie czekam na zaproszenie, sam przychodzę do grzecznych dzieci – odpowiedziałem, choć lekko się zgubiłem. – Mama, tata są w domu? – Nie. A mama poszła do sąsiadki, babci Toni, zrobić zastrzyk. Zaraz wróci. – A jak masz na imię? – Artur. „No proszę, imiennik!” – pomyślałem, zaskoczony. Ale nie mogłem przecież powiedzieć, iż też jestem Artur. Jestem przecież Mikołajem! – Arturku, gdzie wasza choinka? – W moim pokoju. Wziął mnie za rękę i poprowadził do swojego pokoiku, który – jak cały skromny lokal – urządzony był bardzo prosto. Na stoliku przy łóżku, zamiast choinki, w trzylitrowym słoju stała gałązka świerku zdobiona malutkimi ozdobami i kolorową girlandą. Obok stały dwa zdjęcia w identycznych ramkach – mężczyzny i kobiety. Przyjrzałem się uważnie i… Zamarłem z wrażenia… Ze zdjęcia patrzyłem na siebie! „To niemożliwe!..” Przyjrzałem się raz jeszcze. Wszystko się zgadza… W lewej ramce była moja fotografia z czasów studiów, w wiatrówce. A po prawej – dziewczyna – Lena Górska. Z nią poznałem się kiedyś latem na studenckiej budowie. Tylko jej zdjęcie było już dorosłe. Patrzyły na mnie miłe, ale smutne oczy pięknej, bardzo podobnej do dawnej wesołej Leny. – Kto to? – spytałem z przejęciem, nie poznając własnego głosu. – To mama. – Twoja?.. – Moja. – Ma na imię… Lena? – wypaliłem. – Ojej, zgadł pan! To pan naprawdę jest Mikołajem? Ja myślałem, iż nie istnieje! – A kto to? – wskazałem palcem na własną twarz, już przeczuwając, iż Artur jest moim synem. – To mój tata! On prawdziwy polarnik! Wyobraźcie sobie, żyje i pracuje na wielkiej krze! Mama mówiła, iż wyjechał bardzo dawno, gdy byłem bardzo mały. Dlatego nigdy go nie widziałem… ani nie pamiętam. Ale zawsze przysyła mi prezenty na urodziny i święta. I w te święta znajdę pod poduszką jego prezent. Mikołaj uwielbia je tam chować. Byłem w szoku, przypominając sobie dzieciństwo i „tatę-polarnego”. Czy wszystkie mamy wysyłają takich ojców na biegun północny? I ja wśród tych „niedobrych”? Ogarnął mnie ból, jakby los ugodził mnie w serce. Wspomniałem nasz intensywny, ale krótki romans z Leną… Na pożegnanie wymieniliśmy telefony. Ale zaraz po powrocie nie zadzwoniłem, a po kilku dniach skradziono mi komórkę. Często o niej myślałem. Ale nauka, spotkania z kolegami i dziewczynami jakoś wyparły Lenę z codzienności… A ona okazało się mieszka w tym samym mieście! I nie tylko mnie nie zapomniała, ale samotnie wychowuje naszego syna, a moje zdjęcie postawiła obok swojego. Chciałem już powiedzieć Arturowi, iż jestem jego ojcem, gdy drzwi się uchyliły i weszła Lena: – Synku, przepraszam, iż się spóźniłam. Babci Toni musieli wezwać pogotowie i zabrać ją do szpitala. Zobaczywszy mnie, zawołała w zdumieniu: – Ojej, my nie zamawialiśmy Mikołaja! Łzy szczęścia i wzruszenia popłynęły mi po policzkach. Zdjąłem czapkę z brodą, zerwałem puszyste brwi… – Artur?! – zdziwiła się Lena. I osłabiona, usiadła na pufie w przedpokoju. Siedziała i rozpłakała się tak głośno, iż Artur lekko się przestraszył. Ale Lena gwałtownie się opanowała przy synu. Powiedziałem mu, iż przyleciałem z Północy i zostałem Mikołajem, by zrobić niespodziankę jemu i mamie. Artur był przeszczęśliwy. Śmiał się, śpiewał, recytował nam wiersze. Odpoczywał i znowu czytał wiersze, trzymał nas za ręce, jakby bał się, iż znów na długo odlecę. O prezencie choćby nie pomyślał. Przecież wiedział, iż Mikołaj na pewno włoży prezent taty pod poduszkę. Artur zasnął, a my z Leną rozmawialiśmy do rana, jakby nie było tych lat rozłąki. Rano pobiegłem po kolejny prezent i dopiero wtedy zauważyłem, iż pomyliłem adres. Wszedłem do numeru 6A, a powinienem do 6. W nocy nie dostrzegłem tej literki „A” i wszedłem do nie tego mieszkania. A tak naprawdę – DO TEGO – najbardziej adekwatnego dla mnie domu!!! „Co za szczęśliwy, przełomowy przypadek” – myślałem, uśmiechając się. Teraz jesteśmy we troje! Jesteśmy bardzo szczęśliwi! A mama i babcia nie mogą nacieszyć się wnukiem i prawnukiem – Arturem Arturowiczem!..
Jedno zdanie potrafi zatrzymać dziecięcy wybuch w sekundę. Większość rodziców nie ma pojęcia