BEZDOMNY
Nigdzie nie miałem już dokąd pójść. Po prostu kompletnie nigdzie… Można dwie, trzy noce przesiedzieć na dworcu, ale co potem? myślałem. Nagle przyszła mi do głowy ratunkowa myśl: Działka! Jak mogłem o niej zapomnieć? Choć… Działka to mocno powiedziane! Raczej rozpadająca się altana. Ale lepiej tam niż na dworcu rozważałem.
Wsiadłem do pociągu podmiejskiego, oparłem głowę o zimne okno i zamknąłem oczy. Przypomniały mi się ciężkie wydarzenia ostatnich miesięcy. Dwa lata temu straciłem rodziców, zostałem sam, bez żadnej pomocy. Nie było z czego opłacać studiów, więc musiałem rzucić uczelnię i zacząć pracować na bazarze.
Po tych wszystkich przeżyciach los się uśmiechnął, bo niedługo poznałem miłość życia. Kasia okazała się dobrą, porządną dziewczyną. Po dwóch miesiącach zrobiliśmy skromny ślub.
Wydawałoby się, iż teraz już tylko cieszyć się życiem… Ale los zgotował mi kolejne wyzwanie. Kasia zaproponowała, żebyśmy sprzedali odziedziczone po moich rodzicach mieszkanie w centrum Warszawy i otworzyli własny biznes.
Żona wszystko tak pięknie przedstawiła, iż choćby przez chwilę nie miałem wątpliwości byłem pewien, iż robimy dobrze i już niedługo będziemy mogli zapomnieć o finansowych problemach. Jak tylko się ustawimy, pomyślimy o dziecku. Tak marzę, żeby zostać ojcem! rozmyślałem naiwnie.
Biznes się jednak nie udał. Ciągłe kłótnie o zmarnowane pieniądze gwałtownie nas oddaliły. niedługo Kasia przyprowadziła do naszego mieszkania innego faceta i wyrzuciła mnie za drzwi.
Początkowo chciałem iść na policję, ale potem zrozumiałem, iż nie mam do niej żadnych pretensji sam sprzedałem mieszkanie i przekazałem całe pieniądze jej…
***
Wysiadłem na stacji i samotnie ruszyłem pustym peronem. Dopiero początek wiosny, sezon działkowy jeszcze się nie zaczął. Przez te trzy lata działka zarosła na potęgę i była w opłakanym stanie. Nic nie szkodzi, posprzątam, będzie jak dawniej powtarzałem w myślach, choć już wiedziałem, iż nigdy nie wróci dawne życie.
Łatwo znalazłem klucz schowany pod schodkiem ganku, ale drzwi się zaryglowały i nie chciały się otworzyć. Starałem się z wszystkich sił, ale na nic nie dałem rady. Zmęczony usiadłem na schodkach i poczułem, jak napływają mi łzy do oczu.
Nagle na sąsiedniej działce zauważyłem dym i usłyszałem jakieś szmery. Może są sąsiedzi?! Od razu popędziłem w tamtą stronę.
Pani Zosiu! Jest pani? zawołałem.
Zamarłem, gdy zobaczyłem zaniedbanego starszego pana krzątającego się przy ognisku, na którym podgrzewał wodę w brudnym kubku.
Kim pan jest? Gdzie jest pani Zosia? zapytałem niepewnie, cofając się na wszelki wypadek.
Nie bój się mnie. I proszę, nie dzwoń na policję. Nic złego nie robię. Do domu się nie włamuję, mieszkam tu tylko na zewnątrz… odpowiedział mężczyzna spokojnym, kulturalnym głosem.
Ton miał niespodziewanie łagodny, pełen ogłady jak człowiek wykształcony.
Jest pan bezdomny? palnąłem bez namysłu.
Tak, dokładnie odpowiedział cicho, spuszczając wzrok. Mieszkasz tu obok? Nie przejmuj się, nie będę przeszkadzał.
Jak pan ma na imię?
Stanisław.
A nazwisko? dopytałem jeszcze.
Wojciechowski odpowiedział staruszek z nutą zaskoczenia.
Przyjrzałem się dokładniej panu Stanisławowi. Ubranie miał co prawda znoszone, ale czyste, a i sam wyglądał na zadbanego.
Szczerze mówiąc, nie wiem już, do kogo mam się zwrócić o pomoc… westchnąłem ciężko.
Co się stało? zapytał ze współczuciem.
Drzwi przesiadły… Nie potrafię ich otworzyć.
jeżeli pozwolisz, mogę rzucić okiem zaproponował bezdomny.
Byłbym wdzięczny! odpowiedziałem bezradnie.
Kiedy szarpał się z drzwiami, siedziałem na ławeczce i myślałem: Kim ja jestem, żeby go oceniać? Przecież sam teraz jestem bez dachu nad głową…
No i gotowe! Pan Stanisław uśmiechnął się szeroko, popchnął drzwi, które ustąpiły. Ale powiedz, ty chcesz tutaj nocować?
No a gdzie indziej? zdziwiłem się.
W domku masz ogrzewanie?
Powinienem mieć kozę… zawahałem się, bo nie znałem się na tym zupełnie.
A drewno?
Nie wiem… opuściłem głowę.
Dobra, wejdź do środka, ja zaraz coś wykombinuję powiedział stanowczo Stanisław i wyszedł z działki.
Przez godzinę sprzątałem, ale w altanie było okropnie zimno i wilgotno. Byłem rozbity i nie wyobrażałem sobie, jak można tu mieszkać. niedługo pan Stanisław wrócił, niosąc drewno. Czułem ulgę było dobrze wiedzieć, iż ktoś po prostu jest obok.
Rozpalił kozę, wyczyścił ją trochę, a już po godzinie w domku zrobiło się ciepło.
Gotowe! Koza porządnie rozpalona, dokładaj co jakiś czas drewna. Na noc najlepiej wygasić, ale ciepło się utrzyma tłumaczył staruszek.
A pan gdzie? Do sąsiadów? spytałem.
Tak, pomieszkam trochę na działce obok. Nie chcę wracać do miasta… Zbyt dużo tam wspomnień.
Panie Stanisławie, proszę zostać. Zjedzmy razem kolację, wypijmy herbaty, a potem pan pójdzie powiedziałem zdecydowanie.
Nie opierał się. Zdjął płaszcz, usiadł przy kozie.
Wybaczy pan ciekawość… Ale nie wygląda pan na bezdomnego. Dlaczego żyje pan na ulicy? Gdzie rodzina, dom?
Pan Stanisław opowiedział swoją historię: całe życie pracował jako wykładowca na Politechnice. Oddał się nauce bez reszty, nie zakładał rodziny, a starość zaskoczyła go niespodziewanie. Gdy zorientował się, iż został zupełnie sam, było za późno, by coś zmieniać.
Rok temu odezwała się do niego bratanica. Sugerowała, iż będzie się nim opiekować, jeżeli zapisze jej mieszkanie. Oczywiście, Stanisław się ucieszył i zgodził.
Później Aneta zdobyła jego zaufanie całkowicie. Namówiła go, by sprzedać mieszkanie w blokowisku i kupić dom z ogrodem pod Warszawą. Podobno miała już wypatrzony świetny dom, okazyjnie i tanio.
Stanisław zawsze marzył o świeżym powietrzu i ciszy, więc choćby się nie zastanawiał. Po sprzedaży mieszkania namówiła go też na założenie konta i przelanie tam wszystkich pieniędzy.
Wujku Staszku, usiądź na ławeczce, a ja dowiem się wszystkiego na miejscu. Dam torebkę, może ktoś nas śledzi powiedziała przy wejściu do banku.
Aneta weszła z pieniędzmi do środka, ja czekałem. Minęła godzina, dwie, trzy… Nie wracała. W końcu wszedłem do banku nikogo już tam nie było, z drugiej strony był jeszcze jeden wyjście.
Nie mogłem uwierzyć, iż najbliższa osoba tak mnie potraktowała. Długo jeszcze czekałem na ławeczce. Następnego dnia poszedłem pod jej adres. Drzwi otworzyła obca kobieta i wyjaśniła, iż Aneta sprzedała to mieszkanie dwa lata temu…
Cóż, taka przykra historia… westchnął staruszek. Od tamtej pory żyję na ulicy. Do dziś powtarzam sobie, iż nie mam już domu…
Wiesz co, myślałem, iż tylko mnie takie rzeczy spotykają… Ale twoja historia do mojej bardzo podobna… odpowiedziałem i opowiedziałem mu swoje losy.
Słabo to wszystko wygląda. Ja chociaż przeżyłem swoje życie… Ale ty? Z uczelni cię wyrzucili, mieszkania nie masz… Nie poddawaj się, naprawdę KAŻDY problem można rozwiązać. Jesteś młody, przed tobą jeszcze dobre dni próbował mnie pocieszyć pan Stanisław.
Ale dość już o smutkach, chodź, zjemy kolację! uśmiechnąłem się.
Patrzyłem, jak staruszek z apetytem pochłania makaron z parówkami. Było mi go szczerze żal był taki samotny i bezbronny.
Jak bardzo można być samotnym, nie mając już nikogo na świecie, bez dachu nad głową pomyślałem.
Wiesz, mogę pomóc ci z powrotem na studia. Mam tam jeszcze wielu przyjaciół. Może uda się znaleźć dla ciebie miejsce na państwowym powiedział nagle pan Stanisław. Ale w tym stanie nie pokażę się kolegom. Napiszę do rektora. On cię przyjmie. Konrad, mój dawny druh. Pomocny gość.
Dziękuję. To byłoby coś wspaniałego! ucieszyłem się.
Dziękuję ci za kolację i iż mnie wysłuchałeś. Idę już, późno powiedział podnosząc się.
Ale po co? Zostań, przecież mam trzy pokoje. Możesz wybrać, który chcesz! A jeżeli mam być szczery boję się zostać sam. Mam wątpliwości co do tej kozy, nie znam się na tym w ogóle. Nie zostawisz mnie w potrzebie?
Nie zostawię odparł bardzo poważnie.
***
Minęły dwa lata… Udało mi się zaliczyć sesję, a wracając do domu na letnie wakacje, czułem ulgę. przez cały czas mieszkałem na działce. W zasadzie w roku akademickim w akademiku, ale tu przyjeżdżałem na weekendy i podczas przerwy.
Cześć! zawołałem, wpadając na działkę i ściskając dziadka Stasia.
Michaś! Mój chłopcze! Czemu nie zadzwoniłeś? Odebrałbym cię ze stacji. No i jak, zdałeś? ucieszył się staruszek.
Tak! Prawie wszystko na piątki! pochwaliłem się. Patrz, kupiłem sernik. Nastawiaj czajnik, świętujemy!
Przy herbacie rozmawialiśmy z panem Stanisławem o nowościach.
Posadziłem winogrona. Tam będzie altanka, będzie cicho i wygodnie opowiadał pan Stanisław.
Świetnie! Wiesz co, czuj się tutaj jak u siebie. Ja tylko przyjeżdżam i wyjeżdżam roześmiałem się.
Stanisław całkiem się zmienił. Już nie był samotny. Znalazł dom, miał wnuka Michała. Ja też wracałem do życia. Stał się dla mnie kimś naprawdę bliskim. Jestem wdzięczny losowi, iż przysłał mi dziadka, który zastąpił mi rodziców i wsparł, kiedy najbardziej tego potrzebowałem.














