Bez „trzeba” Antoni wrócił do mieszkania i zobaczył na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubek po jogurcie oraz otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał na środku korytarza, Weronika siedziała na kanapie, wpatrzona w telefon. Odłożył torbę na podłogę, zdjął buty. Chciał coś powiedzieć o talerzach, ale ścisnęło go ze zmęczenia w gardle, więc po prostu podszedł do stołu, wziął jeden talerz i zaniósł do zlewu. – Tata, ja zaraz umyję – rzuciła Weronika, nie odrywając wzroku od ekranu. – Mhm. Odkręcił wodę, włożył talerz pod strumień. Makaron rozmiękł, popłynął do odpływu. Zakręcił wodę i przez chwilę patrzył na mokre naczynia. – Werka, a gdzie Kostek? – U siebie. Robi matmę. – A ty? – Skończyłam już wszystko. Starł ręce o ręcznik i poszedł do pokoju Kostka. Syn leżał na dywanie, podpierając głowę pięścią, a w zeszycie było zapisane półtora zadania. – Cześć – powiedział Antoni. – Cześć. – Jak tam? – W porządku. – Lekcje? – Robię. Antoni przysiadł na brzegu łóżka. Kostek zerknął na niego, po czym znów utkwił wzrok w zeszycie. – Tato, co jest? – Nie wiem – odpowiedział Antoni. – Chyba jestem zmęczony. Naprawdę nie wiedział. Rano dzwoniła mama, domagała się pomocy przy szafie, potem w pracy zebranie przeciągnęło się do szóstej, w metrze stał ściśnięty pod drzwiami. A teraz siedział w pokoju Kostka, nie chcąc mówić o talerzach, lekcjach czy porządku. Nie chciał być funkcją, która wraca do domu i się włącza. – Słuchaj, zbierzmy się wszyscy w kuchni – odezwał się. – Razem. – Po co? – Pogadać. Kostek skrzywił się. – Znowu o dwójce z polskiego? – Nie. Po prostu pogadać. – Tato, nie zrobiłem jeszcze zadań. – Skończysz później. Pięć minut. Wyszedł, zawołał Weronikę. Ta uniosła wzrok i westchnęła z niezadowoleniem. – Serio? – Serio. Odrzuciła telefon na kanapę i poszła za nim. Kostek wyszedł z pokoju i zatrzymał się w drzwiach kuchni, jakby niepewny. Antoni usiadł przy stole, odsunął zeszyt. Weronika siadła naprzeciwko, Kostek przysiadł na krawędzi krzesła. – Co się stało? – spytała Weronika. – Nic się nie stało. – To po co? Antoni spojrzał na nią, potem na Kostka. Kostek miał zmartwione oczy, jakby spodziewał się najgorszego. – Chcę po prostu szczerze pogadać – powiedział. – Bez „trzeba odrobić lekcje”, „trzeba umyć naczynia”, tych wszystkich „trzeba”. – Czyli naczyń nie muszę zmywać? – upewnił się ostrożnie Kostek. – Zmyjemy później. Chodzi o coś innego. Weronika skrzyżowała ręce na piersi. – Dziwny jesteś dzisiaj. – Dziwny – zgodził się. – Chyba już mam dość udawania, iż wszystko gra. Zamilkli. Szukał słów, ale w głowie miał tylko pustkę. – Nie wiem, jak to powiedzieć – zaczął. – Ale wydaje mi się, iż wszyscy udajemy. Przychodzę z pracy, wy udajecie, iż wszystko w porządku, ja udaję, iż wierzę. Rozmawiamy o szkole, o jedzeniu, a wcale nie rozmawiamy. – Tata, dobijasz nas – powiedziała cicho Weronika. – Po co? – Sam nie wiem. Może dlatego, iż sobie nie radzę i boję się, iż wy też nie, a choćby nie wiem z czym. Kostek zmarszczył brwi. – Ja sobie radzę. – Naprawdę? – spojrzał na niego Antoni. – To dlaczego od dwóch tygodni zasypiasz dopiero po północy? Kostek zamilkł, wpatrzony w stół. – Słyszę, jak się przewracasz z boku na bok – powiedział Antoni. – I rano wyglądasz, jakbyś w ogóle nie spał. – Po prostu nie chce mi się spać. – Kostek. – No co „Kostek”? – Powiedz, jak naprawdę jest. Kostek wzruszył ramionami i odwrócił się. – W szkole wszystko okej. Lekcje robię. Czego jeszcze chcesz? Weronika wtrąciła się: – Tato, po co go tak wypytujesz? – Nie wypytuję, chcę zrozumieć. – A on nie chce mówić. Ma prawo. Antoni spojrzał na nią. – Dobrze. To powiedz ty, jak u ciebie. Parsknęła. – U mnie? Świetnie. Uczę się, kontaktuję z koleżankami – wszystko jak trzeba. – Werka. Zamilkła, odwróciła wzrok. – No co? – Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Koleżanki dwa razy zapraszały cię na miasto, odmówiłaś. – No i co z tego? Nie chciało mi się. – Dlaczego? Zacisnęła usta. – Zmęczyły mnie już te rozmowy o chłopakach i innych głupotach. Wystarczy? – Wystarczy – powiedział. – Po prostu wydaje mi się, iż jesteś smutna. Pokręciła głową, jakby chciała coś strząsnąć. – Nie jestem smutna. – Okej. Umilkli. W kuchni było słychać tylko buczenie lodówki. – Słuchajcie – powiedział wolno – nie chcę was teraz wychowywać. I nie chcę, żebyście mnie pocieszali. Powiem wprost: boję się. Codziennie. Boję się, iż zabraknie pieniędzy, boję się, iż babcia zachoruje i nie powie, boję się, iż w pracy mnie zwolnią. Boję się, iż wy coś przeżywacie, a ja tego choćby nie zauważam, bo jestem za bardzo zajęty sobą. I mam dość udawania, iż wszystko mam pod kontrolą. Weronika zamrugała, spojrzała na niego uważniej. – Jesteś dorosły – powiedziała cicho. – Powinieneś sobie radzić. – Wiem. Ale nie zawsze daję radę. Kostek podniósł głowę. – A co będzie, jak sobie nie poradzisz? – Nie wiem – przyznał Antoni. – Chyba będę musiał poprosić o pomoc. – Kogo? – Was, na przykład. Kostek się skrzywił. – Przecież my jesteśmy dziećmi. – Jesteście dziećmi, tak. Ale jesteście też częścią tej rodziny. I czasem potrzebuję tylko, żebyście powiedzieli mi prawdę. Nie „wszystko dobrze”, tylko jak naprawdę jest. Weronika przesunęła dłonią po stole, zbierając niewidzialne okruchy. – Po co ci wiedzieć? – Żeby nie być samemu. Spojrzała na niego i zobaczył w jej oczach coś jak zrozumienie. – Boję się iść do szkoły – odezwał się nagle Kostek. – Jeden chłopak mówi codziennie, iż jestem głupi. Wszyscy się wtedy śmieją. Antoni poczuł ścisk w klatce piersiowej. – Jak się nazywa? – Nie powiem. Pójdziesz coś wyjaśniać i będzie jeszcze gorzej. – Nie pójdę. Obiecuję. Kostek spojrzał na niego nieufnie. – Na pewno? – Na pewno. Ale chcę, żebyś wiedział, iż nie jesteś sam. Kostek kiwnął głową, spuścił wzrok. – Nie jestem sam. Jest Dima, on normalny. Siedzimy razem. – To dobrze. Weronika westchnęła. – Ja nie chcę iść na uczelnię – powiedziała cicho. – Wszyscy pytają, gdzie pójdę dalej, a ja nie wiem. Kompletnie nie wiem. Mam wrażenie, iż nigdzie się nie nadaję. – Werka, masz czternaście lat. – No i co? Wszyscy już wiedzą, a ja nie. – Nie wszyscy. – Wszyscy, których znam. Przez chwilę zapanowała cisza. – W twoim wieku chciałem być geologiem – rzucił Antoni. – Potem zmieniłem zdanie. Jeszcze kilka razy. Teraz pracuję gdzie indziej niż planowałem. – I jak, dobrze ci? – Różnie. Czasem dobrze, czasem ciężko. Ale tak to jest, życia nie da się ustalić z góry. Weronika skinęła głową, choć niepewnie. – Tylko wszyscy gadają, iż trzeba już się określić. – Gadają – zgodził się. – Ale to ich zdanie, nie twoje. Spojrzała na niego i prawie się uśmiechnęła. – Dzisiaj jesteś jakiś inny. – Zmęczony byciem idealnym. Kostek się uśmiechnął. – Mogę o coś zapytać? – Jasne. – Naprawdę się boisz? – Naprawdę. – A co robisz, jak się boisz? Antoni się zamyślił. – Wstaję rano i robię coś. Cokolwiek, choćby jeżeli nie wiem, czy dobrze. Po prostu robię. Kostek kiwnął głową. – Rozumiem. Siedzieli w ciszy. Antoni patrzył na nich i wiedział, iż niczego nie rozwiązał, nie dał odpowiedzi, nie zabrał lęków. Ale coś się zmieniło: pokazał, iż potrafi być nie funkcją, a człowiekiem, i oni odpowiedzieli tym samym. – No to dobra – powiedziała Weronika i wstała. – Trzeba pozmywać. – Ja pomogę – odezwał się Kostek. – I ja – dodał Antoni. Wstali. Weronika odkręciła kran, Kostek podał gąbkę. Antoni wziął ściereczkę i zaczął wycierać. Pracowali w ciszy, ale była to zupełnie inna cisza niż zwykle. Nie pusta, tylko wypełniona. Gdy ostatni talerz trafił na suszarkę, Weronika wytarła ręce i spojrzała na tatę. – Tato, a można tak jeszcze kiedyś pogadać? Tak po prostu. – Pewnie – odpowiedział. – Kiedy tylko chcesz. Kiwnęła głową i poszła do siebie. Kostek został, chwilę się wahał. – Dzięki, iż nie będziesz rozmawiać z tym chłopakiem – powiedział. – Ale jeżeli będzie bardzo źle, powiesz mi? – Powiem. – No to chodź, dokończymy matmę. Poszli do pokoju Kostka, usiedli razem na dywanie. Antoni wziął zeszyt i spojrzał na zadania. Kostek przysunął się bliżej i zaczęli rozwiązywać razem, już bez pośpiechu, niemal zwyczajnie. Ale teraz Antoni wiedział, iż za tymi zadaniami jest chłopak, który się boi, i iż może być blisko nie tylko jako kontroler, ale też jako ktoś, kto się boi, a mimo to codziennie rano wstaje. To niewiele, ale to był początek.

newskey24.com 1 godzina temu

Bez trzeba

Tomasz wchodzi do mieszkania i widzi na kuchennym stole trzy talerze z przyschniętym makaronem, wywrócony pusty kubek po jogurcie oraz otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leży na środku przedpokoju, a Weronika siedzi na kanapie, wpatrzona w telefon.

Odstawia torbę, ściąga buty. Chciał już powiedzieć coś o tych talerzach, ale poczuł nagły ścisk zmęczenia w gardle, więc tylko podchodzi do stołu, bierze jeden talerz i niesie do zlewu.

Tato, zaraz zmyję rzuca Weronika, nie odrywając wzroku od ekranu.

Mhm.

Odkręca wodę, podkłada talerz pod strumień. Makaron mięknie i spływa do odpływu. Skręca wodę i przez chwilę tylko patrzy na mokre naczynia.

Weronika, gdzie jest Kacper?

U siebie. Robi matmę.

A ty?

Już wszystko odrobiłam.

Wyciera ręce w ręcznik i idzie do Kacpra. Syn leży na dywanie, oparty na łokciu, w zeszycie zapisane półtora zadania.

Cześć mówi Tomasz.

Cześć.

Jak tam?

Dobrze.

Lekcje?

Robię.

Tomasz przysiada się na skraju łóżka. Kacper zerka na niego, wraca do zeszytu.

Tato, co jest?

Nie wiem odpowiada Tomasz. Zmęczony jestem, pewnie.

I rzeczywiście nie wie. Rano dzwoniła mama, prosiła, żeby przyjechał i pomógł przejrzeć szafę, potem w pracy zebranie ciągnęło się w nieskończoność, w metrze tłok stał przyciśnięty do drzwi. Teraz siedzi w pokoju syna i wie, iż nie ma siły nic mówić o naczyniach, lekcjach, porządku. Nie chce włączać trybu ojca, który wraca do domu i jak automat działa.

Chodźcie do kuchni mówi w końcu razem.

Po co?

Porozmawiać.

Kacper się krzywi.

O jedynce z polskiego?

Nie. Po prostu pogadać.

Ale ja nie skończyłem lekcji.

Dokończysz później. Pięć minut.

Wstaje, wraca do dużego pokoju, woła Weronikę. Dziewczyna podnosi głowę, wzdycha z rezygnacją.

Serio?

Serio.

Odkłada telefon na kanapę i idzie za nim. Kacper wlecze się z pokoju, zatrzymuje w drzwiach kuchni, niepewny.

Tomasz siada przy stole, zsuwa zeszyt na bok. Weronika siada naprzeciwko, Kacper przysiada na samym brzegu krzesła.

Co się stało? pyta Weronika.

Nic się nie stało.

To po co?

Tomasz patrzy na córkę, potem na syna. Kacper ma niespokojne oczy, jakby na coś czekał.

Po prostu chcę pogadać mówi Tomasz. Tak szczerze. Bez trzeba zmyć, trzeba lekcje, nic z tych rzeczy.

Czyli talerzy nie muszę zmywać? ostrożnie dopytuje Kacper.

Zmyjemy potem. Ja o czymś innym.

Weronika krzyżuje ręce na piersi.

Jakiś ty dzisiaj dziwny.

Dziwny przytakuje. Może dlatego, iż zmęczyło mnie udawanie, iż wszystko jest OK.

Milkną wszyscy. Szuka w głowie słów, a trafia tylko na pustkę.

Nie umiem tego dobrze powiedzieć zaczyna cicho. Ale wydaje mi się, iż tu wszyscy trochę udajemy. Ja wchodzę, wy udajecie, iż wszystko jest super, ja udaję, iż wierzę. Rozmawiamy o lekcjach, o jedzeniu, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy.

Tato, przynudzasz Weronika mówi niemal szeptem. Po co?

Sam nie wiem. Może boję się, iż sobie nie radzę, i przeraża mnie, iż wy też sobie nie radzicie, a ja choćby nie wiem z czym.

Kacper marszczy czoło.

Ja sobie radzę.

Naprawdę? Tomasz patrzy w syna. To czemu od dwóch tygodni zasypiasz po północy?

Kacper milknie, gapi się w stół.

Słyszę, jak się wiercisz ciągnie Tomasz. A rano masz minę, jakbyś w ogóle nie spał.

Po prostu nie chce mi się spać.

Kacper.

No co Kacper?

Powiedz, jak jest.

Chłopiec wzrusza ramionami, odwraca głowę.

W szkole wszystko OK. Lekcje robię. Czego jeszcze?

Weronika wtrąca się:

Tato, po co go tak przepytujesz?

Nie przepytuję. Chcę zrozumieć.

A on nie chce mówić. Ma prawo.

Tomasz patrzy na córkę.

Dobrze. To ty powiedz, jak u ciebie.

Parska śmiechem.

U mnie? Super. Uczę się, gadam z koleżankami, wszystko jak trzeba.

Weronika.

Milknie, odwraca wzrok.

Co?

Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Dziewczyny dzwoniły dwa razy, odmówiłaś.

I co z tego? Nie chciało mi się.

Czemu?

Zaciska usta.

Bo mam dosyć ich gadek o chłopakach i bzdurach. Wystarczy?

Wystarczy mówi łagodnie. Po prostu wydajesz się smutna.

Rzuca głową, jakby chciała strząsnąć to z siebie.

Nie jestem smutna.

Okej.

Zapada cisza. Słychać tylko buczenie lodówki za plecami.

Wiecie mówi powoli Tomasz nie chcę teraz być wychowawcą. I nie chcę, żebyście mnie pocieszali. Po prostu powiem, jak jest: boję się. Codziennie. Boję się, iż nie wystarczy nam pieniędzy, boję się, iż babcia zachoruje i nie powie, boję się, iż w pracy mnie zwolnią. Boję się, iż coś przeżywacie i choćby tego nie zauważę, bo jestem za bardzo zajęty. I męczy mnie ciągłe udawanie, iż wszystko mam pod kontrolą.

Weronika mruży oczy, patrzy na niego uważnie.

Ale jesteś dorosły mówi cicho. Powinieneś sobie radzić.

Wiem. Ale nie zawsze sobie radzę.

Kacper podnosi głowę.

A co będzie, jak sobie nie poradzisz?

Nie wiem odpowiada Tomasz szczerze. Może będę musiał poprosić o pomoc.

Kogo?

Was na przykład.

Kacper się marszczy.

Ale my jesteśmy dziećmi.

Jesteście, to prawda. Ale jesteście też częścią tej rodziny. I czasem potrzebuję, żebyście powiedzieli mi prawdę. Nie wszystko dobrze, tylko jak naprawdę jest.

Weronika przesuwa dłonią po stole, jakby zbierała niewidzialne okruszki.

Po co ci to wiedzieć?

Żebym nie był sam.

Podnosi na niego oczy i Tomasz widzi w nich coś w rodzaju zrozumienia.

Boję się chodzić do szkoły nagle przyznaje Kacper. Jeden chłopak zawsze mówi, iż jestem głupi. Codziennie. Wszyscy się śmieją.

Tomaszowi ściska się serce.

Jak się nazywa?

Nie powiem. Pójdziesz z nim rozmawiać i będzie gorzej.

Nie pójdę. Obiecuję.

Kacper patrzy na niego nieufnie.

Naprawdę?

Naprawdę. Ale muszę wiedzieć, iż nie jesteś z tym sam.

Kacper kiwa głową, spuszcza wzrok.

Nie jestem sam. Jest Bartek. Siedzimy razem.

Dobrze.

Weronika wzdycha.

Nie chcę iść na studia mówi cicho. Wszyscy pytają, co wybiorę, a ja nie wiem. Zupełnie nie wiem. Wydaje mi się, iż nigdzie nie pójdę, bo na niczym się nie znam.

Weronika, masz czternaście lat.

No i co? Wszyscy są już zdecydowani. A ja nie.

Nie wszyscy.

Wszyscy, których znam.

Milczy przez chwilę.

W twoim wieku chciałem zostać geologiem. Później zmieniłem zdanie. Jeszcze później znowu. Teraz pracuję całkiem gdzie indziej niż sądziłem.

I co, jest OK?

Różnie. Czasem dobrze, czasem trudno. Takie jest życie nie wszystko trzeba wiedzieć z góry.

Weronika kiwa głową, ale nie z przekonaniem.

Po prostu wszyscy mówią, iż trzeba się określić.

Mówią zgadza się Tomasz. Ale to ich słowa, nie twoje.

Patrzy na niego, prawie się uśmiecha.

Jesteś dzisiaj inny.

Zmęczyłem się byciem wzorowym.

Kacper prycha śmiechem.

Mogę cię spytać?

Pewnie.

Ty się naprawdę boisz?

Naprawdę.

A co robisz, kiedy się boisz?

Tomasz zastanawia się.

Wstaję rano i coś robię. choćby jeżeli nie wiem, czy to będzie dobrze. Po prostu działam.

Kacper kiwa głową.

Rozumiem.

Siedzą jeszcze chwilę w ciszy. Tomasz patrzy na dzieci i czuje, iż niczego nie rozwiązał, nie dał odpowiedzi, nie zabrał niepokoju. Ale coś się zmieniło: pokazał im siebie nie jako funkcję, tylko człowieka a oni odpowiedzieli tym samym.

No to chodźcie, pozmywamy mówi Weronika, wstając.

Pomogę mówi Kacper.

Ja też dodaje Tomasz.

Wstają razem. Weronika odkręca kran, Kacper przynosi gąbkę. Tomasz bierze ściereczkę i wyciera. Pracują w ciszy, ale to już inna cisza nie pusta, pełna.

Gdy ostatni talerz ląduje na suszarce, Weronika wyciera ręce i patrzy na ojca.

Tato, można jeszcze tak czasem porozmawiać? Kiedyś.

Można zapewnia. Jak tylko chcesz.

Kiwnęła głową i wróciła do siebie. Kacper został na chwilę, przesunął się niepewnie.

Dzięki, iż nie będziesz wtrącał się z tamtym chłopakiem powiedział.

Ale jeżeli będzie już bardzo źle, to mi powiesz?

Powiem.

To idziemy kończyć matmę.

Idą razem do pokoju Kacpra, siadają na dywanie. Tomasz bierze zeszyt, patrzy na zadania. Kacper siada bliżej, zaczynają rozwiązywać razem, niespiesznie, niemal zwyczajnie. Ale Tomasz wie teraz, iż za tymi zadaniami kryje się chłopiec, któremu jest trudno. I iż on, Tomasz, może być obok nie tylko jako kontroler, ale też jako ktoś, kto się boi, a mimo to wstaje codziennie rano.

To niewiele, ale to początek.

Idź do oryginalnego materiału