Bez pouczania Do Sashy przyszła wiadomość w komunikatorze – zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski dług…

newsempire24.com 2 dni temu

Bez pouczeń

Dostałem od dziadka list przez Messenger jako zdjęcie kartki w kratkę. Długopis niebieski, pochylone litery, na dole podpis: Twój dziadek, Tadeusz. Obok krótkie info od mamy: Teraz już tak pisze. Jak nie chcesz, nie musisz odpisywać.

Powiększyłem zdjęcie, żeby rozczytać słowa.

Cześć, Szymka.

Piszę z kuchni, w towarzystwie nowego przyjaciela glukometru. Od rana mi się stawia, jak kromek chleba za dużo. Lekarz kazał więcej spacerować, ale dokąd mam łazić, skoro wszyscy moi dawno już na cmentarzu, a Ty w tym swoim Gdańsku. To spaceruję pamięcią.

Dzisiaj, na przykład, przypomniało mi się, jak w 79 razem z chłopakami rozładowywaliśmy wagony na dworcu. Grosze za to płacili, ale można było wynieść parę skrzynek jabłek. Drewniane skrzynie z metalowymi uszami po bokach. Jabłka były kwaśne, zielone, ale i tak uczta. Jedliśmy je na nasypie, siedząc na workach z wapnem. Ręce szare, paznokcie w kurzu, zęby trzaskają od piasku. A smak najlepszy na świecie.

Piszę, a adekwatnie nie wiem, po co. Nie zamierzam Cię uczyć życia. Ty masz swoje, ja mam badania krwi.

Jak będziesz chciał, napisz, co u Was z pogodą i sesją.

Twój dziadek Tadeusz.

Uśmiechnąłem się pod nosem. Glukometr, badania. Messenger dopisuje: Wysłano godzinę temu. Już postanowiłem zadzwonić do mamy, ale nie odebrała. Czyli naprawdę: teraz już tak.

Przewinąłem czat. Ostatnie wiadomości od dziadka sprzed roku: krótkie nagrania z życzeniami i jedno jak tam nauka. Odpowiedziałem wtedy jakimś emotikonem i tyle.

Teraz długo patrzyłem na zdjęcie kratki, aż w końcu napisałem odpowiedź.

Cześć, Dziadku. Pogoda plus trzy i chlapa. Sesja tuż-tuż. Jabłka teraz po sto złotych za kilo. U nas z jabłkami kiepsko.

Szymek.

Zastanowiłem się, wyskrobałem Szymek, napisałem Wnuk Szymek i wysłałem.

Kilka dni później mama podesłała nowe zdjęcie.

Cześć, Szymek.

Twój list przeczytałem trzy razy. Odpiszę porządnie. Pogoda taka jak u Ciebie, tylko bez tych modnych gdańskich kałuż. Rano śnieg, w południe breja, wieczorem skorupa lodu. Ze dwa razy już bym się rozwalił o ziemię, ale widocznie jeszcze nie mój czas.

A propos jabłek. Opowiem Ci o pierwszej prawdziwej pracy. Miałem dwadzieścia lat, zatrudniłem się w hali. Robiliśmy części do wind. Zgiełk, kurz w powietrzu. Miałem brudne spodnie drelichowe, których nie dało się sprać, choćby się wyżymało nie wiem jak. Palce w zadrapaniach, paznokcie w smarze. Ale dumny byłem miałem przepustkę, przechodziłem przez portiernię jak dorosły.

Najlepszy był nie hajs, tylko obiad. W stołówce serwowali barszcz w ciężkich talerzach. Jak się przyszło wcześniej, można było załapać się na dodatkową kromkę chleba. Siedzieliśmy z chłopakami przy jednym stole i milczeliśmy. Nie dlatego, iż nie było o czym gadać. Po prostu nie mieliśmy sił. Łyżka cięższa niż klucz francuski.

Ty pewnie teraz siedzisz z laptopem i myślisz, iż to wszystko wykopaliska. A ja się zastanawiam: czy byłem wtedy szczęśliwy, czy po prostu nie miałem czasu się nad tym zastanawiać.

A czym się teraz zajmujesz poza sesją? Pracujesz gdzieś? Czy u Was już się tylko startupy zmyśla?

Dziadek Tadeusz.

Przeczytałem na stojąco, w kolejce do zapiekanki. Wokół kłótnie i przekleństwa, z głośnika przy kasie wrzeszczała reklama. Złapałem się na tym, iż czytam zdanie o barszczu i talerzach kilka razy.

Odpisałem od razu, opierając telefon o lada.

Cześć, Dziadku.

Dorabiam jako kurier. Roznoszę jedzenie, czasem dokumenty. Przepustki nie mam, tylko aplikacja, która stale się zawiesza. Ale też jem czasem w pracy. Nie wynoszę nikomu, po prostu nie zdążam do domu. Biorę co najtańsze, jem na klatce albo w znajomym aucie. Też po cichu.

Szczęśliwy? Nie wiem. Też nie mam kiedy myśleć.

Ale barszcz w stołówce to brzmi nieźle.

Wnuk Szymek.

Chciałem dopisać coś o startupach, ale stwierdziłem, iż to trzeba by tłumaczyć. Dziadek sobie dopowie.

Kolejny list był wyjątkowo krótki.

Szymek, cześć.

Kurier to już poważnie. Od razu inny obraz nie dzieciak przed kompem, tylko chłopak w adidasach, zawsze w biegu.

A skoro już o robocie. Opowiem Ci, jak dorabiałem na budowie. To było między zmianami w hali. Kasy brakowało. Wnosiliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodach. Kurz miałem w nosie, uszach, oczach. Wieczorem wytrzepywałem piach z butów, babcia narzekała, iż psuję jej linoleum.

A najbardziej pamiętam nie zmęczenie, tylko to: na budowie pracował taki Zbychu. Zawsze przychodził pierwszy, siadał na odwróconym wiadrze i obierał ziemniaki nożem. Wrzucał do starego gara, co przynosił z domu. W południe gotował te kartofle na kuchence i cały piętro pachniało obiadem. Jedliśmy rękami, sól z papierowej tutki. I wydawało się, iż nic nie smakuje lepiej.

Siedzę dziś w kuchni, patrzę na worek ziemniaków z Biedronki i wiem, iż to już nie to samo. Może to nie kwestia ziemniaków, tylko wieku.

Co Ty jesz, kiedy jesteś naprawdę zmęczony? Nie zamawiane, tylko tak, od siebie.

Dziadek Tadeusz.

Nie mogłem od razu odpowiedzieć. Długo układałem w głowie, jak tu napisać o tak na prawdę. Przypomniało mi się, jak zeszłej zimy po dwunastogodzinnej zmianie kupiłem w Żabce pierogi. Gotowałem je w starej kuchni w akademiku, gdzie jeszcze wcześniej ktoś gotował parówki. Pierogi się rozpadły, woda mętna, ale zjadłem wszystko, stojąc przy oknie bo nie było stołu.

Po dwóch dniach napisałem:

Dziadku, cześć.

Jak padam, to najczęściej jajka sadzone. Dwa, trzy, czasem z kiełbasą. Patelnia jest tragiczna, ale smaży. W akademiku nie ma Zbycha, ale jest sąsiad, który zawsze coś spali i przeklina.

Dużo piszesz o jedzeniu. Byłeś wtedy głodny czy jesteś dziś?

Wnuk Szymek.

Wysłałem i od razu żałowałem ostatniego zdania. Może za ostro. Ale już poszło.

Odpowiedź pojawiła się szybciej niż zwykle.

Szymek.

Dobre pytanie o głód. Wtedy byłem młody i wiecznie głodny. Ale nie tylko na zupę czy kartofle. Chciałem mieć motocykl, nowe buty, własny pokój, żeby nie słyszeć, jak ojciec kaszle po nocach. Chciałem, żeby mnie szanowali. Żebym mógł pójść do sklepu i nie liczyć drobnych. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie przechodziły bokiem.

Dziś jem normalnie. Lekarz mówi, iż choćby za dobrze. Piszę o jedzeniu, bo to łatwiej opisać niż wstyd.

Zapytałeś opowiem Ci jedną historię. Bez morału, jak lubisz.

Miałem dwadzieścia trzy. Już byłem z Twoją przyszłą babcią, ale różnie się układało. W pracy ogłosili, iż szukają ekipy na północ Polski na budowę. Kasa dobra, można było uzbierać na samochód w dwa lata. Chciałem jechać. Wyobrażałem już sobie: wracam, kupuję malucha, wożę babcię po mieście.

Ale babcia powiedziała, iż nie pojedzie. Matka chora, robota, koleżanki. Powiedziała, iż nie wytrzyma tam mroku i zimy. A ja jej wygarnąłem, iż mnie hamuje. Że jeżeli mnie kocha, to powinna wspierać. Powiedziałem ostrzej, ale nie będę cytować.

Pojechałem sam. Po pół roku przestaliśmy pisać. Po dwóch latach wróciłem z kasą i maluchem. A ona już była kimś innym. Potem wszystkim opowiadałem, iż mnie zdradziła. Że dla niej, a ona…

A prawda jest taka, iż wybrałem kasę i żelazo zamiast człowieka. Długo udawałem, iż to był jedyny wybór.

Taki miałem wtedy apetyt.

Pytałeś, co czułem. Wtedy istotny byłem i przekonany, iż mam rację. Potem przez lata udawałem, iż nic nie czuję.

Nie musisz mi odpisywać, jeżeli nie chcesz. Wiem, iż masz swoje sprawy.

Dziadek Tadeusz.

Czytałem kilka razy. Słowo wstyd wżarło mi się w myśli. Szukałem między wersami jakiegoś usprawiedliwienia, ale dziadek mi go nie dawał.

Otworzyłem nowe okno i wpisałem Żałujesz? skasowałem. A gdybyś został? też zmazałem. Ostatecznie wysłałem zupełnie coś innego.

Dziadku, cześć.

Dzięki, iż napisałeś to wszystko. Nie wiem, co rzec. U nas o babci mówi się tak, jakby zawsze była po prostu babcią, bez wariantów.

Nie osądzam Cię. Sam ostatnio wybrałem robotę zamiast człowieka. Miałem dziewczynę. Akurat dostałem lepsze zmiany jako kurier, więc cały czas byłem w pracy. Ona mówiła, iż się mijamy, iż ciągle telefon, iż się obrażam. Ja na to, iż trzeba przeczekać, potem będzie lepiej.

W końcu powiedziała, iż nie będzie czekać. Ja na to, iż to jej problem. Powiedziałem ostrzej, ale nie będę cytować.

Teraz wracam do akademika i mam swoje jajka. I coraz częściej myślę, iż wybrałem kasę i robotę zamiast kogoś. I też udaję, iż to było dobrze.

Może to rodzinne.

Szymek.

Tym razem dostałem kartkę nie w kratkę, tylko w linie. Mama przesłała informacyjnie, iż zeszyt się dziadkowi skończył.

Szymek.

To rodzinne ładnie napisałeś. My w ogóle lubimy wszystko zwalać na rodzinę. Pije, bo dziad pił. Krzyczy, bo babka surowa była. Ale i tak za każdym razem wybiera się samemu. Tylko łatwiej udawać, iż to dziedziczne.

Jak wróciłem z północy, miałem wrażenie, iż zaczynam życie od nowa. Samochód, pokój w akademiku, w kieszeni gotówka. Ale wieczorami siadałem na łóżku i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Koledzy rozjechali się, w pracy zmienił się majster, w domu czekały mnie tylko pył i stary radioodbiornik.

Raz pojechałem pod blok, gdzie mieszkała ta nie-była już babcia. Stałem po drugiej stronie ulicy i patrzyłem na okna. Jedno świeciło, drugie ciemne. Stoję, aż mi ręce zgrabiały. W końcu widzę: wychodzi z wózkiem, obok facet trzyma ją pod ramię. Śmieją się. Ja za drzewo, jak dzieciak. Patrzyłem, dopóki nie zniknęli za rogiem.

Pierwszy raz wtedy zrozumiałem, iż nikt mnie nie zdradził. Wybrałem swoją drogę, a ona swoją. Przyznać się do tego umiałem dopiero po dziesięciu latach.

Piszesz, iż wybrałeś pracę zamiast dziewczyny. Może wybrałeś siebie. Może teraz ważniejsze jest wyciągnąć się z długów niż chodzić do kina. To nie dobrze, nie źle po prostu tak jest.

Najbardziej bolą te sytuacje, kiedy nie umiemy powiedzieć wprost: teraz to, a nie Ty. Plączemy się w słówkach, potem reszta się obraża.

Nie piszę, żebyś biegł ją odzyskiwać. choćby nie wiem, czy warto. Po prostu, może kiedyś staniesz pod czyimś oknem i pomyślisz, iż mogłeś powiedzieć uczciwiej.

Stary Twój dziadek Tadeusz.

Usiadłem na parapecie w korytarzu akademika, telefon grzał mi dłoń. Za oknem mokre samochody sunęły przez kałuże, ktoś palił na schodach. Za ścianą grała muzyka, bas łomotał w ścianę.

Długo myślałem, co odpisać. Przypomniało mi się, jak sam stałem pod oknami mojej byłej, gdy przestała odbierać. Patrzyłem na zasłony, światło w pokoju, miałem nadzieję, iż podejdzie, odsunie, zobaczy mnie. Nie podeszła.

Napisałem.

Dziadku, cześć.

Ja też stałem pod oknem. Też się chowałem, jak zobaczyłem, iż wychodzi z jakimś chłopakiem. On z plecakiem, ona z reklamówką zakupów. Śmiali się. Myślałem wtedy, iż mnie wykreślili z jej życia. A teraz, czytając Ciebie, myślę, iż sam się wykreśliłem.

Pisałeś, iż zrozumiałeś po dziesięciu latach. Może mi uda się szybciej.

Nie będę jej gonił. Może po prostu przestanę udawać, iż mi wszystko jedno.

Wnuk Szymek.

Następny list był o czym innym.

Szymek.

Pytałeś kiedyś o pieniądze. Nie odpowiadałem, bo nie wiedziałem, jak zacząć. Spróbuję teraz.

U nas w domu pieniądze były jak pogoda: mówiło się o nich albo jak było fatalnie, albo jak niespodziewanie dobrze. Twój tata, jak był mały, zapytał kiedyś, ile zarabiam. Akurat wziąłem dodatkową robotę i miałem więcej niż zwykle. Podałem sumę. On zdziwiony: Ty to bogaty jesteś. Roześmiałem się: głupoty gadasz.

Minęły dwa lata, mnie zwolnili. Pół wypłaty mniej. Syn znowu pyta: ile teraz? Mówię ile. A on: czemu tak mało, pracujesz gorzej? Wkurzyłem się. Krzyknąłem, iż nie rozumie, iż jest niewdzięczny. A on tylko chciał zrozumieć liczby.

Później przez lata sobie wyrzucałem, iż wtedy nauczyłem go nie pytać o pieniądze. Wyrósł, nigdy nie zapytał. Po prostu dorabiał, nosił paczki, naprawiał komputery. A ja myślałem, iż sam ma się domyślić, jak mi ciężko.

Nie chcę z Tobą powtarzać tego błędu. Powiem wprost. Emerytura niewielka, ale starcza na leki i jedzenie. Na samochód już nie uzbieram, zresztą i nie potrzeba. Teraz zbieram już tylko na nowe zęby, stare nie dają rady.

A Ty? Dajesz radę? Nie pytam, żeby Ci teraz słać kasę na konto i kupować skarpety. Po prostu chcę wiedzieć, czy nie chodzisz głodny i nie śpisz na podłodze.

Jak nie chcesz napisać wprost, możesz po prostu odpisać ok, zrozumiem.

Dziadek Tadeusz.

Zrobiło mi się ścisk w środku. Przypomniałem sobie, jak w dzieciństwie pytałem tatę, ile zarabia. Albo żartował, albo zbywał mnie: kiedyś się dowiesz. Przez to dorastałem w myśli, iż pieniądze to temat wstydliwy.

Długo patrzyłem w ekran, po czym napisałem:

Dziadku, cześć.

Nie chodzę głodny i nie śpię na podłodze. Mam łóżko, choćby z materacem, nie pierwszej młodości, ale nie najgorszy. Za akademik płacę sam, bo tak się umówiłem z ojcem. Czasem się spóźniam z opłatą, ale mnie nie wyrzucili.

Na jedzenie wystarcza, jak nie wydaję na głupoty. Czasem, jak brakuje, biorę więcej zmian, potem snuję się miesiąc jak zombie. Ale to mój wybór.

Trochę mi głupio, iż pytasz, a ja nie mogę zapytać o Ciebie: dziadku, a Tobie wystarcza?. Ale sam już odpowiedziałeś.

Byłoby mi łatwiej, gdybyś napisał u mnie ok i koniec. Ale wiem, iż sam jestem nauczony, iż dorośli nic nie tłumaczą.

Dzięki, iż napisałeś o kasie.

Szymek.

Długo obracałem telefon w dłoni, w końcu dopisałem w drugim SMS-ie:

Jak kiedyś będziesz chciał coś kupić, a emerytura nie wystarczy, daj znać. Nie obiecuję, iż od razu dam radę, ale przynajmniej będę wiedział.

Poszło, zanim zdążyłem się rozmyślić.

Odpowiedź była najbardziej koślawą z dotychczasowych. Litery się rozjeżdżały, linijki uciekały na bok.

Szymek.

Jak przeczytałem, to najpierw chciałem napisać, iż niczego nie potrzebuję. Że wszystko już mam, tylko tabletki mi daj. Potem chciałem zażartować, iż jak już, to poproszę o nowy motor.

Potem pomyślałem, iż całe życie udawałem twardziela, co wszystko może sam. A na końcu zostałem starym facetem, co boi się poprosić wnuka choćby o głupstwo.

Więc powiem tak. jeżeli kiedyś będę potrzebował bardzo czegoś, czego nie mogę sobie zapewnić, postaram się nie udawać, iż to nieważne. Teraz mam herbatę, chleb, leki i Twoje wiadomości. To nie kokieteria wyliczam z listy.

Kiedyś myślałem, iż jesteśmy zupełnie inni. Ty ze swoimi jak to się nazywa apkami, ja z radiem na stole. A dziś czytam i widzę, iż mamy sporo wspólnego. Oboje nie lubimy prosić. Oboje udajemy, iż nam obojętne, chociaż nie jest.

Skoro już na szczerość poszliśmy, powiem Ci jeszcze jedną rzecz, o której się w rodzinie nie mówi. Nie wiem, co z tym zrobisz.

Kiedy Twój tata się urodził, nie byłem gotowy. Pracowałem w nowym miejscu, dostaliśmy pokój w akademiku, wydawało się, iż teraz będzie super. A tu dziecko. Krzyk, pieluchy, nieprzespane noce. Wracałem z nocnej i on wrzeszczał. Złościłem się. Raz, kiedy nie chciał ucichnąć, z takim wkurwem rzuciłem butelką o ścianę, iż się rozbiła. Mleko rozlało się po podłodze. Babcia płakała, dziecko wrzeszczało, a ja stałem i miałem ochotę wyjść i nie wrócić.

Nie wyszedłem wtedy. Potem przez lata wmawiałem sobie, iż to tylko nerwy. Ale byłem o krok od ucieczki. Jakbym wtedy wyszedł, nie czytałbyś tych listów.

Nie wiem, po co Ci to piszę. Może żebyś wiedział, iż Twój dziadek nie jest żadnym wzorem. Jest zwykłym człowiekiem, który czasem miał ochotę wszystko rzucić.

Jeśli po tym nie będziesz chciał już do mnie pisać, zrozumiem.

Dziadek Tadeusz.

Czytałem, czując naprzemiennie chłód i ciepło. Dziadek, którego zawsze widziałem jako ciepły koc i zapach pomarańczy na święta, nagle miał inną twarz zmęczonego mężczyzny nad dzieckiem i z plamą mleka pod nogami.

Przypomniałem sobie, jak latem w kolonii opierniczyłem chłopca, co ciągle jęczał. Złapałem go za ramię mocniej niż trzeba, przestraszył się i rozpłakał. Przez noc nie mogłem zasnąć, myśląc, iż będę fatalnym ojcem.

Siedziałem długo nad pustym oknem odpowiedzi. Palce wystukały Nie jesteś potworem. Skasowałem. I tak Cię kocham. Skasowałem, speszony tym słowem.

Wysłałem:

Dziadku, cześć.

Nie przestanę do Ciebie pisać. Nie wiem, co odpowiedzieć na takie rzeczy. W naszej rodzinie o takich sprawach się milczy albo żartuje.

Latem pracowałem w kolonii. Był chłopak, co wciąż marudził i chciał do domu. W końcu się wkurzyłem, nakrzyczałem tak, iż sam się przestraszyłem. Później całą noc myślałem, iż jestem złym człowiekiem i nie nadaję się na tatę.

To, co napisałeś, nie sprawia, iż Cię mniej cenię. Robi z Ciebie prawdziwego człowieka.

Nie wiem, czy będę umiał tak szczerze powiedzieć swojemu dziecku, jeżeli będę miał. Ale przynajmniej spróbuję nie udawać, iż zawsze mam rację.

Dziękuję, iż nie wyszedłeś wtedy.

Szymek.

Kliknąłem wyślij i pierwszy raz złapałem się na tym, iż czekam na odpowiedź naprawdę.

Odezwał się po dwóch dniach. Mama już nie przysłała zdjęcia, tylko napisała: Nagrywa głosówki, ale poprosił, żebym skopiowała. Na ekranie pojawiło się nowe zdjęcie kartka w linie.

Szymek.

Czytałem Twój list i myślę, iż już teraz jesteś odważniejszy niż ja w Twoim wieku. Przynajmniej masz odwagę przyznać, iż się boisz. Ja wtedy udawałem, iż wszystko mi jedno, a potem tłukłem krzesło.

Nie wiem, czy będziesz dobrym ojcem. Ty też nie wiesz. To się sprawdza dopiero w praniu. Ale samo zadanie sobie tego pytania już znaczy dużo.

Napisałeś, iż jestem dla Ciebie prawdziwy. To chyba najlepszy komplement, jaki dostałem. zwykle słyszę: uparty, wredny, krnąbrny. Ale żywy? Dawno nikt mi tak nie powiedział.

Pozwól, iż zapytam o coś, czego się wstydziłem zapytać. jeżeli kiedyś zaczną Cię denerwować moje historie, powiedz. Będę pisał rzadziej albo tylko na święta. Nie chcę Cię udusić własną przeszłością.

Jeśli kiedyś będziesz miał ochotę przyjechać tak po prostu, bez okazji, będę w domu. Mam wolny taboret i czystą filiżankę. Czysta, bo sprawdziłem.

Twój dziadek Tadeusz.

Uśmiechnąłem się do siebie przy tych słowach. Wyobraziłem sobie kuchnię, taboret, glukometr na stole, siatkę z ziemniakami przy kaloryferze.

Odpaliłem aparat i zrobiłem zdjęcie kuchni w akademiku. Na fotce: zlew z naczyniami, ta stara patelnia, paczka jajek, czajnik, dwie filiżanki jedna z odpryskiem. Na parapecie słoik z widelcami.

Wysłałem zdjęcie dziadkowi i dopisałem:

Dziadku, cześć.

Oto moja kuchnia. Taborety dwa, filiżanek pod dostatkiem. Jakbyś chciał przyjechać, też będę w domu. No, prawie w domu.

Nie zanudzasz mnie. Czasem nie wiem, co odpisać, ale to nie dlatego, iż nie czytam.

Możesz napisać nie o pracy, nie o jedzeniu. O czymś, co nigdy nikomu nie opowiadałeś. Nie dlatego, iż wstyd, tylko nie było komu.

S.

Kliknąłem wyślij i zorientowałem się, iż właśnie zadałem pytanie, którego nigdy nie postawiłem żadnemu dorosłemu z rodziny.

Położyłem telefon obok na biurku, ekran przygasł. Na kuchence syczały jajka. Z sąsiedniego pokoju śmiech. Przewróciłem jajka na drugą stronę, wyłączyłem gaz i usiadłem na taborecie, wyobrażając sobie, jak kiedyś siedzimy naprzeciwko siebie ja i dziadek z filiżanką w dłoni i słucham jego opowieści już nie z kartki, tylko na głos.

Nie wiem, czy naprawdę kiedyś przyjedzie, ani co dalej. Ale świadomość, iż mam komu wysłać zdjęcie mojej nieogarniętej kuchni i zapytać a Ty jak, daje mi w sercu dziwny, dobry ścisk.

Otworzyłem czat i przescrollowałem nasze wiadomości: zdjęcia w kratkę, w linie, moje krótkie S.. Odłożyłem telefon ekranem w dół, żeby na pewno zobaczyć nowe powiadomienie, jeżeli coś się pojawi.

Jajka wystygły, ale zjadłem je do końca, powoli, jakby dzieląc się z kimś jeszcze.

Nie padło żadne kocham wprost, ale między wierszami już coś było i to nam obojgu póki co wystarczało.

Idź do oryginalnego materiału