Awantura o checkout w Kołobrzegu

twojacena.pl 3 dni temu

Nazywam się Marek Wiśniewski, mam trzydzieści osiem lat i prowadzę firmę remontową w Kołobrzegu. Piszę to, bo moja teściowa, Grażyna, wrzuciła wczoraj na Facebooka wpis o mnie, który zebrał już ponad trzysta komentarzy, i połowa znajomych pyta mnie, co się adekwatnie stało. Więc opowiem, jak to wyglądało z mojej strony.

Apartament na Dębowej wynajmuję od czterech lat. To ja go remontowałem — sam kładłem panele, sam malowałem ściany na ten szary odcień, który teraz wszyscy chwalą w opiniach. Prowadzę go razem z żoną, Kasią, bo emerytura z warsztatu samochodowego to za mało, żeby spłacić kredyt na to mieszkanie. Cena za dobę w okresie to czterysta dziewięćdziesiąt złotych, plus opłata za sprzątanie sto dwadzieścia złotych — i to jest jawnie napisane w ogłoszeniu, nikt tego nie ukrywa.

Grażyna przyjechała z córką i dwójką wnuków na cztery dni, w połowie sierpnia. Zapłaciła w sumie dwa tysiące sto złotych. Wiem to dokładnie, bo sam wystawiałem fakturę.

Trzeciego dnia zadzwoniła do mnie o wpół do ósmej rano — obudziła mnie, bo pracowałem do drugiej w nocy przy innym zleceniu na ulicy Zwycięzców. Krzyczała, iż w regulaminie jest napisane, żeby przed wyjazdem ściągnąć pościel, wynieść śmieci i umyć naczynia, i iż „za to się nie płaci w hotelu Neptun". Powiedziałem jej spokojnie, iż to nie jest hotel, iż opłata sprzątająca pokrywa pranie ręczników, mycie podłóg i dezynfekcję łazienki — a nie zmywanie po niej talerzy z resztkami sosu pomidorowego, które zostawiła w zlewie na dwa dni.

Nie chciała tego słyszeć. Powiedziała, iż jestem „chciwym zięciem, który robi biznes na teściowej" i się rozłączyła.

W ten sam wieczór na klatce schodowej spotkałem sąsiadkę, panią Halinę, która wracała z targu rybnego z torbą pełną węgorza wędzonego — zapytała mnie, czy to prawda, iż wyrzuciłem teściową z apartamentu za niedomyty talerz. Śmiałem się, bo skąd ona to wzięła, a ona pokazała mi telefon: Grażyna zdążyła już opublikować post o „chciwym Airbnb, które traktuje gości jak sprzątaczki", ze zdjęciem naszych instrukcji check-outu przyklejonych na lodówce.

Problem w tym, iż ona nie skłamała o instrukcjach — one naprawdę tam wiszą. Ściągnij pościel, zamknij okna, wynieś śmieci do kontenera przy klatce, ustaw termostat na osiemnaście stopni. Tylko iż to nie jest lista prac dla gościa na zaraz przed wymeldowaniem o dziesiątej rano, tylko rzeczy, które da się zrobić w dziesięć minut, żeby kolejna rodzina nie czekała do wieczora, aż ekipa sprzątająca — moja żona i jej siostra — zdąży ogarnąć mieszkanie przed kolejnym przyjazdem tego samego dnia o piętnastej.

Rano w dniu wyjazdu Grażyna zostawiła mieszkanie tak, jakby przeszedł przez nie huragan: ręczniki mokre na parkiecie, okno w kuchni otwarte na oścież mimo zapowiadanej burzy, telewizor włączony, a na stole karteczka: „Za taką cenę mogliście chociaż posprzątać sami". Kasia przyjechała o jedenastej, żeby przygotować lokal na kolejnych gości z Poznania, którzy mieli się zameldować o piętnastej — i musiała w pośpiechu prać ręczniki, myć podłogę po rozlanym soku i zamykać okno, zanim deszcz zalałby parapet, który sam kładłem trzy lata temu.

Kiedy zobaczyłem post Grażyny ze zrzutem ekranu naszej faktury i podpisem „Airbnb powinno się zamknąć", napisałem do niej wiadomość — bez awantury, konkretnie. Że umowa najmu, którą podpisała elektronicznie, jest w moim telefonie z datą i godziną. Że opłata za sprzątanie w wysokości sto dwadzieścia złotych dotyczy generalnego sprzątania po wyjeździe, a nie codziennego porządku, którego oczekuję od każdego gościa, tak jak oczekiwałabym tego od siebie u kogoś w domu. I iż jeżeli chce zwrotu pieniędzy, niech przyjedzie i porozmawiamy przy dokumentach, a nie na Facebooku.

Przyjechała trzy dni później, w sobotę, prosto z targu, z tą samą torbą co zawsze. Usiedliśmy w kuchni apartamentu — tego samego, który ona nazwała w komentarzach „norą za grube pieniądze". Położyłem na stole umowę najmu, wydruk regulaminu, który sama zaznaczyła w aplikacji jako przeczytany, i kalkulację kosztów: pralnia, środki czystości, czas pracy Kasi i jej siostry, podatek od wynajmu. Wyszło, iż na czterech dniach jej pobytu zarabiamy netto sto dziewięćdziesiąt złotych — mniej, niż kosztowała jej ta sama torba węgorza.

Milczała długo, patrząc w ten wydruk. Potem powiedziała, iż nie wiedziała, iż to aż tyle kosztuje utrzymanie mieszkania, iż ona po prostu była zmęczona po podróży i chciała odpocząć, a nie sprzątać cudzy dom za własne pieniądze.

Powiedziałem jej, iż rozumiem zmęczenie, ale nie rozumiem publicznego oskarżania mnie o oszustwo przed trzystoma osobami, z których część to moi klienci z warsztatu.

Usunęła post tego samego wieczoru — widziałem to, bo powiadomienie od Facebooka przyszło mi o dwudziestej pierwszej trzydzieści, kiedy siedziałem już z Kasią przy kolacji. Nie zadzwoniła, nie napisała przeprosin — po prostu usunęła. Ale dwa tygodnie później, kiedy planowała wyjazd do Świnoujścia z przyjaciółką, sama zapytała mnie, czy nie mam znajomego, który tam wynajmuje mieszkanie taniej niż hotel.

Odpisałem jej jedno zdanie: sprawdź regulamin sprzątania, zanim zarezerwujesz.

Idź do oryginalnego materiału