A po co brać kredyt hipoteczny, skoro możemy mieć własne mieszkanie?

polregion.pl 1 dzień temu

Wczoraj siedziałam na ławce z sąsiadką i ona płakała. Mówiła, iż to wstyd i wielka strata iść do domu spokojnej starości z własnej woli. A wszystko przez słowa jej córki.

Wychowywała córkę sama, bez męża. Została wdową bardzo wcześnie i wszystko musiała dźwigać na swoich barkach. Córka wyrosła na kapryśną i rozpieszczoną dziewczynę.

Od najmłodszych lat mama robiła dla niej wszystko. Oddawała jej ostatnie grosze, kupowała wszystko, o czym córka zamarzyła. Ubierała ją jak laleczkę. Żeby mieć za co rozpieszczać córkę i móc jakoś żyć, pracowała dniami i nocami. Nieraz brała w fabryce nadgodziny albo podwójne zmiany. Na szczęście wtedy nie musiała się martwić o mieszkanie dostała od zakładu dwupokojowe M na blokowisku. Ale teraz wszystko się zmieniło. Już nikt nie daje mieszkań. Teraz każdy musi ciężko pracować i odkładać złotówki na własny kąt.

Córka urosła, skończyła studia, wyszła za mąż.

Rodzice jej zięcia mają dom na przedmieściach Krakowa, ale oni nie chcieli tam zamieszkać.

Moja sąsiadka też ma swoje mieszkanie, ale z zięciem zupełnie się nie dogaduje. Zresztą co tu dużo mówić młodzi wolą mieszkać po swojemu, starsi mają swoje nawyki, swoje rytmy dnia. Po co się ciągle ścierać, przeszkadzać sobie?

Zresztą dziś można wziąć kredyt hipoteczny. Ważne, żeby uzbierać na wkład własny, a później powoli spłacać raty. Lepiej już mieć swoje choćby najmniejsze cztery kąty niż wiecznie żyć na cudzym.

Kiedyś mieszkania się dostawało, ale te czasy nie wrócą. Teraz trzeba się namęczyć, by zdobyć swoje, choćby i trudno było.

Córka i zięć pracują, zarabiają przyzwoicie. Wielu ich znajomych już w taki sposób kupiło swoje mieszkania.

A oni? Nie potrafią zaoszczędzić. Najpierw jedna ciąża, potem druga. Wszystkie pieniądze idą na pieluchy i gotowe mleka w proszku. Młodzi teraz choćby nie mają ochoty prać pieluch czy stać przy garach.

Najwygodniej wyciągnąć pieluchę z paczki, zmienić, wyrzucić, rozrobić kaszkę z proszku i gotowe. Czysto, sucho i bez problemu z praniem. Ot, taki luksus współczesnego życia.

Po co się tak spieszyli z dziećmi?

Mogli najpierw stanąć na nogi, kupić mieszkanie. Potem mieliby jeszcze czas na dzieci. A oni jedno za drugim.

Córka sąsiadki marzy o dużej rodzinie, choć i ona, i jej mąż to jedynacy.

Może w tym coś jest. Później dzieci będą sobie nawzajem pomagać, a i rodzicom łatwiej. Może nie będą tak rozpieszczeni.

No bo dzieci to radość, ale dziś ludzie potrafią się od nich z dystansem odciąć. Niby są, ale jednak jakby ich nie było.

Ale tego nie rozumiem: jak można mówić, iż nie mają nic swojego? Gdyby nie mieli mieszkania, mogli choćby kilka sezonów pochodzić w tej samej kurtce, odkładać systematycznie każdą złotówkę na swoje M. My tak kiedyś robiliśmy. Ale młodzi są już inni. Oni chcą mieć wszystko tu i teraz, nie są przyzwyczajeni do wyrzeczeń w imię celów i marzeń.

Zamiast gotować w domu, wolą jeść obiady w restauracjach. Kupić dzieciom góry słodyczy. Po co to wszystko? Tyle pieniędzy idzie w błoto. Mieszkanie pełne zabawek, których dzieci choćby nie zauważają. Ja całe dzieciństwo bawiłam się kilkoma lalkami i jednym resorakiem. A teraz co chwila nowe serie, kolekcje, rodzice wszystko kupują.

Córka sąsiadki rozpieszczona. Uwielbia dobre kosmetyki i markowe ubrania. Nie żyją na miarę swoich możliwości. Po co tyle nowości? Przecież tylu rzeczy choćby nie założy, zanim moda minie. Potem wrzuca do szafy, oddaje dalej albo wyrzuca. Ile tym pieniędzy marnuje?

Na wakacje co roku do Turcji. Bo dzieci muszą co roku odpocząć nad morzem. A i rodzicom rzekomo potrzebna przerwa od pracy.

Oczywiście, dobrze odpocząć. Ale czy nie można pojechać gdzieś pod Warszawę albo w polskie góry i coś przy tym zaoszczędzić?

Za te wszystkie wyjazdy do Turcji dawno mieliby choćby malutkie mieszkanie z jedną sypialnią. Może niewielkie, ale własne. A tak ciągle w biegu i bez stałego kąta.

I oto sąsiadka płacze.

Jej córka przyszła ostatnio znowu pogadać o mieszkaniu. I powiedziała, iż już nie zależy im na kupnie, dobrze im jest w wynajętym. Żyją sobie, jedzą, co chcą, ubierają się po swojemu, a potem i tak mieszkanie dostaną. Przecież i ona, i jej mąż to jedynacy, więc mieszkania po rodzicach przejdą na nich.

Sąsiadka poczuła się bardzo urażona. Powiedziała, iż wygląda to tak, jakby czekali tylko na to, aż umrze. Córka potem przeprosiła, twierdząc, iż źle dobrała słowa. Ale przecież, prędzej czy później, tak się stanie.

Myślę, iż jej córka ma trochę racji i w sumie nic złego nie powiedziała. Ale wyszło bardzo niesmacznie. Teraz, jak córka dzwoni i pyta, co słychać, sąsiadka się trzęsie. Myśli, iż chyba już czas pakować walizki i przenosić się do domu opieki albo… do końca.

Idź do oryginalnego materiału