A oni mówią, iż przynosi ludziom szczęście!

twojacena.pl 11 godzin temu

Walczyła nocą nad Polską wsią, a Walentyna cofnęła się z letniej willi, kiedy niebo już przyćmniało. Zamiast ruszyć prosto do domu, poprowadziła swój Fiat 126p najdłuższą okrężną drogą, przez pola i małe wioski, jakby chciała odsunąć się od własnego zamkniętego świata. Gdyby jutro nie wzywała praca, po prostu zostałaby na wsi na noc pod gwiazdami.

Nie spieszyła się, bo nie chciała wrócić pod dach, pod który wciąż czaił się jej mąż, Marek. W jej głowie od dawna szeptało, iż ich wspólny dach nie przetrwa długo ich relacje stały się zimne, napięte, a każde słowo mogło przerodzić się w kłótnię.

Wciąż patrząc w ciemny horyzont, kierowała samochód, rozmyślając o tych dziwnych, rozpadających się więziach. Po okrężnej drodze, wzdłuż małej wsi, zwolniła przy przystanku autobusowym. W blasku reflektorów zobaczyła starą kobietę, skuloną przy drzwiczce, trzymającą w ramionach coś owiniętego w szmatę, jakby przytulała niemowlę. Kobieta patrzyła na nadjeżdżające pojazdy z taką nadzieją, iż Walentyna bez wahania wcisnęła hamulec.

Zatrzymała auto, wyskoczyła i podbiegła do niej. Przy jej stopach stała mała wózeczka na kółkach.

Dlaczego tu stoicie? zapytała Walentyna, troskliwie. Potrzebujecie pomocy? Co to macie w ramionach, dziecko?

Dziecko? starsza kobieta zamieszkała się, a potem nieśmiało uśmiechnęła się. Nie, to nie dziecko to chleb…

Co? Walentyna poczuła, jak zaskoczenie przejmuje jej oddech. Jaki jeszcze chleb?

Domowy, prosto z pieca sprzedaję go…

Sprzedajecie? Skąd go biorą?

Sama go piekę i sprzedaję moja emerytura mały grosik, więc muszę dorabiać, kiedy pieniędzy nie starcza. Niektórzy kupują, mówią, iż mój chleb ma szczęście w sobie.

W jakim sensie szczęście? zapytała Walentyna, ciekawa.

Nie wiem dokładnie, taki mój stały klient twierdzi, iż po zakupie czuje się lepiej. Może i dziś się przydarzy. A nie potrzebujecie świeżego bochenka? pozostało gorący.

Chleb? Walentyna zrozumiała, iż kobieta potrzebuje pieniędzy, i skinęła głową. Tak, potrzebuję. Ile kosztuje bochenek?

Pięć złotych ostrożnie podać staruszka, obserwując reakcję klientki. Czy to nie za drogo?

A ile macie bochenków?

Dziesięć. Nikt jeszcze nic nie kupił, dopiero przyjechałam. Ile chcecie?

Wezmę wszystkie! odpowiedziała zdecydowanie Walentyna i ruszyła po pieniądze.

Nie! Nie oddam wszystkiego! krzyknęła przerażona kobieta.

Dlaczego? Walentyna zamarła, zdumiona.

Bo wiem, iż kupujesz nie dla siebie, a po to, żebym przetrwała.

I co z tego?

A co, jeżeli dziś ktoś inny będzie potrzebował? Co jeżeli ten stały klient wróci, a ja będę bez chleba?

Walentyna nie mogła już dłużej się zastanawiać.

Dobrze, powiedzcie, ile chcecie sprzedać?

Mogę oddać pięć bochenków niepewnie powiedziała staruszka.

A może więcej?

Nie tak nie wolno potrząsnęła głową. Kupujesz z litości. Ten chleb to jedzenie, prosto z pieca.

Dobrze uśmiechnęła się Walentyna, poszła po pieniądze, wzięła torbę i zapakowała pięć jeszcze ciepłych bochenków, po czym wróciła do samochodu.

Po minucie ruszyła w drogę, a zapach świeżego chleba wypełnił cały wnętrze auta. Nie wytrzymała i odgryzła spory kawałek, wkładając go do ust. Smak był najczystszym, co kiedykolwiek próbowała.

Nagle zadzwonił telefon komórkowy. Walentyna, widząc numer, zmarszczyła brwi i odebrała.

Walcia! wkurzony głos rozległ się po słuchawce. Skocz do sklepu i kup nam chleb!

Co? spojrzała na bochenek leżący na przednim siedzeniu. Dlaczego nagle pamiętasz o chlebie?

Bo go nie ma! Żadnego okruchu! A do tego przywędrowały twoje trzy koleżanki!

Jakie koleżanki? zdziwiła się Walentyna. W taką noc?

Zadzwoń im, kup chleb. Te trzy przyjaciółki usiadły już przy naszym stole, herbatę piją i czekają.

No nie dodała, przyspieszając gaz.

Po półgodzinnej jeździe wpadła do domu, wniosła ze sobą aromatyczną woń pieca.

Walcia, jak cudownie pachnie! wykrzyknęły przyjaciółki, które poznała na studiach, i rzuciły się w objęcia.

Marek, wyczuwając zapach, popędził do torby, odłamał sobie prawie pół bochenka, przyłożył go do nosa i spojrzał na żonę z niedowierzaniem.

Skąd zdobyłaś taki wspaniały chleb?

Gdzie go kupiłam, tam go już nie ma wzruszyła ramionami.

Marek z chlebem w ręku poszedł do swojej sypialni, a Walentyna została w kuchni z przyjaciółkami. Tam siedziały do północy, wino lało się strumieniami, a smak tego niezwykłego chleba rozgrzewał ich serca. Każda narzekała na swojego męża, łzawiła trochę, przyznając, iż ich małżeństwa nie były takie, jak marzyły.

Kiedy nadszedł czas pożegnań, Walentyna każdej z nich podsunęła po bochenku babciowego chleba.

Po tym, zamykając za nimi drzwi, przeszła obok pokoju, w którym spał już Marek, i położyła się na kanapie w salonie.

Rano zaczęły się dziwne rzeczy. Ledwie się rozbudziła, a jej mąż już siedział obok na kanapie i, ironicznie, odparł:

Walentyno, wczoraj najedłem się twoim chlebem i miałem objawienie. Oświadczam, iż obaj jesteśmy głupcami.

Co? otworzyła oczy szeroko.

Jesteśmy głupcami, Walcia. Musimy to naprawić. Zapraszam cię dzisiaj na randkę, do tej restauracji, w której kiedyś cię oświadczyłem.

Po co? zapytała zdziwiona.

Bo chcę wszystko odzyskać. Myślę, iż naszą miłość jeszcze da się uratować. Będę w pracy rano, a o szóstej wieczorem będę czekał. Przyjdź.

Marek odszedł, a Walentyna poczuła, iż poranek ma dziś inny smak niż zwykle. Za oknem nie było już szarej jesieni, ale wczesna wiosna rozświetlała świat. Z niecierpliwością wyczekiwała tego niecodziennego spotkania z mężem.

Nagle zadzwonił telefon. Dzwoniła jedna z wczorajszych przyjaciółek, z zapływem emocji:

Walcia, uwierz! Znam się z moim przyjacielem i wczoraj się pogodziliśmy! Mieliśmy się rozwodzić, a potem jedliśmy twój chleb aż po trzy nad ranem. Dzięki tobie!

A ja w tym co? zmieszana Walentyna.

Po obiedzie zadzwoniła druga, a potem trzecia. Obie opowiadały, iż ich domy nagle odzyskały spokój i szczęście.

Walentyna podeszła do wypieku, wyciągnęła z koszyka ostatni, już zaczęty bochenek i znowu wciągnęła jego zapach. Oderwała mały kawałek, włożyła do ust i poczuła, iż w tym chlebie kryje się nie tylko smak, ale i delikatny posmak miłości miłości do wszystkich ludzi.

Idź do oryginalnego materiału