— A kim ty jesteś, żeby mi rozkazywać! — Zoja Pietrowna cisnęła ścierkę prosto w twarz synowej. — Mieszkasz w moim domu, jesz moje jedzenie! Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc mężatką, a każdy dzień jak na polu walki. — Myję podłogi, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani potrzeba? — Potrzeba, żebyś zamknęła buzię! Przybłędo! Z cudzym dzieckiem się przywlokłaś! Mała Ola wyjrzała nieśmiało zza drzwi. Cztery latka, a już rozumie — babcia jest zła. — Mamo, wystarczy! — Stefan wszedł z podwórka, brudny po pracy. — Co znowu? — A to! Twoja żoneczka mi pyskuje! Mówię jej — zupa przesolona, a ona się stawia! — Zupa jest w porządku — westchnęła Tamara. — Pani się po prostu czepia. — Słyszysz? — Zoja Pietrowna pokazała palcem synową. — To ja się czepiam! We własnym domu! Stefan podszedł do żony, objął ją za ramiona. — Mamo, daj spokój. Tamara cały dzień pracuje w domu. A ty tylko się kłócisz. — No proszę! Teraz jesteś przeciw matce! Wychowałam, wykarmiłam, a on! Stara wyszła, trzaskając drzwiami. W kuchni zapadła cisza. — Wybacz — Stefan pogładził żonę po głowie. — Z wiekiem zrobiła się nie do wytrzymania. — Stefanku, może wynajmiemy coś? Chociaż pokój? — Za co? Jestem traktorzystą, nie dyrektorem. Ledwo na jedzenie wystarcza. Tamara wtuliła się w męża. Dobry chłop. Pracowity. Tylko ta jego matka — prawdziwe piekło. Poznali się na targu wiejskim. Tamara sprzedawała własnoręczne robótki, Stefan kupował skarpety. Zagadali się. Od razu powiedział — nie przeszkadza mu, iż ma córkę. On dzieci lubi. Ślub był skromny. Zoja Pietrowna od pierwszego dnia nie polubiła synowej. Młoda, ładna i po studiach — księgowa. A jej syn — zwykły traktorzysta. — Mamo, idź jeść — Ola pociągnęła za spódnicę. — Zaraz, kochanie. Przy kolacji Zoja Pietrowna ostentacyjnie odsunęła talerz. — Nie da się tego jeść. Jak dla świń gotujesz. — Mamo! — Stefan uderzył pięścią w stół. — Przestań! — Co przestać? Prawdę mówię! A patrz jaka gospodyni z tej Sylwii! A ta! Sylwia — córka Zoi Pietrowny. Mieszka w Warszawie, przyjeżdża raz w roku. Dom przepisany na nią, choć tu nie mieszka. — jeżeli pani nie smakuje, jak gotuję, proszę gotować sama — spokojnie powiedziała Tamara. — Ach ty! — teściowa zerwała się. — Ja ci zaraz! — Dość! — Stefan stanął między kobietami. — Mamo, albo się uspokoisz, albo odchodzimy. Zaraz. — I dokąd pójdziecie? Na ulicę? Dom nie wasz! To prawda. Dom należał do Sylwii. Mieszkali tu z jej łaski. *** Ciężar lepszej przyszłości Tamara w nocy nie mogła spać. Stefan tulił ją, szeptał: — Wytrzymaj, kochanie. Kupię traktor. Założę własną działalność. Dorobimy się swojego domu. — Stefanku, to drogie… — Znajdę stary, naprawię. Umiesz mi tylko wierzyć. Rano Tamara obudziła się z mdłościami. Pobiegła do łazienki. To możliwe? Test ciążowy – dwie kreski. — Stefanku! — wbiegła do pokoju. — Patrz! Mąż, trochę zaspany, spojrzał na test. I nagle poderwał się, zakręcił żonę w objęciach. — Tamarko! Kochanie! Będzie dziecko! — Cicho! Mama usłyszy! Już było za późno. Zoja Pietrowna stała w drzwiach. — Co za hałas? — Mamo, będziemy mieli dziecko! — Stefan się uśmiechał. Teściowa skrzywiła wargi. — I gdzie niby będziecie mieszkać? Już teraz ciasno. Sylwia przyjedzie — wyrzuci was. — Nie wyrzuci! — Stefan zmarszczył czoło. — To i mój dom! — Dom jest Sylwii. Zapomniałeś? Na nią przepisane. Ty jesteś tylko lokatorem. euforia znikła jak ręką odjął. Tamara usiadła na łóżku. Po miesiącu wydarzyło się nieszczęście. Tamara dźwigała ciężkie wiadro z wodą — w domu nie było bieżącej. Nagły ból podbrzusza. Czerwone plamy na spodniach… — Stefanie! — zawołała. Poronienie. W szpitalu powiedzieli — przeciążenie, stres. Potrzeba spokoju. Jaki spokój w domu z taką teściową? Tamara leżała w szpitalu, gapiła się w sufit. Dosyć. Więcej nie może. Nie chce. — Odchodzę od niego — powiedziała przyjaciółce przez telefon. — Nie dam już rady. — Tamaro, a Stefan? Dobry jest. — Dobry. Ale ta jego matka… Wykończę się tam. Stefan przybiegł po pracy. Brudny, zmęczony, z bukietem polnych kwiatków. — Tamarko, kochanie, wybacz mi. To moja wina. Nie ochroniłem cię. — Stefanie, ja nie mogę już tam żyć. — Wiem. Wezmę kredyt. Wynajmiemy mieszkanie. — Na ciebie nie dadzą. Masz za małą pensję. — Dadzą. Znalazłem drugą robotę. Na nocnej zmianie w mleczarni. W dzień traktor, nocą krowy doję. — Stefanku, przecież padniesz! — Nie padnę. Dla ciebie góry przeniosę. Tamara została wypisana po tygodniu. W domu Zoja Pietrowna przyjęła ją od progu: — Co, nie doniosłaś? Wiedziałam. Słaba jesteś. Tamara przeszła obok bez słowa. Teściowa nie była warta jej łez. Stefan harował jak wół. Rano traktor, w nocy mleczarnia. Spał po trzy godziny. — Pójdę do pracy — powiedziała Tamara. — W biurze jest miejsce dla księgowej. — Tam płacą grosze. — Grosz do grosza… Zatrudniła się. Rano odprowadzała Olę do przedszkola, szła do pracy. Wieczorem odbierała córkę, gotowała, prała. Zoja Pietrowna jak zwykle dopiekała, ale Tamara nauczyła się jej nie słyszeć. *** Własny kąt i nowe życie Stefan dalej odkładał na traktor. Znalazł stary, zniszczony egzemplarz. Sprzedający oddawał za bezcen. — Bierz kredyt — powiedziała Tamara. — Naprawisz, będziemy zarabiać. — A jeżeli się nie uda? — Uda się. Masz złote ręce. Dostał kredyt. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu. — Ale się urządziłeś! — śmiała się Zoja Pietrowna. — Złom kupili! Na złomowisko tylko! Stefan bez słowa rozkręcał silnik. Po nocach, po pracy, przy latarce. Tamara pomagała — podawała narzędzia, trzymała części. — Idź spać. Jesteś zmęczona. — Zaczęliśmy razem, skończymy razem. Miesiąc dłubali. Potem drugi. Sąsiedzi się śmiali — głupi traktorzysta, rozwalający złom. Aż któregoś ranka traktor zaryczał. Stefan siedział za kierownicą, nie dowierzając swemu szczęściu. — Tamarko! Odpalił! Chodzi! Wybiegła na podwórko, objęła męża. — Wiedziałam! Wierzyłam w ciebie! Pierwsze zlecenie — zaoranie pola sąsiadowi. Potem drewno przewieźć, potem kolejne… Zaczęły się pieniądze. niedługo Tamara znowu poczuła poranne mdłości. — Stefanku, znowu jestem w ciąży. — Teraz żadnych ciężkich prac! Rozumiesz? Ja wszystko zrobię! Chuchał na nią jak na jajko. Nie pozwalał podnieść wiadra. Zoja Pietrowna narzekała: — Taka krucha! Ja troje wychowałam i dałam radę! A ta… Ale Stefan był nieugięty. Żadnych przeciążeń. Na siódmym miesiącu przyjechała Sylwia. Z mężem i planami. — Mamo, sprzedajemy dom. Dostałam dobrą ofertę. Przeprowadzisz się do nas. — A oni? — Zoja Pietrowna wskazała na Stefana z Tamarą. — Co oni? Niech się wynoszą. — Sylwio, tu się urodziłem, to i mój dom! — oburzył się Stefan. — I co z tego? Dom jest mój. Zapomniałeś? — Kiedy wyprowadzka? — spokojnie zapytała Tamara. — Za miesiąc. Stefan aż kipiał ze złości. Tamara położyła mu rękę na ramię — cicho, nie trzeba. Wieczorem siedzieli objęci. — Co teraz? Za chwilę dziecko. — Znajdziemy coś. Najważniejsze — razem. Stefan pracował jak szalony. Traktor pracował od świtu do nocy. Przez tydzień zarobił tyle, co kiedyś przez miesiąc. Zadzwonił wtedy pan Michał — sąsiad z innej wsi. — Stefanie, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Niedrogo. Może obejrzysz? Pojechali zobaczyć. Dom rzeczywiście stary, ale mocny. Piec, trzy pokoje, stodoła. — Ile? Michał podał cenę. Połowę mieli, połowy brakowało. — Może na raty? — zaproponował Stefan. — Połowa teraz, reszta za pół roku. — Zgoda. Ty jesteś uczciwy chłopak. Wrócili do domu jak na skrzydłach. Zoja Pietrowna przywitała w drzwiach: — Gdzie się szwendaliście? Sylwia przywiozła papiery! — To świetnie — spokojnie powiedziała Tamara. — Przeprowadzamy się. — Dokąd? Na ulicę? — Do swojego domu. Kupiliśmy. Teściowa zamarła. Nie spodziewała się. — Kłamiecie! Skąd macie pieniądze? — Zarobiliśmy — Stefan objął żonę. — Ty gadałaś, a my pracowaliśmy. Przeprowadzali się za dwa tygodnie. kilka mieli rzeczy — co własnego można mieć w cudzym domu? Ola biegała po pokojach, pies szczekał. — Mamo, naprawdę to nasz dom? — Nasz, córeczko. Naprawdę nasz. Zoja Pietrowna przyjechała dzień później. Stanęła w drzwiach. — Stefanie, pomyślałam… Może mnie weźmiecie? W mieście duszno. — Nie, mamo. Wybrałaś. Mieszkaj ze Sylwią. — Ale ja jestem matką! — Matka nie nazywa wnuczki obcą. Do widzenia. Zamknął drzwi. Trudno, ale słusznie. Mateusz urodził się w marcu. Zdrowy, silny chłopak. Darł się, ile sił. — Cały ojciec! — śmiała się położna. Stefan trzymał synka, aż bał się oddychać. — Tamarko, dziękuję ci. Za wszystko. — To ja dziękuję. Że się nie poddałeś. Że wierzyłeś. Dom urządzali powoli. Zasiali ogród, kupili kurki. Traktor pracował, przynosił dochód. Wieczorami przesiadywali na ganku. Ola bawiła się z psem, Mateusz spał w kołysce. — Wiesz — powiedziała Tamara — jestem szczęśliwa. — I ja. — Pamiętasz, jak było ciężko? Myślałam, iż nie przetrwamy. — Przetrwaliśmy. Jesteś silna. — Razem jesteśmy silni. Słońce zachodziło za lasem. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom. Nikt tu nie upokorzy. Nie wyrzuci. Nie nazwie obcą. Tu można żyć, kochać i wychowywać dzieci. Tu można być szczęśliwym. *** Drodzy Czytelnicy, w każdej rodzinie są różne próby — nie zawsze łatwo je przetrwać. Historia Tamary i Stefana to lustro — można w nim zobaczyć własne trudności i siłę ducha. Tak to bywa: od trudności do szczęścia, aż w końcu los się uśmiechnie. A Wy, jak sądzicie — czy Stefan powinien był od razu przeciąć pępowinę i szukać własnego kąta? Czym dla Was jest prawdziwy dom — ściany czy rodzinne ciepło? Podzielcie się przemyśleniami — życie to szkoła, każdy lekcja jest cenna!

newsempire24.com 7 godzin temu

A kim ty w ogóle jesteś, żeby mi rozkazywać! Zoja Pietrowna cisnęła ścierką w twarz synowej. Mieszkasz w moim domu, jesz moje jedzenie!

Tamara otarła twarz, zacisnęła pięści. Trzeci miesiąc po ślubie, a każdy dzień jak na froncie.

Myję podłogi, gotuję, piorę! Czego jeszcze pani chce?

Żebyś zamknęła buzię! Pojawiłaś się ni stąd, ni zowąd! Z cudzym dzieckiem się tutaj wpakowałaś!

Mała Olena wyjrzała z lękiem zza drzwi. Dziewczynka ma cztery latka, ale już wie, kiedy babcia jest wściekła.

Mamo, daj spokój! w domu zjawił się Stepan, cały ubłocony, zmęczony po pracy. Znowu zaczynasz?

Bo twoja kobieta do mnie pyskuje! Mówię jej, iż zupa przesolona, a ona mi się odgryza!

Zupa jest w porządku, westchnęła Tamara. Czemu się pani czepia?

Słyszysz?! Zoja wskazała palcem synową. W MOIM domu się mnie oskarża, iż się czepiam!

Stepan objął żonę ramieniem.

Mamo, daj spokój. Tamara cały dzień pracuje, a ty tylko się kłócisz.

A więc tak! Teraz jesteś przeciwko matce! Wychowałam cię, wykarmiłam, a teraz…

Staruszka trzasnęła drzwiami i zniknęła w drugim pokoju. W całym domu zapadła cisza.

Przepraszam, Stepan pogładził Tamarę po głowie. Ostatnie lata jest nie do zniesienia.

Stepan, może powinniśmy coś wynająć? Chociaż pokój?

Za co? Jestem traktorzystą, nie prezesem. Ledwo starczy na jedzenie.

Tamara wtuliła się w męża. Był dobry, pracowity, kochany. Szkoda tylko, iż ma taką matkę. Życie z nią to horror.

Poznali się na wiejskim jarmarku. Tamara sprzedawała wełniane rzeczy, Stepan kupował skarpety. Zagadał pierwszy. Powiedział, iż wcale mu nie przeszkadza, iż ma córkę. Bardzo lubi dzieci.

Ślub wzięli skromny. Zoja Pietrowna od razu nie polubiła synowej. Tamara młoda, ładna, wykształcona, księgowa. Syn zwykły rolnik.

Mamusiu, chodź kolację jeść, Olena pociągnęła ją za spódnicę.

Zaraz, słoneczko.

Przy kolacji Zoja demonstracyjnie odsunęła talerz.

Nie da się tego jeść. Tak to tylko świniom gotują.

Mamo! Stepan walnął pięścią w stół. Wystarczy!

Co wystarczy?! Prawdę mówię! O, zobaczcie, jaka Świetlana jest gospodynią! A ta…

Świetlana to córka Zoji. Mieszka w mieście, raz do roku zagląda do rodzinnego domu. Dom jest formalnie na nią przepisany, choć prawie tu nie bywa.

Skoro nie smakuje pani, niech pani sama gotuje, spokojnie powiedziała Tamara.

Ty… teściowa zerwała się z miejsca. Jeszcze mi się odgryzłaś!

Dosyć! Stepan stanął między nimi. Mamo, albo się opamiętasz, albo się wynosimy. I to zaraz.

Dokąd niby pójdziecie? Na bruk? Dom nie wasz!

To była prawda. Dom należał do Świetlany. Mieszkali tylko dzięki jej uprzejmości.

***

Ciężar na sercu

Nocą Tamara nie mogła zasnąć. Stepan tulił ją cicho, szepcząc:

Wytrzymaj, kochana. Uzbieram na traktor. Zacznę na swoim. Odłożymy na własny dom.

Stepan, to strasznie dużo kosztuje…

Kupię stary, naprawię. Zobaczysz, dam radę. Musisz tylko wierzyć.

Rano Tamara zbudziła się z mdłościami. Pognała do łazienki. Czyżby…?

Test miał dwie kreski.

Stepanku! Zobacz!

Mąż zaspany przetarł oczy, popatrzył na test. Wierzysz, od razu chwycił Tamarę i zakręcił w powietrzu.

Tamarciu! Będziemy mieli dzidziusia!

Cicho, matka jeszcze usłyszy!

Już było za późno. Zoja już stała w drzwiach.

Co tu za hałas?!

Mamo, będziemy mieć dziecko! Stepan promieniał.

Teściowa tylko skrzywiła się.

I gdzie niby chcecie to dziecko trzymać? Już teraz tłok. Jak Świetlana przyjedzie, to was pogoni.

Nie pogoni, Stepan zmarszczył brwi. To też mój dom!

Dom jest Świetlany, zapomniałeś? Ja jej przepisałam. Jesteście tu tylko tymczasowo.

Tamara opadła na łóżko. euforia gdzieś znikła.

Miesiąc później zdarzyło się nieszczęście. Tamara podniosła za ciężkie wiadro z wodą bo kranu w domu ciągle brak. Ból w dole brzucha. Czerwone plamy…

Stepan! krzyknęła przerażona.

Poronienie. W szpitalu powiedzieli: zbyt dużo stresów, za ciężko pracowała. Potrzebuje spokoju.

Jaki spokój przy takiej teściowej?

Tamara leżała w szpitalu i patrzyła w sufit. Miała dość wszystkiego.

Odejdę od niego, wyznała przyjaciółce przez telefon. Dłużej nie dam rady.

Tamara, a Stepan? Przecież to dobry człowiek.

Dobry. Ale jego matka… Tam nie przeżyję.

Stepan wpadł po pracy. Zmęczony, brudny, z bukietem polnych kwiatów.

Kochana, wybacz mi. To ja zawiniłem. Nie dopilnowałem.

Stepan, nie mogę już tam wracać.

Rozumiem. Wezmę kredyt, wynajmiemy mieszkanie.

Nie dadzą ci. Masz za mały zarobek.

Dostaniemy. Znalazłem już drugą robotę, na nocnej zmianie w gospodarstwie. W dzień na traktorze, w nocy doję krowy.

Stepan, przecież się zajedziesz!

Dla ciebie góry przeniosę.

Wypisali Tamarę po tygodniu. W domu Zoja powitała ją od progu:

No i co, nie doniosłaś. Mówiłam, słaba jesteś.

Tamara przeszła obok niej bez słowa. Nie była warta jej łez.

Stepan pracował jak szalony. Rano traktor, nocą krowy. Spał może trzy godziny.

Też pójdę do pracy, oznajmiła Tamara. W biurze szukają księgowej.

Płacą tam grosze.

Grosz do grosza.

Zatrudniła się. Rano zaprowadzała Olenę do przedszkola, potem szła do biura. Po południu odbierała córkę, gotowała, sprzątała. Zoja przez cały czas ją docinała, ale Tamara nauczyła się nie słuchać.

***

Własny kąt i nowe życie

Stepan w końcu uskładał na stary traktor. Znalazł rozklekotanego grata, za grosze.

Bierz kredyt, powiedziała Tamara. Naprawisz, zaczniemy zarabiać.

A jak nie dam rady?

Dasz. Masz złote ręce.

Kredyt dali. Kupili traktor. Stał na podwórku jak kupa złomu.

Patrzcie, co kupili! śmiała się Zoja. Na złom tylko się nadaje.

Stepan rozbierał silnik, milcząc. Po nocach, po pracy w gospodarstwie, przy latarce. Tamara mu pomagała podawała klucze, trzymała części.

Idź spać, zmęczona jesteś.

Razem zaczęliśmy, razem skończymy.

Miesiąc dłubali. Dwa. Sąsiedzi się podśmiewali głupi traktorzysta, złomu się nachapał.

Aż pewnego ranka traktor zaryczał. Stepan siedział za kierownicą, nie wierząc własnym oczom.

Tamara! Działa! Chodzi jak nowy!

Wybiegła, rzuciła mu się w objęcia.

Wiedziałam! Wierzyłam w ciebie!

Pierwsze zlecenie zaorać sąsiadowi pole, potem przywieźć drewno, potem kolejne… Wreszcie pieniądze zaczęły się zgadzać.

Wkrótce Tamara znów obudziła się z mdłościami.

Stepanku, znowu jestem w ciąży.

od dzisiaj żadnych ciężarów! Słyszysz? Ja zrobię wszystko!

Chuchał na nią, bronił przed każdą pracą. Zoja złościła się:

Delikatna! Ja troje urodziłam i żyję! A ona…

Ale Stepan był nieugięty. Żadnych obciążeń.

W siódmym miesiącu Świetlana przyjechała z mężem i konkretnymi planami.

Mamo, sprzedajemy dom. Ktoś dobrze zapłacił. Przeprowadzisz się do nas.

A oni? Zoja skinęła na Stepan i Tamarę.

Jak to oni? Niech sobie szukają mieszkania.

Świetana, ja się tu wychowałem, to też mój dom! oburzył się Stepan.

I co z tego? Dom jest mój, chyba nie zapomniałeś?

Kiedy mamy się wynieść? spokojnie zapytała Tamara.

Za miesiąc.

Stepan był roztrzęsiony. Tamara chwyciła go za rękę spokojnie, damy radę.

Wieczorem siedzieli przytuleni na łóżku.

Co teraz? Przecież za chwilę nas dwoje przyjdzie na świat…

Poradzimy sobie. Będziemy razem, to najważniejsze.

Stepan pracował jeszcze ciężej. Traktor chodził od świtu do zmierzchu. W tydzień zarobił tyle co dawniej przez miesiąc.

I wtedy zadzwonił pan Michał sąsiad z odległej wsi.

Stepan, sprzedaję dom. Stary, ale solidny. Tanio. Zajrzyjcie.

Pojechali obejrzeć. Dom rzeczywiście nadgryziony zębem czasu, ale porządny. Piec, trzy pokoje, stodoła.

Ile chcesz?

Pan Michał podał cenę. Mieli połowę, na resztę brakowało.

Zróbmy to na raty? poprosił Stepan. Pierwszą połowę od razu, reszta za pół roku.

Może być. Jesteś porządny facet.

Wrócili do domu szczęśliwi. Zoja czekała w progu:

Gdzieście się wałęsali? Świetlana już papiery ma!

Świetnie, Tamara spokojnie uśmiechnęła się. Przeprowadzamy się.

Dokąd? Na ulicę?

Do własnego domu. Kupiliśmy.

Teściowa aż zaniemówiła.

Kłamiecie! Skąd mieliście pieniądze?

Uczciwie zarobiliśmy, Stepan przytulił żonę do siebie. Kiedy ty tylko narzekałaś, my zakasaliśmy rękawy.

Przeprowadzali się po dwóch tygodniach. Własnych rzeczy kilka w cudzym domu nie zbiera się za dużo.

Olena biegała po nowych pokojach, piesek szczekał radośnie.

Mamo, to naprawdę nasz dom?

Nasz, córeczko. Tylko nasz.

Zoja przyjechała dzień przed wyjazdem.

Stepanie, przemyślałam sobie… Może mnie weźmiecie do siebie? W mieście nie mogę oddychać.

Nie, mamo. Sama wybrałaś. Zamieszkaj ze Świetlaną.

Przecież jestem matką!

Matka nie nazywa wnuczki obcą. Żegnaj.

Zamknął drzwi. Bolało, ale tak trzeba było.

W marcu przyszedł na świat Maciej. Zdrowy, silny chłopczyk. Krzyczał donośnie cały Stepan!

Po tatusiu, śmiała się położna.

Stepan tulił syna, aż bał się oddychać.

Dziękuję ci, Tamaro. Za wszystko.

Ja tobie dziękuję. Że się nie poddałeś. Że wierzyłeś.

Urządzali się powoli. Posadzili warzywa, kupili kilka kurek. Traktor zarabiał bez przerwy. Wieczorami siadali na ganku. Olena ganiała z psem, Maciej spał w kołysce.

Wiesz co, szepnęła Tamara, jestem szczęśliwa.

Ja też.

Pamiętasz, jak ciężko było? Myślałam, iż pęknę.

Dałaś radę. Jesteś bardzo silna.

Oboje jesteśmy. Razem.

Słońce zachodziło za lasem. W domu pachniało chlebem i mlekiem. Prawdziwy dom. Ich dom.

Taki, gdzie nikt cię nie poniży, nie wyrzuci, nie nazwie obcą.

Dom, w którym można po prostu być szczęśliwym, kochać i wychowywać dzieci.

***

Kochani, pewnie w każdej rodzinie są własne trudności i nie zawsze łatwo je przezwyciężyć. Ta historia Tamary i Stepana jest jak lustro widać w niej codzienne zmagania i siłę, która pozwala je pokonać.

Tak właśnie żyjemy od problemów do radości, czasem po omacku, aż los się uśmiechnie.

A wy co myślicie słusznie Stepan tyle wytrzymał z matką, czy powinien był od razu szukać własnego kąta? Co dla was znaczy prawdziwy dom cztery ściany, czy ciepło, które sami tworzycie?

Podzielcie się swoimi przemyśleniami, bo życie to ciągła nauka, a każda lekcja jest cenna.

Idź do oryginalnego materiału