A co na to tata? Stylowe ubrania dla ojców

newsempire24.com 5 godzin temu

13listopada2025
Dziś wróciłem do domu po nocnej zmianie w U Babci. Kiedy przekroczyłem próg, poczułem niepokój w mieszkaniu było podejrzanie cicho. Czyżby spali? pomyślałem. Z kuchni wyszły bladą twarzą żona i córka. Ich spojrzenia były takie, jakby właśnie zobaczyły ducha, a w ramionach Zuzia trzymała małego kotka.

Nocą w piwnicy panował półmrok, ale kociątko już przyzwyczaiło się do ciemności. Wiedziało, iż niedługo mama wróci, nakarmi je i otuli ciepłem, mrucząc kołysankę, po której nie będę się już bał. Tym razem jednak matka się spóźniła to nie było w jej zwyczaju.

Choć w piwnicy zwykle panuje przytłumiony blask, kotek nauczył się wyczuwać czas. Zazwyczaj, gdy matka wychodziła, zwijał się w kulkę, zakrywał nos łapką i słodko zasypiał. Gdy się budził, mama była już obok lub przychodziła, zanim zdążył poczuć głód.

Dziś coś poszło nie tak. Minęły już dwie godziny od przebudzenia, a matki nie widać. Nie pomyślałem, iż ją zostawiła takie myśli nie przychodzą mi do głowy. Na pewno nic się nie stało. Gdyby jednak tak było, mogłoby to oznaczać, iż nie pozostaje mi wiele czasu.

Woda w piwnicy była pod dostatkiem: rura wodociągowa pękła dzień po moim przyjściu, tworząc stałą kałużę. Jedzenia w tej zamkniętej przestrzeni brakowało, więc mama codziennie musiała iść na polowanie.

Kotek wstał z ciepłego kartonowego pudełka, podszedł do ściany i spojrzał w górę. Tam było jedyne otwór, przez który wpadało trochę światła. Otwór był mały, a przy nim rosły krzaki, więc praktycznie nie było jasności jedynie przytłumiony półmrok, który niepokoił.

Spróbował podskoczyć, by dosięgnąć otworu, ale był jeszcze za mały. Próby powtarzał dziesięć razy, nie udając się. Po kolejnej nieudanej próbie usiadł na czterech łapkach, gdy drzwi piwnicy otworzyły się z przeraźliwym skrzypnięciem. Nie zdążył się schować, po prostu zamarł w nadziei, iż nie zostanie zauważony.

Pierwsza weszła do piwnicy stara pani, mieszkanka kamienicy, po niej wtargnęły dwaj mężczyźni robotnicy z zarządu nieruchomości.

No proszę, kociątka! krzyknęła, wskazując na kotkę, którą widziała. Mówiłam, iż w piwnicy urodziły się kocięta. Chwyćcie je i wynieście na dwór!

On jest sam próbował wtrącić się pracownik.

Teraz sam, a za sześć miesięcy będzie ich dwadzieścia. Po co przychodzicie? ryczała. Chwyćcie!

Mężczyźni biegli po całej piwnicy, szukając kociaka, ale nie było to łatwe. Dwa razy wyszli na papierosa. Dopiero gdy dołączyła do nich staruszka, udało się schwytać małego.

Nic bez pani Walentyny nie da się zrobić! zbeształa, bo była jednocześnie matką robotników.

Kociaka wyrzucili z piwnicy, drzwi zamknięto na klucz, a otwór w ścianie szczelnie zaklepano, żeby nie przelatywała choćby mucha.

Wypad! krzyknęła staruszka, nie wracaj już tutaj!

Kotek uciekł w bezpieczną odległość, patrząc ze smutkiem na dom, w którym się urodził, i w końcu zapłakał. Nie miał już gdzie zamieszkać, a mama zniknęła. Co robić? Dokąd iść?

Jednak te przytłaczające myśli odsunęły się w bok, gdy otworzył się dla niego nowy, nieznany świat. Do tej pory jego rzeczywistością był ciemny piwniczny kąt, cieknąca rura i mały otwór w ścianie. Teraz odkrył świat poza pełen światła, trawy, ludzi, ptaków i nieznanych zwierząt z czerwonymi oczami.

Wśród nich zobaczył koty przypominające jego matkę, ale samej matki nie dostrzegł nie było jej. Zawołał cicho, potem głośniej, aż w końcu ryczał: Może mama nas usłyszy? Niestety, koty jedynie patrzyły ze współczuciem i odwracały się.

Ty jeszcze tu? krzyknęła Walentyna Stepanówna, nie lubiąca kotów od dziecka. Nikt nie wiedział, skąd wzięła się jej niechęć.

Kotek nie miał wyboru musiał biec. Nie wiedział, dokąd, ale wiedział, iż musi oddalić się od tego miejsca, bo nie było już drogi powrotnej. Biegł jak najszybciej, choćby miał się potknąć.

Wśród drzew, krzaków, ludzi i samochodów jego małe serce przyspieszyło, a potem musiał zatrzymać się z zmęczenia. Dorośli patrzyli na niego i uśmiechali się, dzieci wskazywały palcami i prosiły rodziców, by go zabrały, ale ich wołania były niesłyszalne. Jedna z mam zapytała:

Czy odłożysz tablet, jeżeli przyjmiesz go do domu?

Nie odpowiedział chłopiec, oblizując loda.

Kotek spojrzał na niego i sam poczuł głód. Zapach przyciągnął go do restauracji U Babci. Był to pięciogwiazdkowy lokal, w którym unoszą się aromaty smażonego mięsa, gotowanej ryby i owoców morza. Nigdy nie próbował czegoś takiego, ale pragnął spróbować.

Wszedł przez wąską szczelinę w drzwiach i znalazł się wśród stosu kartonowych pudełek, jedno z nich stało się jego tymczasowym schronieniem. W tym momencie do lokalu weszli dwaj mężczyźni właściciel restauracji, pan Marek, i jego pomocnik, pan Artur.

Marek, twoje dania smakują bosko, ale trzeba posprzątać kuchnię zareagował właściciel.

Nie mam czasu, potrzebuję pomocnika odparł Artur.

Szukamy kogoś, już publikujemy ogłoszenia w Gazecie. A teraz sprzątaj, bo nie chcę inspekcji rozkazał Marek.

Marek podniósł karton i wyrzucił go przy koszu na śmieci. Wtedy usłyszał ciche miauczenie. Coś przygniótłem?. Gdy podniósł karton, zobaczył w środku małe stworzonko.

Mam nadzieję, iż to nie szczur mruknął, bo od dziecka bał się gryzoni.

Zobaczył małego kotka i z niedowierzaniem zapytał:

Skąd się tu wziąłeś?

Nie miał pojęcia, iż zostanie zatrudniony w tak prestiżowej restauracji. Kotek jedynie zamiauczał, a Marek zrozumiał, iż musi go nakarmić. Choć nie był zwolennikiem zwierząt w domu, nie mógł zostawić głodnego stworzenia.

Zabrał pudełko z kotkiem na kuchnię, przygotował mu duszoną indyka w własnym sosie, drobno posiekaną, i podzielił się z nim posiłkiem. Kotek zjadł wszystko z zapałem. Wtem przybył właściciel, by sprawdzić postępy.

Świetnie, Marek! Co to za karton? zapytał, przyglądając się.

Marek nie zdążył się zareagować, gdy staruszek z laską kopnął pudełko, a z niego wypadło miauczenie.

Co to? Kotka w mojej kuchni! Ciężko cię zwolnić, jeżeli nie przestrzegasz sanitarnych norm! wykrzyknął właściciel.

Marek rozumiał, iż nie może zostawić kotka głodnego, ale musiał spełnić wymogi. Poprosił więc pracownika, by wyrzucił pudełko do kontenera. Rzucił je na bok kosza, po czym wrócił do gotowania, podając innym gościom indyka za złotówkę.

Myśli o małym kotku nie dawały mu spokoju. Rozważał, czy nie schować go w zapleczu, ale bał się, iż ktoś go znajdzie. Pracował dalej, a zamówienia napływały, a kelnerzy z potu przynosili jedzenie.

W pewnym momencie robotnik, który zbierał resztki z kosza, wrzucił je do pudełka, w którym był kotek, nie zauważając go. Potem podniósł pudełko i odniosł je do tego samego podziemia, z którego dziś go wypędzono.

Gdy dotarł na miejsce, posadził się na kartonie i spróbował wyciągnąć jedzenie, ale natychmiast poczuł mocny cios laską od Walentyny. Krzyknęła:

Ty niegrzeczny! Nie wracaj tu więcej!

Kotek w popłochu chwycił się za karton i pobiegł w stronę śmietnika. Po drodze potknął się i przewrócił.

Wtedy z klatki przy wyjściu wyszła dziewczynka Ania, której mama wybrała śmieci do wyrzutu. Gdy Ania minęła staruszkę, ta złapała ją za rękę i błagając podniosła:

Dzieciaku, nie możesz iść na śmietnik? Może weź ze sobą ten karton?

Ania znała tę surową staruszkę z laseczką, ale zgodziła się, by nie słuchać kolejnych pretensji. Zanim odniosła karton do kosza, usłyszała szeleszczenie. Otworzyła go i zobaczyła małego kotka. Oczywiście ucieszyła się jak dziecko to był jej wymarzony prezent.

Wzięła go i pobiegła do domu. Mama, witała ją w drzwiach i zapytała:

Co powie tata?

Ania już zakochała się w kociaku i nie zamierzała się z nim rozstawać.

Po tej nocy wróciłem do domu, przebrałem się i w pośpiechu poszedłem na zewnątrz. W ciemności kontury kartonów przy śmietnikach wciąż były widoczne. Przeszukałem je po kolei, ale nie znalazłem już małego futrzaka.

Włączyłem latarkę w telefonie i wykrzyknąłem:

Miau, miau, miau!

Na wołanie wybiegły dwa koty, które patrolowały przy koszach, ale nie było wśród nich mojego kociaka. Zrezygnowany wróciłem do mieszkania, myśląc:

Co ze mną nie tak? Dzieciak przygarnęło, żona nie sprzeciwiła się, a ja sam wygnaję go na zewnątrz

Sumienie pożerało mnie od środka. Poczułem potrzebę wypicia czegoś, ale nigdy nie piłem tak wpoił mnie ojciec. Zostałem z suchym gardłem, ale postanowiłem przyznać się do winy.

Wysłałem SMS do żony Lary:

Zaraz wracam, musimy porozmawiać poważnie.

Następnego ranka, po powrocie, zastałem w kuchni Zuzia z kotkiem w ramionach. Łzy spływały mi po policzkach, a żona otworzyła usta w zdumieniu. Laryka nie spodziewała się takiej reakcji po moim SMSie.

Janie, chcesz coś powiedzieć? zapytała ostrożnie.

Nie, nic nie miałem do powiedzenia odparłem, trzymając kotka przy sobie i zaczynając przygotowywać mu kolację.

Tak w rodzinie Kowalskich pojawił się nasz mały kot w pracy był Aniną, w szkole Anią, a w domu naszą wspólną radością. Teraz ma nie tylko dach nad głową, ale i serca, które go kochają.

**Lekcja:** choćby najmniejszy stworzak potrafi ujawnić w nas to, co najczystsze i najważniejsze troskę, odpowiedzialność i zdolność do zmiany. Życie uczy, iż nie można odwracać się od słabszych; trzeba je chronić, bo w ich oczach odbija się nasz własny człowieczeński wymiar.

Idź do oryginalnego materiału