Życie na później

newskey24.com 5 dni temu

Odkładane życie

Mamo, mogę wziąć cukierka z pudełka? Jednego, proszę! Zosia kręciła się wokół kredensu, do którego Halina z takim trudem ukryła zdobyte słodycze.

Nie! To na święta. Jak teraz zjesz wszystko, to na Nowy Rok nic nie zostanie.

Zosia zrobiła nadąsaną minę. Jaka to różnica, kiedy się zje cukierka? I przecież prosiła tylko o jednego! Czemu mama zawsze tak postępuje? Jak coś smaczne, to na później, jak coś ładne, to na wyjście. A ona tak by chciała wziąć cukierka, założyć nową sukienkę, którą tata przywiózł z delegacji do Warszawy, i pójść w odwiedziny do Karolinki. Jej mama nie zabrania nosić nowych rzeczy do przedszkola. Zosia słyszała kiedyś, iż Karolince mama szyje ubrania sama. No i co z tego? Karolinka zawsze jest najładniej ubrana w całej grupie. A ona ciągle chodzi w znoszonej sukience w groszki, która jej się już całkiem znudziła.

Wtedy Zosia jeszcze nie wiedziała, ile wysiłku kosztowały jej rodziców te cukierki i stroje. Mama pracowała w bibliotece, tata był inżynierem. Od najmłodszych lat Zosia słyszała słowo załatwić. To znaczyło, iż pojawi się w domu coś nowego, czego nie sposób kupić w sklepie. Dzięki temu dostała piękne buciki, mama nowe kozaki. Prawda, potem przez prawie miesiąc jedli tylko makaron i ziemniaki, ale mama była tak szczęśliwa, iż przez pierwsze dni choćby nie zakładała swoich kozaków tylko je podziwiała. Dziwne, iż właśnie te kozaki tak zapadły Zosi w pamięć, iż choćby dorosła pamiętała każdą ryskę i startą zelówkę.

Czas mijał i świat wokół się zmieniał. W sklepach pojawiło się wszystko, czego dusza zapragnie. Nie było już problemu, by kupić nowe ubrania, czy rozpieszczać dziecko słodyczami. Pojawił się tylko jeden problem pieniądze. Zosia była w ósmej klasie, kiedy tata któregoś dnia wrócił z pracy i z euforią oznajmił:

Przyjęli mnie!

Nie wiedziała jeszcze, co to znaczy, ale euforia rodziców zapowiadała coś dobrego. I tak właśnie było. Spółka, w której tata zaczął pracować, zajmowała się elektroniką i jego umiejętności były tam bardzo potrzebne. Zosia widziała, jak coś się zmieniło w jej zawsze zamyślonym, często niezadowolonym ojcu. W końcu znalazł miejsce, gdzie mógł wykorzystać swoje zdolności i odkrył w sobie nowe. Okazało się, iż świetnie się sprawdza jako organizator, a kariera gwałtownie szła w górę.

Życie stało się łatwiejsze. Mama już nie siedziała wieczorami z notesem, próbując coś wyskrobać z rodzinnego budżetu na nowe buty Zosi. Pojawiły się pierwsze dżinsy, modne trampki i inne drobiazgi. Zosia zrezygnowała z myśli, by po podstawówce pójść od razu do szkoły zawodowej i pracować, postanowiła kontynuować naukę. Rodzice całkowicie ją wsparli. Przez dwa lata siedziała nad książkami, zapominając o imprezach i koleżankach, zdała z wyróżnieniem i została studentką. Teraz mogłaby odetchnąć, ale Zosia wybrała inną drogę. Najpierw studia, potem dobra praca, a później cała reszta. To też się udało. Dyplom z czerwonym paskiem, dobra posada dzięki ojcu i jego nowo poznanym znajomościom. Zdawało się wszystko, o czym marzyła, jest na wyciągnięcie ręki! Można byłoby pomyśleć o sobie, może o rodzinie. Jednak i tu Zosia postępowała inaczej. Kariera! By nigdy więcej nie zastanawiać się, w czym wyjść z domu i gdzie mieszkać… I to też osiągnęła. Rodzice nie mogli wyjść z podziwu dla swojej córki. Mądra, zaradna sama kupiła mieszkanie i samochód, wyjeżdża za granicę. Tylko wciąż była sama

Ale Zosi to nie przeszkadzało. Nigdy nie była potulną dziewczynką, adoratorów jej nie brakowało. Tylko nie spieszyła się z poważnym związkiem. Po co? Jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. A dzieci na wszystko będzie czas.

Pierwszy poważny związek Zosi pojawił się dopiero po trzydziestce. Ona i Piotr byli współpracownikami, przez lata siedzieli w sąsiadujących pokojach, wymieniając raptem uprzejmości. choćby nie przyszło jej do głowy, iż podoba się Piotrowi. Był przystojny, inteligentny te cechy Zosia zawsze najbardziej ceniła w mężczyznach. Piotr, nie mogąc się zebrać na bezpośrednią rozmowę z Królową Śniegu (jak zwali Zosię koledzy z pracy), nie owijając w bawełnę, po jednym z firmowych przyjęć, gdy Zosia w tańcu oparła na nim lekko pijaną głowę, powiedział:

Wyjdź za mnie. Oboje odnieśliśmy sukces, czas nie stoi w miejscu. Może pora stworzyć rodzinę? Od dawna cię kocham.

Zosia tylko się cicho zaśmiała:

Piotrek, co ty mówisz, mamy jeszcze czas! Wszystko zdążymy.

A rano, budząc się, spojrzała Piotrowi w oczy i usłyszała swoje słowa:

Zgadzam się.

Wesele, szczęśliwa mama Halina, która już nie wierzyła, iż doczeka wnuków, i trzy lata później, w których Zosia zrozumiała, iż wszystkie jej sukcesy są niczym wobec tego, co odkładała, co okazało się najważniejsze.

Nie ma nie mam przyszłości, mamo Zosia choćby nie mogła płakać, trzymając wyniki badań. Jak mogłam być taka głupia?

Córeczko, poczekaj. To tylko jedna klinika. Medycyna idzie do przodu, wszystko się może zmienić.

Kiedy? Zosia rzuciła papiery, które rozsypały się po podłodze.

W mieszkaniu rodziców kilka się zmieniło od jej dzieciństwa. Rodzice stanowczo odmawiali przyjmowania pieniędzy na remont czy nowe meble, choć tata już nie pracował i poważnie chorował, a mama bała się zostawić go samego choćby na chwilę. Zosia i tak robiła, co mogła – lodówka u rodziców była zawsze pełna tych samych produktów, co jej własna, stare meble zyskały nowe życie dzięki renowacji. Remont zrobiła im dziesięć lat temu, ale patrząc teraz w jeden punkt na ścianie, Zosia myślała, iż tapety przydałoby się wymienić, a parkiet wypadałoby wycyklinować. Dziwne, jakie myśli przychodzą człowiekowi do głowy, kiedy świat wali się na głowę

Mamusiu, nie rozumiesz? Właśnie czasu mi brakuje…

Długo siedziały razem, nie zauważając zapadającego zmierzchu, nie słysząc dzwoniącego telefonu. Zosia płakała, uspokajała się, milczała nie chciała już roztrząsać rzeczy, których nie da się zmienić. Wreszcie spojrzała na matkę i wyszeptała:

Dziękuję, mamo…

Za co, Zosiu?

Za to, iż mnie wysłuchałaś. Nie mam nikogo innego, komu mogłabym się wypłakać. I komu ja teraz jestem potrzebna?

Co ty mówisz?! Halina gwałtownie przyłożyła dłoń do ust córki. Jesteś potrzebna! I mnie, i tacie, i Piotrowi!

Piotrowi już nie.

Dlaczego, Zosiu?

Bo to mój problem, nie jego. On też nie ma czasu. Jeszcze znajdzie szczęście, może będzie miał dzieci.

Zosia wstała, krótko przytuliła matkę na pożegnanie i zaczęła zbierać się do domu.

Nie martw się, mamo, nie zginę. posłała mamie całusa, zamknęła za sobą drzwi. Halina usiadła na krześle w przedpokoju, bezradna. Po co, Boże, takie doświadczenie mojej córce?

Zosi nie spieszyło się wracać do domu. Skręciła w stronę bulwaru nad Wisłą. O tej porze roku było tam pusto, zimno i nieprzytulnie. Kilku właścicieli psów, starsze małżeństwo skrywające twarze w kołnierze i spieszące się gdzieś w milczeniu.

Zosia patrzyła za nimi, niespodziewanie znów się rozpłakała. Przecież ona też marzyła, by być z kimś tak do końca życia rozumieć się bez słów, mieć swój świat, wspólne życie Ale tego już nie będzie. Nagle zrozumiała, iż zawsze kochała Piotra. Bała się do tego przyznać, odkładała choćby własne uczucia jak wszystko w życiu Tylko, iż dziś to już nie miało większego znaczenia. Bo jeżeli się kogoś kocha, należy myśleć przede wszystkim o nim

Patrząc na ciemną, zimną Wisłę, Zosia przypominała sobie, jak w dzieciństwie spacerowała tu z rodzicami. Jak zawsze wyczekiwała tej jednej chwili jedynym smakołykiem na takim spacerze były lody. Kupowali je zawsze, niezależnie od pogody. I nigdy się nie przeziębiła, choć jadła je choćby zimą Ze swoimi dziećmi już się tak nie przejdzie

Otrząsnęła się. Dość tego użalania się! Trzeba żyć dalej. Znaleźć choć cień sensu, który pozwoli się podnieść. Jej osiągnięcia nic dziś nie znaczą: ani kariera, ani mieszkanie, ani pieniądze. Trzeba szukać dalej tylko nie wiedziała jeszcze czego. Ale jedno zadanie na dziś miała: czas Piotra jest teraz dla niego, jej czas jeszcze tak.

Zosia podeszła do zaparkowanego auta i znieruchomiała. Przy samochodzie kręciło się kilku nastolatków. Spojrzała wokół pusto. jeżeli coś się stanie, nikt jej tu nie pomoże. Ale zamiast strachu poczuła nagłą złość i obojętność. Jakakolwiek by była sytuacja, już jej wszystko jedno.

Wsadziła zmarznięte ręce w kieszenie płaszcza i podeszła do młodych.

Co tu się dzieje?

Chłopcy na oko po szesnaście lat odwrócili się w jej stronę.

To pani auto?

Tak.

Tam pod maską! Trzeba otworzyć! Dostać się! zaczęli mówić jednocześnie. Spojrzała na nich z niedowierzaniem.

Ale o co chodzi? Jeden niech powie, proszę.

Chłopcy wymienili spojrzenia i najniższy z nich wyszedł naprzód. Lider zanotowała Zosia.

Tam wszedł kotek. Widzieliśmy, jak wlazł pod samochód, a potem wyżej. Może siedzi na kole, a może dalej wlazł. Trzeba go wyjąć, bo się pokaleczy.

Jesteś pewny?

Tak! O tej porze, jak zimno, to się chowają pod auta.

Zosia otworzyła drzwi, po chwili podniosła maskę.

O rety! wyrwało jej się, gdy chłopcy wyciągnęli spod maski brudnego, czarnego kociaka.

Ale się broni! zaśmiał się chłopiec i podał kociaka Zosi. Proszę, trzymać!

Mnie? zapytała zaskoczona Zosia, biorąc ostrożnie kociaka. Co ja mam z nim zrobić? Nigdy nie miałam kota.

Poradzi sobie pani. Byle dobrze karmić.

Chłopcy zaśmiali się i ruszyli bulwarem w swoją stronę, ale Zosia przypomniała sobie jeszcze coś:

Zaczekajcie! pogrzebała w kieszeni i podała im banknot. Na szczęście nie można zwierzątka wypuścić z pustą ręką… Tak mówiła mi mama.

Dziękujemy! zawołali i odeszli.

Usiadła za kierownicą i spojrzała na swoje nowe, niespodziewane znajdki.

I co ja mam z tobą zrobić?

Kociak, który zamruczał i ugniatał jej jasny płaszcz ubłoconymi łapami, nic nie odpowiedział, tylko zamruczał głośniej.

No to mam stara i z kotem Wszystko jak trzeba powiedziała do siebie, zapinając pasy. Jedziemy do domu!

Rozmowę z Piotrem odłożyła na rano, a resztę wieczoru spędziła z kotem.

Skąd ty masz tyle pcheł? Straszne! Co mnie skusiło na tę przygodę? narzekała, kąpiąc kociaka w łazience. Piotr stał z ręcznikiem.

Dziwne

Co?

Koty zwykle boją się wody, a ten spokojny. choćby mruczy.

Może to wyjątkowy przypadek. U mnie pod ręką mruczy jak motorek.

Po umyciu kociaka zawinęła go w ręcznik.

Gotowe! Idziemy na kolację!

Nakarmiony kociak zwinął się obok niej na kanapie i zasnął. Piotr zebrał się na odwagę:

I co dalej, Zosiu? Jakie wieści?

Zosia wzięła głęboki wdech. Lepiej byłoby porozmawiać rano, ale czy jest sens dalej zwlekać?

Rozwodzimy się, Piotrze.

Co? Dlaczego?

Bo nie będę miała dzieci. I to tylko moja wina. A ty możesz jeszcze wszystko przeżyć, masz czas. Znajdziesz kogoś i zostaniesz ojcem.

Piotr wpatrywał się w żonę, jakby widział ją pierwszy raz.

Naprawdę sądzisz, iż jestem jakimś automatem? Że zmienię cię na inną jak rękawiczki? Zosiu, dla mnie w małżeństwie najważniejsze jest, żebyś to ty była obok. Myślałaś o tym? Dzieci to nie wszystko. Ale ty już wszystko postanowiłaś.

Wstał, podniósł wtulonego w niego kota i rzucił przez ramię:

Idę spać do gabinetu. Dobranoc.

Zosia tylko skinęła głową i odczekała, aż wyjdzie, po czym się rozpłakała, dusząc łkanie w poduszkę. Przewracała się pół nocy, rozmyślając, czy z czasem Piotr nie zacznie żałować i czy to, co robi, nie jest jednak słuszne. W końcu usnęła nad ranem.

Nie słyszała, jak Piotr rano wychodził do pracy, karmił kota i wychodził. Obudziła się dopiero w południe, przykryta ciepłym pledem. Obok leżała kartka: Wrócę wieczorem porozmawiamy. choćby nie myśl, iż odejdziesz. Nigdzie cię nie wypuszczę. Kocham.

Kociak siedział przy jej stopach, wpatrując się wielkimi, zielonymi oczami.

Co tam, kawy byś się napił? zapytała, przeciągając się.

Pierwszy raz od dawna lekko się uśmiechnęła, widząc z jaką gotowością kot pobiegł do kuchni.

Ty to się błyskawicznie zadomowiłeś

Stawiając kawę na gazie, pomyślała, iż dziś jest jej o wiele lżej niż wczoraj. Czy to przez kartkę od Piotra, czy może czas zaczyna leczyć jej duszę nie wiedziała. Ale coś się zmieniało.

Zosia zadzwoniła do pracy, wzięła wolny dzień, zapisała się na strzyżenie i manicure, ubrała się i wyszła z domu.

W Warszawie lało jak z cebra. Samochody płynęły ulicami, ulewa nie ustawała. Dochodząc do auta, całkiem przemokła, bo zapomniała parasola. Mimo to nie zawróciła do domu.

W salonie fryzjerskim, w kolejce, sięgnęła po pierwszy z brzegu magazyn. Reklamy, artykuły o macierzyństwie Uśmiechnęła się ironicznie; jak to się stało, iż właśnie ten numer wybrała? Przewracała strony, aż nagle zamarła z okładki patrzył chłopiec z zielonymi oczami. Nagle wydało jej się, iż go zna. Coś w nim było nieuchwytnego. Odkładając wzrok od twarzy dziecka, przeczytała podpis pod zdjęciem.

Fryzjerka rozglądała się za klientką, nie wiedząc, gdzie zniknęła Zosia. Nie zauważyła choćby brakującego czasopisma.

Piotr był zdziwiony, gdy Zosia wbiegła do jego biura podekscytowana i rzuciła przed nim magazyn.

Spójrz! powiedziała.

Kto to? spytał Piotr.

Nie wiem. Tylko imię i wiek podano. Ale popatrz!

Chwyciła go za ramiona i poprowadziła do lustrzanej ściany dzielącej ich gabinety. Wręczyła mu otwarty magazyn, stawiając go przed lustrem.

Nie widzisz podobieństwa?

Piotr spojrzał na chłopca, potem na swoje odbicie i zadrżał patrzył na młodszą o trzydzieści lat wersję siebie samego.

To niesamowite Piotr czytał, co napisano pod zdjęciem. Jesteś pewna?

Nie mam pewności. Nie wiem też, czy rodzice już się nie znaleźli. Nie wiem nic Poza tym, iż nie chcę już niczego odkładać na potem!

Adasia przywieźli z domu dziecka po pół roku. Dwa lata później, w podobnym czasopiśmie Zosia znalazła zdjęcie dziewczynki, która została jej córką. Marlenka miała tylko półtora roku i nigdy nie poznała innej mamy. Zosia była dla niej wszystkim. Po kolejnych pięciu latach, gdy dziwne zmiany zdrowotne Zosia przypisywała wczesnej menopauzie, usłyszała od ginekologa wieść niebywałą. Julianka urodziła się dokładnie w terminie, zaskakując całą rodzinę.

Halina zdążyła jeszcze poznać wnuczkę. Odeszła rok po narodzinach Julianki, powoli gaszona przez chorobę. Do końca, ile mogła, spędzała czas z wnukami.

Wy jesteście moim szczęściem W was moje życie…

Porządkując rzeczy po śmierci mamy i szykując tatę do przeprowadzki do siebie, Zosia znalazła w szafie pudełko. Gdy je otworzyła, aż westchnęła i rozpłakała się tak głośno, iż dzieci przybiegły przerażone.

Mamuś, co się stało?! zapytał Adaś, wtulając się w nią.

Zosia wyciągnęła z pudełka stare kozaki mamy i tuląc je, płakała, czując, iż ból odpływa razem ze łzami. Wytrzymała podczas pożegnania, wytrzymała na pogrzebie, a teraz przyszło jej w końcu oczyścić się ze smutku.

Mamusiu, czemu płaczesz? zapytała Marlenka, przykucnęła przy niej i objęła za szyję. Kiedy nie udało się spojrzeć w oczy, popłakała się razem z nią.

Julianka, kilka myśląc, też zaczęła płakać tylko Piotr z Adasiem spojrzeli na siebie i wybuch dzieci zatrzymał Piotr.

No już, cicho! Zosiu, co się stało?

Dziewczynki ucichły, zwracając się do taty. Teraz wszystko będzie dobrze mama przestanie płakać.

Och, Piotrze To jej. Cały czas przechowywała

Odstawiła kozaki i spojrzała głębiej w szafę. Na półkach leżała wyprawka, która miała być jej wiano dar matki, którego nie chciała przyjąć po ślubie, tłumacząc, iż do nowego mieszkania nie pasuje. Mama wszystko przez lata trzymała pachnące lawendą woreczki wciąż miały zapach. Była tam i dawno kupiona dla siebie pościel, której Halina nigdy nie użyła koronki pożółkły, hafty spłowiały.

Piotrze zwróciła się do męża. Jak to jest, iż ludzi już nie ma, a rzeczy zostały… Czemu ciągle odkładamy życie na potem? Wciąż czekamy na jakiś idealny moment, który może w ogóle nie nadejść! To nie jest w porządku, nie jest sprawiedliwe.

Piotr ją objął. Nie trzeba było słów.

Julianka przytuliła się do mamy i podniosła zielone, po ojcu i bracie, oczy:

Mama!

Zosia aż zamarła, nie wierząc, co usłyszała, ale Piotr uśmiechnął się i kiwnął głową przykucnęła więc obok córki:

Powtórz!

Mama! powtórzyła Julianka, wspinając się jej na ręce i obejmując mocno za szyję.

Adaś i Marlenka zaklaskali:

Powiedziała mama! szepnął Adaś i mrugnął do taty. Twoja kolej, tato!

Czyli trzeba was zabrać do zoo.

Kiedy? podskoczyła Marlenka. W weekend?

A czemu w weekend? Zosia przytuliła Juliankę i trąciła jej nos swoim. Nie należy odkładać na jutro tego, co możemy zrobić dzisiaj. Jedziemy!

Spojrzała na rozłożone po podłodze rzeczy. To akurat mogło poczekać już to wiedziała.

Prowadząc samochód, słuchała śmiechu dzieci z tylnego siedzenia i myślała, iż nie ma recepty na pełnię szczęścia. Ale postara się nauczyć swoje dzieci tej jednej rzeczy: nie wolno odkładać życia na później. Bo to później bywa bardzo przewrotne. Często, gdy już wydaje się, iż upragniona chwila jest na wyciągnięcie ręki, okazuje się, iż wszystko się zmienia i ona może nigdy nie nadejść.

A lody?

Teraz? zdziwił się Adaś. Mamo, nie jadłyśmy jeszcze obiadu!

Nadrobimy. No i co wy na to?

Tak! zaklaskały dzieci, a Piotr się uśmiechnął.

Rozpieszczaś nas, mamusiu?

A można żyć inaczej, tatusiu? Kiedy, jak nie teraz?

Idź do oryginalnego materiału