Zwykli Ludzie: Codzienne Historie, które Łączą Nas wszystkich

polregion.pl 1 tydzień temu

Na dworze dzisiaj był hałas, jak to zawsze wiosną, kiedy mieszkańcy w końcu poczuli ciepłe promienie słońca po długiej zimie. Szare, nieprzyjemne zaspy wody zmyły brudy z alei, a teraz strumyki radośnie szemrzą, lśniąc jak srebrne wstążki, płyną w dół, wąską ulicą, aż do podwórka i dalej wzdłuż Kamieńskiego do kościoła pod warszawskim niebem. I tam, tak jak wszędzie, zamieszanie. Z jednego przystanku wyskoczyła grupa ludzi: kobiety w sukienkach i chustkach w pastelowych odcieniach niebieskiego, zieleni i bieli, a chustki niepokojąco przyklejają się do twarzy. Mężczyźni w eleganckich garniturach, przyozdobionych krawatami i wypolerowanymi butami.

Z mniejszego samochodu wyszła kobieta, zamyślona i ostrożna.

Grażynko! Czekaj, Grażynko! Muszę ci podać rękę! pośpieszył się do niej jej mąż, przeskakując przez auto.

Nie krzycz, Sławku. Piotrek już śpi. Lepiej nie robić hałasu. Boję się, Sławku szepnęła niepewnie Katarzyna. Nigdy wcześniej nie trzymała w rękach noworodka, dopiero co została mamą i bała się, iż mały Piotrek się przestraszy i zacznie płakać, tak jak tydzień temu, kiedy kąpaliśmy go w wanience. Ten raz tak mocno płakał, iż Sławek wezwał lekarza. Przyszła spokojna, nieco obojętna pediatra, dr Marina Wiktoria, poczekała w holu, potem weszła do pokoju, w którym młoda mama trzymała w ramionach nerwowego malucha i zachrząkała.

Połóż go, rzekła Marina.

Co? Nie słyszę machnęła głową roztrzęsiona Katarzyna.

Połóżcie dziecko, nie potrząsajcie go jak grzechotką! odparła dr Marina z nieco surowym tonem.

O mój Boże! wykrzyknęła Katarzyna, patrząc przerażona na męża.

On się uśmiechnął.

Katarzyna wciąż była jak dziecko, a już urodziła Sławowi pierwszego syna, dziedzica. Żadna z nich nie wiedziała, jak go wychować.

No połóż go w końcu! zachichotała położna. Ależ jaki jesteś silny! dodała, patrząc na małego.

Sławek stanął dumnie, jakby to była inna rozmowa. Jego teściowa wtrąciła: To jest nasz chłopiec, nasz Potomek!

Sławek zauważył też, iż chłopiec ma coś w nosie. Łobuzik pomyślał dr Marina.

Taki mały główek, pewnie ma mnóstwo pomysłów! kontynuowała lekarz. Tato, przytrzymaj okno, żeby nie było przeciągu!

Sławek pospieszył się zamykać okno.

Doktorze, co z nim? szepnęła Katarzyna, ledwie powstrzymując płacz.

A co ci ma mężczyzna? Gdyby urodziła dziewczynkę, to byłoby lepsze! A tu chłopiec, łobuzik! dr Marina się śmiała i jednocześnie przyglądała dziecku, odwracając nogi, prostując ręce i nogi, które były wygięte w niepokojących pozycjach.

Kolki, podsumowała w końcu. Dam wam receptę. Nie potrząsajcie go, mamo! To da się naprawić. Chłopczyk jest zdrowy i silny. Dajcie mu smoczka, bo biedny się męczy!

Jesteśmy zdecydowanie przeciw smoczkom! wtrącił się Sławek, zbyt pewny siebie. To nie ma sensu.

Przeciw? zapytała dr Marina, nieco obojętnie. Katarzyno tak, oddaj dziecko ojcu i idźcie do kuchni, ubierzcie je w pieluszkę.

Katarzyna pokręciła głową, po czym, już wyczerpana, oddała Piotrusia mężowi.

No to chodźmy, kochana, wypijmy coś. zaśmiała się dr Marina, podnosząc kubek herbaty. Chłopczek ma już prawdziwy charakter!

Wzięła Katarzynę pod pachę i odprowadziła.

Sławek, trzymając synka przy sobie, stał przy oknie i próbuje go uspokoić.

W kuchni było ciemno, chłodno i pachniało kawą.

Mamy czajnik, cukier, zaparzmy herbatę i coś do przegryzienia rzuciła dr Marina, rozejrzawszy się po kuchni.

Katarzyna położyła na stole dwie filiżanki. Nie wiedziała, iż położne w szpitalach mają swoje zwyczaje.

Jakie zwyczaje? dopytała dr Marina.

Młoda mama zadrżała. Zaczęła myśleć na głos, co już było pierwszym sygnałem alarmowym.

Nie miałam doświadczenia, nie wiedziałam, co robić, po prostu wzruszyła ramionami. interesujące być lekarzem dziecięcym, wszystko leczyć i nie bać się.

Dr Marina skinęła głową. O, gdyby Katarzyna wiedziała, jaką zaczynałam matkę, mimo wykształcenia

Co cię uczyć? Książki, dzięki Bogu, ludzie teraz wszystko czytają, a jeżeli nic nie znajdą, to Internet. Problemy wszyscy mają podobne. A ty jesteś odpowiedzialną mamą, widzę termometr w kąpieli, czysty fartuch, zadbane maleństwo. Pij herbatę, póki czas jest! podała położna podany kubek.

Nie chcę pisnęła Katarzyna, po czym zapłakła.

Co się stało? przestraszyła się dr Marina.

Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotrek dużo je, nie lubi mokrych pieluszek, a ja nie mam sił warknęła Katarzyna, łkając. Dzień, miesiąc, rok, a choćby imię, już nie pamiętam. Wszystko jest mgłą. Nie wytrzymam, rozumiesz? Muszę skończyć sesję, uczę się ze Sławkiem, mam jeszcze trzy egzaminy, a nie dam rady. Nic już nie chce

Dr Marina westchnęła zamyślona.

Gdzie pomoc? Rodzina? zapytała, stukając palcem w tablet. Ten brzęczał i wyświetlał jakieś informacje.

Jest, ale teściowie są daleko, nie przyjadą. Nie mogę ich prosić. Moi rodzice nie popierali naszego ślubu, nie chcieli Piotrka Potem podeszli, ale mama mówiła, iż to za wcześnie, najpierw studia. Wpadłam w kłótnię, a mama odmawiała pomocy. To wszystko moja wina, prawda?

Katarzyna wzięła łyk herbaty, zamknęła oczy.

Wina? Co? Co ci przytrafiło się, iż taki łobuzik trafił ci się pod niebo? No tak, wina, iż jesteś trochę szczęśliwsza, pięć kilogramów do wagi. uśmiechnęła się Katarzyna, zerkając na wagę. Piotrek waży cztery kilogramy sześćset gramów.

No właśnie, taki prezent! Wstyd ci się, co? mrugnęła dr Marina. Musisz coś zjeść. Słyszałaś? Twoi faceci powinni się uspokoić. Może nie potrzebujesz smoczka Połóż się, zjedz, niech chłopiec dłużej śpi. Ja zostawię ci kartkę z radą: nie denerwuj się, masaż, wszystko się ułoży!

Dr Marina pogłaskała ją po ramieniu i odszła.

Katarzyna połykała kotlet, popijała go herbatą z jabłkowym dżemem, który Sławek kupił w małej przydrożnej piekarni, i zaraz po tym leżała na kanapie w kuchni. Chciała się owinąć kocem, ale nie mogła dosięgnąć poduszek. Zasnęła tak

To wydawało się, jakby dopiero wczoraj.

A teraz Katarzyna w kremowej sukni i niskich szpilkach stoi przy wejściu do domku przy kościele, trzymając Piotrusia na rękach. Dziś mają go ochrzcić i Katarzyna straszy się jak nigdy.

Kasiu, chodź! Daj go tutaj. O mój słodki chłopczyku! mruczy Sławek, ruszając w stronę gości.

Wkrótce wejdą do domku, odbywa się sakrament chrztu, Piotrek płacze kilka razy, szczerzy małe niebieskie oczka i patrzy w niebo na obrazy świętych, zdumiony. Goście się uśmiechają, chrzestna, przyjaciółka Katarzyny, młoda dziewczyna, skinie głową.

Piotrek to twardy orzech! szepcze do Katarzyny. Brawo, kochani!

Dr Marina Wiktoria weszła przez żelazne wrota kościelnego podwórka i się pomodliła. Stała obok mężczyzny w czapce i kurtce z kapturem, choć w garniturze, i patrzyła na złoty krzyż. Wiedziała, iż czasem tylko Bóg albo jakaś wyższa siła może pomóc.

Proszę, panie, zdejmij czapkę, jesteśmy w miejscu świętym! zwróciła się do niego.

Mężczyzna niechętnie zdjął czapkę, odsłaniając łysinę i splątane drobne włosy. Dr Marina przewróciła oczami, jakby tradycje zniknęły.

Dziękuję, młodzieńcze mruknął mężczyzna, patrząc na chrzczonego.

Piękne chrzty, wspaniała para, a ich maluch cudny! przytaknęła położna.

Mężczyzna przerwał: Chrzty to tylko rytuały, dzieci to ciężka praca!

Nic nie rozumiesz, młodzieńcze odparła dr Marina, kiwając głową.

Musimy ochrzcić Piotrusia. Czuję, iż wtedy wszystko się ułoży i Sławek wyzdrowieje! krzyknęła, już ledwo łapiąc oddech.

Dr Marina i jej mąż, inżynier Michał, mieli własnego syna, Szymona wielką radość. Michał chwalił się przyjaciółmi, opowiadał o wędkowaniu, o koniach, o lesie. Aż pewnego dnia zadzwonił w szpital od lekarzy.

Stan krytyczny, mało szans. Tak się zdarza

Co? Nie rozumiem! wymamrotał Michał, patrząc na śmiesznych przyjaciół. Co się stało?

Michał nie mógł uwierzyć, iż jego syn, dziecko pediatry, zachorowało tak nagle. Wszyscy walczyli, igły wnoszone do małego Szymona, łzy i gniew Michała, kłótnia z lekarzem, brat Igor Andriejewicz, przyjaciel rodziny.

Powiedz mi prawdę, Igorze! Kto jest winny? wkurzał się Michał, stukając pięścią w stół.

Co z tym zrobić? Najpierw wypiszmy Szymona, potem zróbmy zakupy, dajmy mu mleko odparł Igor, spoglądając na zegarek.

Michał westchnął, myśląc, iż nie może już nic zmienić.

Katarzyna pożyczyła się od dr Marin, mówiąc: Wina? Co? Co mam zrobić? Ten mały chłopiec to dar nieba. Czemu mam się winić, iż jestem trochę szczęśliwsza? zadrwiła, wskazując wagę.

Piotrek waży cztery i pół kilograma podsumowała dr Marina, uśmiechając się.

No właśnie! Masz taki prezent! Wstyd ci się, co? mrugnęła. Zjedz coś, bo nie słyszysz, iż twoi faceci się uspokajają. Może nie potrzebujesz smoczka Połóż się, niech śpi dłużej. Ja zostawię ci kartkę: nie denerwuj się, masaż, wszystko się ułoży!

Katarzyna pożerała kotlet, wypiła herbatę z domowej konfitury, a potem położyła się na kanapie. Nie mogła już podnieść koca, więc zamknęła oczy i zasnęła.

Teraz Katarzyna w kremowej sukni i niskich szpilkach stoi przy wejściu do małego domku przy kościele, trzymając Piotrusia. Dziś go ochrzczą i ona jest przerażona.

Kasiu, chodź! Daj go tutaj. Mój słodki chłopczyku! mruczy Sławek, idąc do gości.

Wkrótce w domku nastąpi chrzest, Piotrek zapłacze, otworzy niebieskie oczka i spojrzy na obrazy świętych, zdumiony. Goście się uśmiechają, chrzestna, przyjaciółka Katarzyny, młoda dziewczyna, skinie głową.

Piotrek to twardy orzech! szepcze do Katarzyny. Brawo, kochani!

Dr Marina Wiktoria weszła przez żelazne wrota kościelnego podwórka i pomodliła się. Stała obok mężczyzny w czapce i kurtce z kapturem, choć w garniturze, i patrzyła na złoty krzyż. Wiedziała, iż czasem tylko Bóg albo jakaś wyższa siła może pomóc.

Proszę, panie, zdejmij czapkę, jesteśmy w miejscu świętym! zwróciła się do niego.

Mężczyzna niechętnie zdjął czapkę, odsłaniając łysinę i splątane drobne włosy. Dr Marina przewróciła oczami, jakby tradycje zniknęły.

Dziękuję, młodzieńcze mruknął, patrząc na chrzczonego.

Piękne chrzty, wspaniała para, a ich maluch cudny! przytaknęła położna.

Chrzty to tylko rytuały, dzieci to ciężka praca! przerwał mężczyzna.

Nic nie rozumiesz, młodzieńczeWszyscy opuścili kościół z sercami pełnymi nadziei, wiedząc, iż miłość i wiara będą prowadzić ich rodzinę przez wszystkie przyszłe próby.

Idź do oryginalnego materiału