Zwyczaje w rodzinie mojego męża sprawiają, iż źle się czuję – nie jestem w stanie ich odwiedzać.

twojacena.pl 3 godzin temu

Zwyczaje w rodzinie mojego męża przyprawiają mnie o chorobę, nie mogę do nich jeździć.

Nie potrafię odwiedzać rodziców mojego męża, bo niektóre ich nawyki wywołują we mnie odrazę. Próbuję się powstrzymać, ale czuję się fatalnie, kiedy mam z nimi usiąść przy stole. Rozmowa z nimi mnie nie stresuje, ale nie mogę zmusić się do wspólnego jedzenia. Mój mąż niczego podobnego nie zauważa, a teściowa uważa mnie po prostu za rozkapryszoną pannicę, która wiecznie ma zastrzeżenia.

Mieszkamy z mężem oddzielniei chwała Bogu. Niestety, nie na tyle daleko od jego rodziców, żebym mogła ograniczyć się wyłącznie do rozmów telefonicznych, dlatego muszę czasem ich odwiedzać. Za każdym razem jest to dla mnie ogromny stres i często próbuję wymyślić wymówkę, by nie musieć jechać. W gruncie rzeczy mąż ma zupełnie zwyczajną rodzinęmatka i ojciec, oboje pracują, oboje po studiach. Mieszkanie mają schludne, przytulne, ale gdy dochodzi do wspólnego posiłku, robi mi się niedobrze. Żeby było jasnejestem osobą bardzo wybredną; nigdy nie wzięłabym niczego łyżką po kimś, kto już ją oblizywał, choćby po własnym mężu! Po prostu nie potrafię, choćby nie wiem co.

Z czasem z mężem wypracowałam własne zasady, czuję do niego większe zaufanie, ale do jego rodziców nie mogę się przyzwyczaić. Tam wszystko jest… aż za proste. Przykład: teściowa miesza surówkę w jednej misce, potem sprawdza czy dosólona, oblizuje łyżkę i wkłada ją z powrotem do sałatki. choćby nie wiem, jak to skomentować

Kolejna rzecz kiedy wszyscy piją mocniejsze alkohole, ja zwykle przynoszę swoje wino. Teściowa bez krępacji sięga po mój kieliszek, by spróbować. Po co? Dla mnie to obrzydliwe, niehigieniczne. W końcu jest mi praktycznie obca. Próbuję w takich momentach niepostrzeżenie zamienić kieliszek na nowy, ale nie zawsze się udaje. Ojciec męża z kolei lubi sobie robić ze mnie żarty, czasem naprawdę przykre. Mąż próbuje reagować, ale nic się przez to nie zmienia.

Teściowa ma także… interesujące przyzwyczajenie: kiedy zostaje jej jakaś zupa, nalewa ją ze swojej miski z powrotem do garnka i wstawia do lodówki. Tak samo z resztkami sałatkiwracają z talerzy gości prosto do miski. Dlatego nigdy nie jem u teściów niczego, co nie zostało właśnie przygotowane. Zawsze jest szansa, iż znajdę tam pozostałości po czyimś posiłku.

Mało tego, mama mojego męża przed smażeniem placków zawsze spluwa na patelnię, żeby sprawdzić temperaturę. Można to zrobić na milion innych, bardziej higienicznych sposobów. Ale ona argumentuje, iż nic się złego nie stanie, bo temperatura i tak wszystko zabija. Mnie ten widok prześladuje do dziś.

Do ostateczności doszło, gdy zobaczyłam, iż pozwolili psu wylizać talerze po obiedzie. Po rodzinnym obiedzie miska z resztkami ziemniaków i gulaszu została postawiona na podłodze, by pies ją wylizał. Potem ta sama miska trafiła do zmywarki razem z innymi naczyniami jak gdyby nigdy nic.

Nie zdzierżyłam i powiedziałam, iż nie wyobrażam sobie jeść po psie z talerza. Spojrzeli na mnie jak na idiotkę i usłyszałam tylko, iż talerze są przecież porządnie myte, więc o co chodzi. Tylko że, moim zdaniem, pies nie powinien jeść z naczyń przeznaczonych dla ludzi. Zapytałam teściową, czy w takim razie mogłabym zjeść z psiej miski, skoro wszystko się przecież myje. Strasznie ją tym uraziłam. A przecież według jej logiki nic się nie dzieje, bo naczynia są czyste Mąż zarzucił mi później, iż przesadzam, choć uważam, iż miałam rację.

Naprawdę nie chcę odwiedzać teściów. No chyba iż z własnym jedzeniem i naczyniami, co z kolei zepsułoby całą atmosferę i święto, a teściowa obraziłaby się na dobre. Nie wiem, co robić. Nie chcę zmuszać męża do wybierania między mną a rodziną, bo jeżeli nie pojadę, on uzna to za moją złośliwość, ale z drugiej strony nie mam ochoty się tam pokazywać.

Marzę, żeby wyprowadzić się do innego miasta, by nie być zmuszoną do tych wizyt. Rozmowy telefoniczne to jedno, ale nie chcę musieć tam fizycznie jeździć.

Idź do oryginalnego materiału