Zostawił mnie samą przy świątecznym stole i pobiegł świętować z kolegami w garażu – czyli jak mój mąż zamienił naszą 10. rocznicę ślubu na “chłopską solidarność”, a ja postanowiłam zrobić mu niezapomniany polski obiad w stylu garażowym

polregion.pl 3 godzin temu

Zostawił mnie samą przy stole pokrytym śnieżnobiałym obrusem i czmychnął świętować z kolegami w garażu.

Ty serio teraz wyjdziesz? Tak po prostu, wstaniesz i wyjdziesz? głos Marioli zadrżał, ale starała się, żeby brzmiała w nim raczej stal, a nie żal.

Piotr zamarł w korytarzu, już z jednym ramieniem w starej, zielonej kurtce przeciwdeszczowej. Na nogach miał nie domowe kapcie, ale zabłocone adidasy, których używał do majsterkowania. Z kuchni płynął oszałamiający zapach pieczonej kaczki z antonówkami kapryśnego dania, nad którym Mariola męczyła się przez cztery godziny. Na stole w salonie, przykrytym koronkowym obrusem po prababci, błyszczały kryształowe kieliszki i stały sałatki, które kroiła od świtu na idealne kostki.

Mariolko, no już daj spokój krzywił się, jakby coś go bolało. Chłopaki dzwonili. U Janka padł gaźnik, stoi na parkingu, trzeba pomóc. Przecież zaraz wrócę, godzinka, półtorej maks. Kaczka choćby nie zdąży wystygnąć!

U Janka gaźnik psuje się co piątek o tej samej godzinie powiedziała zimno Mariola, opierając się o futrynę. Piotr, dziś mamy dziesiątą rocznicę ślubu. Uciekłam wcześniej z pracy, kupiłam twoje ulubione wino za pół mojej wypłaty, a choćby założyłam tę granatową sukienkę. A ty biegniesz do garażu?

Piotr zakładał kurtkę, nerwowo szukał kluczy do auta po kieszeniach.

Dramatyzujesz. To tylko sprzęt, trzeba pomóc, chłopska solidarność, rozumiesz? Gdyby mnie coś nawaliło, Janek też by przyszedł. Nie bądź egoistką. Przecież nie idę na imprezę tylko naprawiać. Nie dąsaj się, zaraz wrócę.

Cmoknął ją w policzek, szybko, bez śladu czułości. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a zamek szczęknął w pustce mieszkania jak strzał.

Mariola została w przedpokoju. W lustrze odbijała się kobieta we fryzurze jak z czasów PRL-u, w pięknej ciemnej sukience, która tuszowała wady figury, a podkreślała to, co najlepsze. Niestety, do tej twarzy nie pasował smutek w oczach.

Przeszła do kuchni. Piec już się wyłączył z zegarem, ale tłuszcz jeszcze skwierczał. Wyjęła ciężką blaszkę; kaczka była doskonała złota skórka, zapach jabłek i ziół, arcydzieło, którego nikt już nie spróbuje.

Przeniosła ptaka do salonu, usiadła sama przy stole. Dwa talerze, dwa kieliszki, niezapalone świece. Cisza dźwięczała furkotem za uszami. U sąsiadów dudnił telewizor, tu rozlewała się pustka.

Oczywiście, nie wróci za godzinę. Ani choćby za dwie. Garaż to taki polski trójkąt bermudzki; tam czas płynie inaczej. Najpierw gaźnik, potem stwierdzą, iż to wcale nie gaźnik, potem ktoś przyniesie piwo, tylko na szybkiego, potem wpadnie sąsiad spod szóstki: wnuk mu się urodził, albo kot uciekł i już poszło.

Mariola nalała sobie wino ciężkie, ciemnoczerwone, cierpkie. Upiła łyk, odkroiła najtłustszą kaczą nóżkę i jadła bezmyślnie, nie czując smaku. W środku narastała nie histeria, a raczej zimna, betonowa jasność, jakby z oczu zsunięto jej zasłonę.

Czy to pierwszy raz?

Rok temu, w jej urodziny, spóźnił się trzy godziny, bo pomagał mamie przesuwać kanapę. Choć za stówę mogła być dostawa. Ale Piotr zawsze mówił: Po co wydawać, jak mam ręce?. W rezultacie przyszedł zziajany, spocony, narzekał na bolący kręgosłup całą imprezę.

Albo dwa lata temu mieli jechać do pensjonatu, wszystko opłacone wcześniej. Dzień przed wyjazdem pożyczył połowę wakacyjnych oszczędności temu samemu Jankowi, bo mu się spiętrzyły raty. Odda, co się martwisz, przyjaciel jest zapewniał. Janek oddawał miesiącami, a oni wczasowali w pokoju, jedząc zupki instant.

Mariola spojrzała na drugi pusty talerz. Dziesięć lat. Rocznica cynowa. Mówią, iż cyna jest giętka, ale wyginana zawsze w jedną stronę pęka.

Dokończyła kaczkę, nie ruszając dodatków. Zgasiła nieodpalone świece, zaczęła sprzątać. Sałatki schowała do lodówki, resztę wina zakorkowała. Naczynia wrzuciła do zmywarki, ale nie włączyła jej.

O pierwszej w nocy telefon Piotra był nieosiągalny. O drugiej pojawiła się informacja Kontakt ponownie dostępny. Mariola nie zadzwoniła. Rozłożyła łóżko, położyła się nieruchomo, światło zgasiła. Sen nie przyszedł. Słyszała tylko, jak szumi winda na klatce.

Klucz przekręcił się w zamku o trzeciej trzydzieści. Piotr próbował poruszać się cicho, ale w tej nocnej ciszy jego każdy szelest huczał jak piorun. Potknął się o szafkę, zaklął pod nosem, długo szeleścił ubraniem, ściągając dżinsy. Pachniał tanią fajką, olejem silnikowym i alkoholowym odorem, specyficznym dla garaży.

Wskoczył pod kołdrę i próbował ją objąć.

Śpisz? szepnął, dmuchając jej w kark przefermentowanym oddechem. Mariolko, wybacz. U Janka serio nie gaźnik, tylko cały silnik padł. Rozkręcaliśmy na części. Ręce po łokcie w smarze Wiesz Telefon padł, nie miałem ładowarki

Mariola przesunęła się na drugi kraniec łóżka.

Nie dotykaj mnie rzekła cicho.

Przestań już. Przecież wróciłem. Zdrowy, cały. Pomyliłem się, ciężki wieczór. Jutro świętujemy. A raczej dziś. Kupię tort

Po minucie już chrapał. Mariola wstała, wzięła poduszkę, kołdrę, poszła spać na kanapę do salonu, gdzie wciąż unosił się duch niespełnionych świąt i kaczek.

Rano nie padły żadne przeprosiny tylko wyrzuty. Piotr wlókł się do kuchni około południa, z zapuchniętą twarzą. Mariola piła kawę, przeglądając maile służbowe.

A śniadania to nie będzie? rzucił, przeglądając zawartość lodówki. O, sałatki zostały. Super. A kaczka?

W pojemniku w lodówce odpowiedziała bez odrywania wzroku.

Podgrzejesz? Głowa mi pęka, muszę coś zjeść porządnego.

Mariola zamknęła laptopa.

Nie.

Co nie?

Nie podgrzeję. Masz ręce. Te złote, którymi wczoraj pół auta Jankowi naprawiłeś. Tym sobie odgrzej.

Piotr popatrzył z niedowierzaniem. Po sprzeczkach Mariola zwykle dąsała się godzinę, dwie, ale potem wracała do swoich obowiązków gotowała, sprzątała. To był schemat: jego wpadka jej foch on kupował czekoladę lub coś mówił ona wybaczała.

Ty jeszcze fochy chowasz? Wyjaśniłem przecież. Sytuacja awaryjna, przyjaciele są od tego. Jesteś rozsądną kobietą. Nie można trzymać faceta na smyczy.

Nikogo nie trzymam odparła spokojnie. Jesteś wolny. Ja też. Wolna od obsługiwania cię po chlańsku.

To nie była chlańska impreza, tylko naprawa! rzucił, wyciągając sałatkę i jedząc prosto z miski. Zresztą zachowujesz się nerwowo Może jakieś witaminy? PMS?

Mariola patrzyła na niego długo, jakby widziała go po raz pierwszy. Ten, co mlaska sałatką, sypiąc okruchy po kuchni, to jej mąż. Człowiek, który miał być jej podporą. Przypomniało jej się, iż mieszkanie jest po babci. Piotr tu tylko zameldowany. Im dalej, tym mniej od niego, bo nie było zleceń, narzędzia się popsuły, trzeba mamie pomóc.

Piotrze powiedziała bardzo cicho. A gdzie pieniądze, które odkładaliśmy na wymianę okien?

Zakrztusił się sałatką.

Jak to gdzie? W puszce, jak zawsze.

Już nie. Rano patrzyłam. Pusto. Pięćdziesiąt tysięcy zniknęło.

Piotr odwrócił wzrok. Uszy zrobiły się czerwone.

No bo wczoraj jak do Janka jechałem, to zabrałem. Nowe części kosztowały sporo. Odda z wypłaty

Pożyczyłeś pięćdziesiąt tysięcy z naszej kasy na starego rzęcha, nie pytając, choć od pół roku zbieraliśmy na okna, żeby zimą nie marznąć?

O co ci chodzi, kobieto? rzucił łyżkę na stół. Odda przecież! Słowo dobre ma. W tym domu to JA jestem facetem, decyduję o kasie. Mam pytać żonę o każdą śrubkę?

Masz pytać, jeżeli bierzesz ze wspólnej skarbonki. Zwłaszcza, jeżeli zasilam ją w siedemdziesięciu procentach ja.

Wytykasz mi kasę? Tak nisko upadłaś, Mariolka? Myślałem, iż nie jesteś taka materialistka Kiedyś inna byłaś

Trzasnął krzesłem i wyszedł do pokoju. Po chwili rozbrzmiał głośno telewizor. Ustawił głośność na dwadzieścia, żeby pokazać, iż ma jej dość.

Mariola tkwiła w kuchni, czując, jak pęka ostatnia nić. Zrozumiała nagle, iż okien nie wymienią. Janek pieniędzy nie odda zawsze jakieś raty, alimenty, pech. A Piotr będzie się bawić w rycerza cudzym kosztem, gdy ona będzie jeść kanapki z żółtym serem.

Minął tydzień cichej wojny. Rozmawiali sztywnymi zdaniami, tylko o obowiązkach. Piotr zachowywał się, jakby to on był ofiarą, a Mariola czepialska żona. Przychodził późno, jadł, co zastał, kładł się plecami do ściany.

W czwartek wrócił wcześniej, w dobrym humorze. Przyniósł bukiet chryzantem tych najtańszych spod Biedronki.

Mariolka, nie gniewaj się już uśmiechał się, podając kwiaty. Zgoda?

Włożyła je do wazonu.

Zgoda odparła obojętnie. W środku decyzja już była.

No to świetnie! rozradował się. Bo mam sprawę W sobotę mam urodziny. Planuję na spokojnie, w domu. Zaprosimy chłopaków, Janka z żoną, Tomka Z sześć, siedem osób. Zrobisz stół, jak tylko ty umiesz? Miesko po polsku, sałatki, koreczki. Oni się już cieszą na twoje gotowanie!

Patrzyła na niego. Zero wahania w oczach. Był przekonany, iż po tym, jak spaprał im rocznicę, wziął pieniądze na okna, a potem miała go tydzień na głowie ona powinna z euforią stanąć przy garach na parę dni.

Jasne uśmiechnęła się dziwnie. Zawołaj wszystkich na czternastą.

Wiedziałem, iż jesteś złoto! Zaczniesz spisywać listę zakupów?

Nie trzeba. Kupuję sama. Będzie niespodzianka. Lubisz niespodzianki?

Uwielbiam! Dzwonię do wszystkich!

Piątek minął spokojnie. Robiła zakupy, wróciła z siatkami. Piotr zaglądał ciekawie do środka, ale śmiała się: Nie podglądaj, to tajemnica. Wieczorem coś tłukła w kuchni, ale drzwi zamknięte, a z wnętrza dziwne zapachy: nie piernika, ale jakiejś rozgotowanej mąki. Uznał, iż pewnie wymyśliła coś eksperymentalnego.

Sobota. Rano. Piotr wstał rozentuzjazmowany; Mariola już ubrana, elegancka, w biurowym stroju.

A co tak służbowo? Załóż to czerwone

Tak wygodniej odparła. Goście zaraz będą?

Janek dzwonił, dojeżdżają, idę się ogarnąć.

Gdy Piotr kończył toaletę, dzwonek do drzwi oznajmił zawody w polskich grzmotach. Weszła rozgadana paczka z reklamówkami, w których coś dzwoniło.

Sto lat, Piotrze! dudnił Janek, waląc go w plecy. Posmakujemy mistrzowskiego żarełka twojej żony, co?

Weszli do salonu i zgłupieli.

Obrus świąteczny, talerze, sztućce jak należy. Ale pośrodku tliła się góra tanich pierogów mrożonych Studenckie. Dookoła miski z makaronem Vifon, już rozmiękłym, zimnym. W miejsce mięs i sałatek grube plastry najtańszej mortadeli Ekstra, jeszcze z folią. A w kryształowych salaterkach suchary i otwarte puszki szprotek w pomidorach, wciąż w metalowych puszkach.

To żart? Piotr miał głos jakby runął most w jego wnętrzu. Mariola gdzie jedzenie? Gdzie sałatki?

Zapanowała cisza. Janek patrzył to na pierogi, to na Piotra, potem na Mariolę. Jego żona zaciskała usta.

Mariola stanęła prosto, spokojnie, z powagą.

To, Piotrze, obiad urodzinowy w stylu Garaż. Ponieważ to dla ciebie najważniejsze miejsce, postanowiłam oddać klimat, za którym tęsknisz. Smacznego, panowie. Dla was specjalnie.

Zwariowałaś?! Przed kumplami mnie ośmieszasz?! Sprzątnij to i przynieś coś normalnego! Widziałem, jak wczoraj gotowałaś!

Gotowałam dla siebie. Jest jedzenie w pojemnikach w lodówce. To jest dla was. Za twoje pieniądze, z resztek po twoich pożyczkach.

Janek chrząknął:

Piotr, my się zbieramy Jakoś dziwnie się zrobiło

Zostać! krzyknął Piotr. Mariola, zrób normalny obiad, przeproś i udajmy, iż to był żart. Inaczej

Inaczej co? zapytała Mariola spokojnie.

Inaczej nie ręczę za siebie! To mój dom, moi goście!

Twój? zaśmiała się sucho. Pozwól, iż wyjaśnię przed świadkami. To mieszkanie należy do mnie, dostałam je po babci przed ślubem. Prawo własności polskie prawo. Jesteś tu tylko zameldowany. Wkład własny? Płaciłam ekipie za remont z własnej premii, zachowałam dokumenty i faktury. Twój wkład to dwa worki cementu i tydzień świętowania z piwem. choćby jeżeli udowodnisz nakład, możesz żądać tylko zwrotu środków, nie udziału w mieszkaniu. Tym bardziej, iż ciągle z niego pobierałeś na swoje zachcianki.

Weź się odczep! zaczął krzyczeć, już bez siły. Policję wezwę! Powiem, iż awanturujesz się!

Proszę bardzo pokiwała głową. To twoje rzeczy.

Wyciągnęła z sypialni dwa walizki.

Spakowałam wszystko ubrania, narzędzia, choćby twoją ulubioną filiżankę.

Goście zaczęli wycofywać się do przedpokoju.

Piotr, czekamy na dole Mruknął Janek.

Piotr został sam, obok zimnych pierogów i walizek.

Mizernie żartujesz. Serio chcesz mnie wyrzucić? zapytał niepewnie. Kocham cię, wiesz? Potknąłem się, oddam wszystko, spróbuję jeszcze przecież nie mam gdzie iść Do matki? Do kawalerki?

Twój wybór. Masz garaż, auto z nowym silnikiem, przyjaciół. Żyj.

Odbije ci się to czkawką! znów krzyczał, już bezradnie. Wiesz, ile wart jest taki stary grat jak ty po rozwodzie? Znajdę sobie młodą! Ty tu z kotem i pierogami!

Tego się podejmuję rzekła, otwierając drzwi. Wynoś się.

Złapał walizki i z nienawiścią rzucił klucze na podłogę.

Zadław się tym swoim mieszkaniem!

Trzasnęły drzwi.

Mariola dwukrotnie przekręciła zamek, zawiesiła łańcuch. Oparła się o chłodny metal, zamknęła oczy. Serce waliło, dłonie drżały, ale nie było łez. Poczuła dziwną lekkość, jakby zrzuciła z siebie worek z kamieniami, za jaki brała przez dekadę szczęście rodzinne.

Szybko uprzątnęła obrus z pierogami, Vifonem i mortadelą do ogromnej torby wszystko wylądowało w kuble. Otworzyła okno, żeby przewietrzyć pokój z zapachów szprotek i męskich perfum.

Wyjęła z lodówki butelkę wina tę samą, z rocznicy. Nalała sobie kieliszek. Usiadła w fotelu.

Telefon zabrzęczał. Wiadomość od mamy: Córeczko, jak urodziny Piotra? Zadowolony?

Mariola odpisała: Były idealne, mamo. Najlepszy dzień w jego życiu. I pierwszy dzień mojego nowego życia.

Jutro zmieni zamki. W poniedziałek złoży pozew o rozwód. Łatwo nie będzie, będzie krzyk, podział widelców, może wyzwiska. Ale to już nieważne. Teraz, po raz pierwszy od lat, zjadła kolację nie w samotności. Ale z samą sobą mądrą, silną, wolną kobietą, którą wreszcie zaczęła szanować.

Idź do oryginalnego materiału