Zostać sama po pięćdziesiątce – historia Natalii, która po zdradach męża i trzydziestu latach małżeństwa decyduje się na rozwód i nowe życie, odkrywając swoje szczęście wśród dzieci i wnuków w polskiej codzienności

twojacena.pl 2 godzin temu

Zostać samej po pięćdziesiątce

Tęsknię za tobą, kocie. Kiedy znowu się zobaczymy?

Jadwiga ciężko usiadła na brzegu łóżka, trzymając w ręku telefon męża. Stanisław zapomniał go na nocnej szafce. Ekran rozświetlił się niespodziewanie, gdy przyszła nowa wiadomość. Imię w czacie było nieznane. Kobiece. Jadwiga przewijała korespondencję, a z każdą linijką czytanych słów trzydzieści wspólnych lat rozpadało się, jak domek z kart.
Czułości. Zdjęcia. Plany na weekend, wtedy gdy Stanisław rzekomo jeździł na mazury z kolegami na ryby.

Odłożyła ostrożnie telefon i przez chwilę siedziała tak, wpatrzona w pustkę. Na kuchni tykał zegar, zza ściany sąsiedzi oglądali telewizję, a Jadwiga wiedziała już, co się wydarzy. Każde słowo, każdy gest. Już to przecież przeżyła. Dwa razy.

Stanisław wrócił tego dnia do domu tuż przed północą. Zmęczony i rozdrażniony, porzucił torbę w przedpokoju i ruszył do kuchni, gdzie Jadwiga właśnie parzyła sobie herbatę.

Cześć, Jadzia. Coś do przegryzienia jest?

Bezgłośnie podsunęła mu na stół jego telefon, ekranem do góry. Stanisław sięgnął po niego odruchowo i dopiero po chwili dotarło do niego, co się stało. Twarz mu się zmieniła natychmiast.

Jadzia, ja…
choćby nie próbuj mówić, iż to służbowa korespondencja Jadwiga odwróciła się do kuchenki. Proszę cię… Przynajmniej tym razem.

Zamilkł, usiadł przy stole i potarł czoło. Jadwiga w końcu popatrzyła na niego, oparta o blat kuchenny.

Kim ona jest?
Nikim. Głupota… Stanisław się jąkał, wlepiając wzrok w podłogę. Po prostu… poniosło mnie. Tak wyszło, naprawdę nic ważnego.
Głupota powtórzyła Jadwiga. Rozumiem.

…Dwa dni później wrócił z wielkim bukietem czerwonych róż. Drogich, owiniętych w papier. Położył je na stole, a Jadwiga zauważyła, jak trzęsą mu się palce.

Jadwiga, musimy porozmawiać. Tak normalnie.

Nalała sobie szklankę wody, usiadła naprzeciwko.

Mów.
No bo… ja wszystko rozumiem. Wiem, iż zawiniłem. Trzeci raz, wiem, iż tak myślisz. Ale tyle lat razem… Rodzina, dzieci już na swoim. Naprawdę to wszystko nic nie znaczy?

Miała spuszczoną głowę, kręciła szklanką w dłoni.

Przysięgam, iż to ostatni raz. Nie wiem, jak to się stało, ale kocham cię naprawdę Stanisław próbował chwycić jej dłoń, ale odsunęła ją ze stołu. Jadzia, gdzie ty pójdziesz? W twoim wieku, po pięćdziesiątce zostaniesz sama… Po co ci to? Dajmy sobie spokój, zacznijmy jeszcze raz.

Spojrzała na róże, na męża, na obrączkę na jego palcu. Pamiętała te same słowa dwa lata wcześniej. I cztery lata wcześniej. Zawsze wierzyła, iż tym razem to już ostatni raz.

Zastanowię się odpowiedziała w końcu, by skończyć rozmowę.

Kolejne tygodnie stały się dziwnym współistnieniem. Stanisław się starał. Był wcześniej w domu, pomagał, był uważny. Ale Jadwiga zaczęła przecież dostrzegać drobiazgi. Jak odruchowo kładł telefon ekranem do stołu, gdy wchodziła do pokoju. Jak drżał, gdy tylko usłyszał powiadomienie. Jak zatrzymywał wzrok na młodych kasjerkach w Biedronce dłużej, niż powinien.

Co tam wypatrujesz? spytała kiedyś, podczas kolejki przy kasie.
Ja? Nic… Stanisław odwrócił się za szybko. Chodź, bo auto stygnie.

Z czasem znów zaczął się drażnić. Reagował opryskliwie, gdy wchodziła do pokoju, a on siedział z telefonem. Korespondencja pewnie trwała, tylko iż teraz lepiej ją ukrywał. Jadwiga już nie sprawdzała. Wiedziała swoje.

Noce spędzała w ciemności, wsłuchując się w spokojny oddech męża i rozmyślała nie o nim, ale o sobie. Co ją trzyma w tym małżeństwie? Miłość? Nie pamiętała już, kiedy była naprawdę szczęśliwa przy Stanisławie. Przyzwyczajenie? Trzy dekady wspólnej codzienności, dzieci. Strach? Tak, głównie strach. Miała czterdzieści osiem lat. Cóż ona zrobi sama?

Pewnego wieczoru wykręciła numer córki. Zofia odebrała po trzecim sygnale.

Mamusiu? Stało się coś?
Nie, nic takiego… Jadwiga zamknęła oczy. Zosiu, możemy poważnie pogadać?
Oczywiście. Co się dzieje?

Opowiedziała. O wiadomościach. O tym, iż to trzeci raz. O różach. O tym, iż nie wie, co dalej.

Zofia słuchała spokojnie, ani razu nie przerwała.

Mamo, a co ty byś chciała?
Nie wiem odpowiedziała szczerze Jadwiga. Naprawdę nie wiem.
To zapamiętaj jedno: nie musisz tego znosić. Nic mu nie jesteś winna. Trzydzieści lat? To nie powód, by ciągle znosić jego zdrady.
Ale gdzie ja…
Do mnie przerwała Zofia. Mam wolny pokój. Pomieszkasz, odpoczniesz, znajdziesz pracę. Jesteś księgową, takich szukają zawsze. Znajdziemy ci kawalerkę. To nie koniec życia, tylko początek w innym mieście, jeżeli zechcesz.

Jadwiga milczała, mocno przytulając telefon do ucha.

Przemyśl to, mamo dodała Zofia. Zawsze będę z tobą.

Nie naciskała na decyzję. Mówiła, iż w sąsiednim bloku jest do wynajęcia niedroga jedynka, właścicielka porządna. Wnuki cieszyłyby się, widząc babcię na co dzień, a nie tylko świątecznie. A w lokalnej przychodni szukają do księgowości ktoś z doświadczeniem się przyda.

Mamo, zasługujesz na normalne życie. Bez upokorzeń.

Słuchając Zofii, Jadwiga poczuła coś dziwnego. Pierwszy raz od lat ktoś jej mówił, iż ma prawo do szczęścia, nie do znoszenia, nie do przebaczania na siłę, nie do bronienia rodziny za wszelką cenę. Do szczęścia.

Rozmowę ze Stanisławem odwlekała trzy dni. Zbierała się w sobie, układała w głowie zdania, budziła w nocy z bijącym sercem. W końcu powiedziała przy śniadaniu, pomiędzy jajecznicą a kawą:

Składam pozew o rozwód.

Stanisław zamarł z filiżanką w dłoni. Patrzył na żonę, jakby mówiła do niego po fińsku.

Co? Jadzia, serio?
Całkiem poważnie.
Daj spokój odstawił filiżankę, zaśmiał się. Pokłóciliśmy się, zdarza się. Od razu rozwód?
To nie kłótnia, Stanisław. To trzecia zdrada w pięć lat. Mam dość.
Ona ma dość… uśmiech znikł. A ja, co? Myślisz, iż ze mną łatwo wytrzymać trzydzieści lat?

Nie odpowiedziała. Dopiła herbatę, wstała od stołu.

Zaczekaj! zagrodził jej drogę. Co ty wyprawiasz? Gdzie się wybierasz? Kto cię przygarnie?
Ja sama.
Sama! Zaśmiał się, ale to był już gorzki śmiech. Widziałaś się w lustrze? Prawie pięćdziesiąt! Myślisz, chętni w kolejce już stoją?
Nie potrzebuję kolejki.
Czego ci zatem potrzeba? Stanisław zbliżył się, zawisł nad nią. Przecież cię utrzymywałem, dbałem o dom, miałem zapewnić bezpieczeństwo. A ty? Robiłaś coś, żeby chciało mi się wracać?

Jadwiga popatrzyła na niego z dołu. Na jego czerwone policzki, pulsującą żyłę na skroni, słomianą pianę w kącikach ust.

To moja wina, iż zdradzałeś?
A czyja? Popatrz na siebie! Szlafrok, kapcie, twoje żury i rosół. Nuda, aż boli! Ani porozmawiać, ani… urwał i machnął ręką. Sama do tego doprowadziłaś. A teraz się puszysz.

Odsunęła się o krok. Przez pięć lat szukała w nim skruchy, czekała na cierpliwość, na poczucie winy. Nigdy nie przyszło. Stanisław złościł się nie dlatego, iż ją tracił. Było mu źle, iż tracił wygodne życie. Uprasowane koszule, gorące obiady, posprzątane mieszkanie.

Wiesz co powiedziała cicho dziękuję ci.
Za co niby?
Za tę rozmowę. Miałam wątpliwości, już nie mam.

Wyminęła go i wyszła z kuchni. Stanisław krzyczał jeszcze o niewdzięczności, zmarnowanych latach i tym, iż pożałuje. Nie słuchała. Pakowała rzeczy.

…Miesiąc później stała wśród pudełek w maleńkiej kawalerce na trzecim piętrze, dwie przystanki od bloku Zofii. Za ścianą warczała lodówka, pachniało świeżą farbą i jabłkami. W korytarzu piętrzyły się jej rzeczy. Nowe życie. Było strasznie, dziwnie, obco. Ale Jadwiga zauważyła, iż oddycha wreszcie pełną piersią.

Wnuki przybiegły tego samego wieczoru. Pięcioletnia Marysia ze znawstwem obejrzała mieszkanie i oznajmiła, iż brakuje tu kota. Ośmioletni Adaś przytachał swój stary koc, żeby babci nie było zimno. Zofia wniosła gar z zupą i butelkę szampana.

Za nowe mieszkanie, mamo.

Jadwiga się śmiała. Boże, ile lat tak się nie śmiała? Bez obawy, bez strachu, iż Stanisław zacznie narzekać na hałas.

…Po pół roku do miasta sprowadził się syn Maciej z żoną i rocznym synkiem. Znalazł pracę, wynajęli mieszkanie niedaleko. Niedzielne obiady u Jadwigi stały się tradycją ciasna kuchnia, gwar rozmów, dzieci biegające pod nogami, Zofia kłócąca się z bratem o politykę.

Jadwiga stała przy kuchence, mieszając sos, i myślała, iż samotność, której tak się bała, była tylko wyobrażeniem. To strach trzymał ją zamkniętą przez trzydzieści lat w klatce. Prawdziwa rodzina była tu. Ta, która kochała ją po prostu za to, iż jest. Gdzie doceniano obecność, nie usługi.

Stanisław czasem dzwonił. Prosił, żeby wróciła. Twierdził, iż już wszystko zrozumiał, zmienił się. Jadwiga słuchała, uprzejmie odpowiadała, iż cieszy się z jego przemiany, i odkładała słuchawkę. Bez złości, bez żalu. Ten człowiek nie miał już z jej życiem nic wspólnego.
Marysia pociągnęła ją za spódnicę:

Babciu, pójdziemy jutro do parku? Kaczki wróciły!
Oczywiście.

Jadwiga uśmiechnęła się. Życie znowu nabierało sensu.

Idź do oryginalnego materiału