Zwykłe planowanie letniego urlopu przerodziło się w dramat, którego nigdy się nie spodziewałem. Ja i moja żona, nasz ukochany, niezawodny SUV, ponad tysiąc kilometrów w jedną stronę i ta dobrze znana ekscytacja przed podróżą. Uwielbiamy jeździć samochodem: wolność wyboru, serce wyznacza tempo, można się zatrzymać, gdzie tylko dusza zapragnie bez rozkładów jazdy, płaczących dzieci za ścianą i nieustannych przesuwanych lotów.
Niestety, tym razem popełniłem błąd powiedziałem za dużo podczas spotkania w większym gronie.
Przy stole, wśród różnych znajomych, zdradziłem mimochodem, iż za dwa tygodnie ruszamy na południe, oczywiście własnym autem.
O, w jakich dniach jedziecie? zapaliła się para naprzeciwko.
To był Kamil i Jagoda. Nie byliśmy bliskimi przyjaciółmi czasem tylko wpadało się na siebie w tym samym towarzystwie.
Piętnastego rano ruszamy odpowiedziałem nieświadomie.
To prawie tak samo jak my! od razu podchwycił Kamil, odkładając widelec. Urlop mamy od szesnastego, chcieliśmy pojechać pociągiem, ale nie ma miejsc, same kuszetki przy toalecie. Możemy dołączyć do was? Koszt paliwa dzielimy na pół, raźniej się jedzie, bezkonfliktowi jesteśmy!
Spojrzałem na żonę. Jej spojrzenie było jasne: zdecydowane nie. Zacząłem więc tłumaczyć, iż auto zapakowane na full, a my podróżujemy powoli, często się zatrzymujemy.
Daj spokój, jeden wspólny bagaż i to wszystko! nie ustępował Kamil. choćby lepiej dla portfela paliwo teraz kosztuje tyle, co złoto. Oszczędzamy na pół, pomożecie nam bardzo. Przecież nie jesteśmy obcy.
Niestety, przystaliśmy na to argument o oszczędności zdecydował, a poza tym… Odmówić wprost było mi po prostu głupio. Ta nasza miękkość kosztowała nas dwutygodniowy koszmar.
Chcesz mieć spokój, nie rób nikomu przysług
Umówiliśmy się pod blokiem na piątą rano. Jak zwykle, z punktualną żoną spakowaliśmy bagażnik: nasze walizki, trochę wody, narzędzia, koc, niezbędniki. Kamil z Jagodą… spóźnili się ponad czterdzieści minut.
Taksówka coś długo jechała rzuciła bez cienia skruchy Jagoda, wlokąc za sobą walizę większą niż nasza lodówka i kilka siatek z przekąskami.
Umawialiśmy się na jedną walizkę, nie wytrzymałem.
No przecież ona jest kobietą, musi się przebierać! zaśmiał się Kamil.
Musieliśmy przekładać rzeczy, żeby upchnąć ich cały majdan do bagażnika.
Po godzinie zaczął się armagedon. Jagodzie zrobiło się duszno klimatyzacja na maxa; po dziesięciu minutach Kamil marzł. Moja muzyka im nie pasowała. Potem istny festiwal: przystanek na toaletę, przystanek po kawę, przystanek, bo nogi zdrętwiały, przerwa na papierosa…
Mój idealnie ułożony plan przejazdu, by zdążyć przed korkami, posypał się. Nie był to już road trip, tylko objazdowy bus szkolny.
Kulminacja stacja benzynowa.
Nalewam pełny bak, kwota 350 zł. Wracam do auta Kamil siedzi i wcina hot-doga.
Dzielimy się? pytam, oczekując przelewu.
E tam, później, na koniec się rozliczymy, żeby nie rozdrabniać się na drobiazgi, machnął ręką.
Poczułem lekką irytację, ale żona szepnęła: Daj spokój, przyjedziemy, rozliczą się. Zapłaciłem też za wszystkie odcinki płatnych autostrad nikt choćby nie spytał, ile wyszło.
Całą drogę jedli własne kanapki, okruszki sypały się na siedzenia. Na moją prośbę o ostrożność reagowali uśmiechem:
Co tam, posprzątasz przecież, to tylko samochód!
Do celu dotarliśmy o pierwszej w nocy wykończeni bardziej towarzystwem niż samą jazdą.
Przecież tylko z wami jechaliśmy
Rano, po śniadaniu, spotkaliśmy się w kuchni w pensjonacie. Wyjąłem notes z zapisanymi wydatkami.
Więc tak zacząłem spokojnie. Paliwo 1200 zł, autostrady 250 zł, razem 1450 zł, pół na pół, wasza część to 725 zł.
Kamil zakrztusił się herbatą, a Jagoda rozszerzyła oczy.
Jak to siedemset? Serio? zapytała.
Dokładnie tak. Tak się umawialiśmy: koszty dzielimy odparłem stanowczo.
Kamil odstawił kubek i rzucił:
Ty i tak byś jechał, niezależnie od nas! I tak wydałbyś te pieniądze. Auto twoje, paliwo i tak zatankowałeś. My tylko zajęliśmy wolne miejsca.
Chyba żartujesz, zaczynałem się gotować. Umawialiśmy się jasno. Zniosłem niewygody, woziłem wasze rzeczy, przerywaliśmy trasę pod wasze zachcianki. Sprawiedliwie, jeżeli pokryjecie część kosztów.
Co za niewygody? Było super, zachichotała Jagoda. Myśleliśmy, iż to po koleżeńsku. Wcześniej powiedziałbyś, to byśmy kogoś tańszego znaleźli.
Inny kierowca wyrzuciłby was po drodze za te okruchy i wieczne narzekania nie wytrzymała już moja żona.
Kamil westchnął:
Dobra, najwyżej damy symbolicznie tysiąc, tysiąc pięćset, ale połowy płacić nie będziemy to absurd! Mamy wyliczony budżet!
Wstałem. Nie trzeba pieniędzy, potraktujcie, jakbym was zaprosił. Ale wracacie już na własną rękę.
Co?! Kamil poderwał się z krzesła. Przecież nie mamy biletów! Umawialiśmy się w obie strony!
Umawialiśmy się na równą opłatę. Warunków nie dotrzymaliście. Powodzenia na urlopie!
Wakacje oddzielne. Droga powrotna czysta przyjemność
Kolejne dziesięć dni widywaliśmy się może dwa razy, mijając się na plaży demonstracyjnie odwracali głowy.
Przed samym powrotem przyszedł sms od Kamila: Dobra, dajmy po 300 zł w dwie strony. Jedźmy razem, nie ma biletów, a Jagoda źle znosi autobus.
Nie odpowiedziałem.
Spakowaliśmy się spokojnie, sprawdziłem olej i płyny, wyjechaliśmy o świcie. Droga powrotna własna muzyka, przystanki kiedy chcemy, cisza i spokój, których brakowało pracowicie zapamiętałem.
Od znajomych później dowiedziałem się, jak złym człowiekiem się stałem. Że porzuciłem przyjaciół na obczyźnie przez kilka stówek. Kamil z Jagodą tułali się po autobusach, ponieśli większe wydatki i teraz z zapałem robią ze mnie czarną owcę.
Zyskałem dużą lekcję na przyszłość. Dziś, gdy ktoś pyta: A jedziecie gdzieś? Podrzucicie? grzecznie, ale stanowczo odpowiadam: Przykro mi, jeździmy tylko we dwoje.Czasem największym luksusem wakacji jest brak zbędnych pasażerów nie tylko na tylnej kanapie, ale też w życiu. Po powrocie z tamtej wyboistej podróży staliśmy się z żoną jeszcze bardziej zgranym zespołem. Śmialiśmy się, wspominając katalog atrakcji, jakie zafundowali nam nasi niedoszli przyjaciele, i wiedzieliśmy jedno: już nigdy więcej takich kompromisów.
Następnego roku, pakując się na kolejną wyprawę, obstawiłem drzwi mieszkania turystycznym magnesem z napisem Brak miejsc!. To była nasza deklaracja, nasz znak wolności i doświadczenia. I choć czasem, jadąc przez górskie serpentyny lub odludne drogi, powracały wspomnienia tych oszczędnościowych współtowarzyszy, zawsze kończyliśmy je salwą śmiechu.
Bo czasem, by odetchnąć naprawdę pełną piersią, wystarczy wpuścić do samochodu tylko te osoby, z którymi nie trzeba dzielić ani kosztów, ani cierpliwości tylko euforia z jazdy i ciszę, która sama gra ulubioną muzykę.













