Zmieniam zdanie o ślubie Archip do późna przesiadywał w laboratorium, przelewając płyny z probówki …

polregion.pl 6 godzin temu

Zmieniłem zdanie o ślubie

Arkadiusz pracował do późna w laboratorium, cały czas przelewając jakieś płyny z probówki do probówki i testując różne proszki.

Wierzył, iż jego żmudna praca niedługo przyniesie efekty i wreszcie będzie mógł zaprezentować światu swój produkt otrzymany z korzeni rzadkiej rośliny.

Zapał, z jakim czterdziestoletni naukowiec oddawał się swoim badaniom, sprawiał, iż zupełnie nie zauważał zainteresowanego spojrzenia młodziutkiej sprzątaczki Zuzanny, która dopiero niedawno zaczęła pracę w instytucie.

Arkadiusz, pochłonięty marzeniami o zbliżającym się sukcesie, nie widział nawet, jak Zuzanna całymi godzinami przystaje w jego gabinecie, opierając się o mop i gapiąc się na jego plecy.

W końcu któregoś wieczoru dziewczyna zdobyła się na odwagę i powiedziała:

Panie Arkadiuszu, tak siedzicie tu od samego rana. Może napijemy się herbaty? Przyniosłam przez przypadek mój czajnik elektryczny i domowe kiełbaski.

Gdy tylko wspomniała o kiełbaskach, mężczyzna podniósł się zza biurka.

Herbata brzmi dobrze, a z kiełbaskami, mówicie? Grzechem byłoby odmówić.

Uradowana Zuzanna drżącymi rękoma zaczęła szukać w swoim plecaku najpierw wyciągnęła czajnik, a potem plastikowe pudełko z jedzeniem.

Wczoraj mama przywiozła mi z wsi mięso, więc zrobiłam kiełbaski z boczkiem i upiekłam.

Iście się, Zuzia postawiła pudełko na stole.

No, no, mruknął Arkadiusz, wyciągając z kieszeni fartucha okulary i zakładając je znów na nos.

Podczas gdy woda zagotowała się w czajniku, mężczyzna skrupulatnie obejrzał pudełko.

Przepraszam, a jak długo ten pojemnik z jedzeniem leżał w pani plecaku?

Zuzanna niepewnie wzruszyła ramionami.

Chyba od rana Czemu pytacie?

Hm. Czy pokrywka była szczelnie zamknięta?

Tak przestraszyła się dziewczyna, przecież nie powinno się zepsuć. Szatnia była chłodna, sezon grzewczy się jeszcze nie zaczął.

Arkadiusz walczył z własnymi wątpliwościami.

Rozumiem W takim razie wypijmy herbatę. Samą herbatę. Jedzenie proszę zabrać do domu.

Zuzanna, która pół wczorajszego wieczoru spędziła na robieniu domowych kiełbasek, zirytowana odebrała mu pudełko.

Arkadiusz zorientował się po zmarszczonych brwiach, jaki ma zamiar.

Proszę, nie otwierajcie! krzyknął gwałtownie, cofając się i zakrywając nos chusteczką.

Jednak Zuzanna otworzyła pechowy pojemnik, pociągnęła nosem i oznajmiła:

Pachnie normalnie! Miastowym to się wydaje, iż wszystko na wsi śmierdzi. Nie chcecie spróbować, nie musicie. Sama zjem.

Postawiła pudełko ze stukiem na stole i zaczęła nalewać herbatę do kubków.

Arkadiusz podszedł nieśmiało do stołu. Gorąca herbata rozgrzewała go od środka, poprawiając mu humor. Kątem oka spojrzał na dziewczynę zajadającą się kiełbasą.

Wołowina? zapytał.

Hmhmm, kiwnęła głową Zuzanna.

Wygląda apetycznie. I pachnie dobrze.

Arkadiuszowi napłynęła ślinka do ust. Jak tu się oprzeć?

Teoretycznie temperatura w szatni nie powinna przekroczyć dwudziestu dwóch stopni, więc żadne mikroorganizmy…

Zuzanna odwróciła się do niego.

Co? przerwała mu w pół słowa.

Arkadiusz zauważył, iż po jej okrągłym podbródku spływa kropelka tłuszczu, a na nosie błyszczy się jeszcze jedna.

W głowie Arkadiusza kłębiły się myśli:

Pewnie smakuje super… Ehh, po co tyle gadałem?
Ale nie, muszę być rozsądny. Przechowywane nie wiadomo jak mięso, bez kontroli sanepidu… I chyba za bardzo się przejmuje, widać iż dziewczyna nie jest specjalnie rozgarnięta, wątpię żeby martwiła się o przechowywanie.

Tak przekonując sam siebie, Arkadiusz pił herbatę bez cukru, czując jak w brzuchu zaczyna mu burczeć.

Wtedy stało się coś niewiarygodnego. Jakaś dziwna siła popchnęła jego dłoń po jedzenie. Delikatna skórka kiełbaski pękła mu w zębach.

Mmm, rewelacja. Kto to robił?..

Mówiłam, iż ja, zarumieniła się Zuzanna.

Arkadiusz jadł i jadł, zamykając oczy z rozkoszy.

Brak mi słów.

Zuzia ucieszyła się, wytarła usta i łzy podołem fartucha.

No, jednak dał się pan namówić! Ja gotuję od dziecka, wiem co dobre.

***

W ramach podziękowania za kolację, Arkadiusz zaproponował, iż odprowadzi Zuzannę na przystanek autobusowy.

Rozgadali się po drodze. I okazało się, iż Zuzanna ma zaledwie dwadzieścia trzy lata.

Bardzo młoda.

Mógłby być jej ojcem. Stali na przystanku jeszcze dobre dziesięć minut, czekając na autobus.

Przyniosę jutro własne ciastka, uśmiechnęła się dziewczyna. Sama piekę. Jakie pan lubi z marchewką czy z twarogiem?

Wszystkie, odpowiedział.

To przyniosę oba rodzaje.

Niesamowite, ale Arkadiusz naprawdę zaczął niecierpliwie czekać na kolejny dzień.

Zapomniał choćby o swoich obliczeniach i wzorach. I noc mu się przyśniła szalenie zawstydzająca: śniło mu się, jak Zuzia zrzuca koszulę z ramienia…

Obudził się z rozpalonymi policzkami.

No coś ty, Arkadiuszu. Czterdzieści lat żyjesz, i co? Kobiety ci się przyśniły!

Część 2

Przed spotkaniem z przyszłymi teściami Arkadiusz oczywiście się denerwował. Gdy jechali taksówką po wyboistej drodze, zaczął gładzić rzadkie włosy, starając się zakryć zakola.

Poprzedniego wieczoru Zuzia, trzymając głowę Arkadiusza na kolanach, powyciągała mu pęsetą wszystkie siwe włosy.

Arkadiusz starannie się ogolił, założył świeży garnitur, krawat i użył perfum.

Zuzanna przytuliła się do niego jak kotka:

Spodobasz się im, pocieszała go. Mama jest wyrozumiała, a ojczym zawsze ze wszystkim się zgadza.

Ile lat ma twoja mama?

Czterdzieści pięć.

A ja mam już czterdzieści… Myślisz, iż mnie zaakceptuje?

Oj głupku, a co jej zostanie? Jakby co, powiem iż jestem z tobą w ciąży.

Nie zaczynajmy wspólnego życia od takich numerów, przestraszył się Arkadiusz.

W końcu dotarli na miejsce. Arkadiusz wysiadł i natychmiast złapał się za czapkę, bo wiatr próbował mu ją zerwać z głowy.

Była zima. W miasteczku, gdzie mieszkał, nie widział takich zasp jak tutaj.

Gdy się rozglądał, Zuzanna zapłaciła kierowcy, wzięła swoje i jego torby, i ruszyła do domu.

Arkadiusz widział takie domy tylko na obrazkach. Stary, z pochylonym dachem z falistego eternitu, piec z kominem, a na czubku obrócony żeliwny garnek.

Skrzypiące drzwi, podłogi przykryte własnoręcznymi chodniczkami, krzywe ściany wysmarowane grubą warstwą wapna.

Boże, co za rudera, jak można w czymś takim mieszkać? pomyślał.

Wciąż miał nadzieję, iż to może domek gościnny albo altana. Przecież takim domkiem wiatr może zaraz odfrunąć…

Ale kiedy Zuzia szepnęła, żeby się rozebrał i wprowadziła go do jedynego małego pokoiku, zrozumiał, iż nie żartuje.

W środku stała kobieta w flanelowym szlafroku.

Dobry wieczór, mamo. To Arkadiusz, mój narzeczony. Wspominałam ci przez telefon.

Od kobiety biło chłodem.

Dobry wieczór, powiedziała, przeszywając go wzrokiem.

Ton jej głosu nie wróżył niczego dobrego.

Żartujesz chyba, córko. Ile wy macie lat?

Arkadiusz zdenerwował się.

Nazywam się Arkadiusz, pracuję z pani córką

Ile ma pan lat?! huknęła kobieta.

Czterdzieści.

A moja córka ma dwadzieścia trzy! Jest pan o całe pokolenie starszy!

No, ale pokochałem Zuzię, nie skrzywdzę jej. Mam mieszkanie, dobrą pracę, dom pod miastem.

Ale samochodu pan nie ma!

Bo mam słaby wzrok, nie mogę prowadzić, ale mogę kupić samochód i nauczyć Zuzię jeździć…

Nic z tego! znów wrzasnęła matka. Zrobilibyście ze mnie służącą!

Ależ błagam! Chcę się ożenić z pańską córką, ślub w kościele, dzieci… Ze mną będzie szczęśliwa!

Zza pieca wyszła uśmiechnięta twarz mężczyzny około trzydziestki.

Dobry wieczór, miło poznać powiedział ojczym.

Wyglądał świetnie: szczupły, przystojny, z delikatną twarzą i ciemnymi lokami.

Andrzej, nie mizdrz się tu! Nie oddam córki staremu kawalerowi!

Zuzia zszokowana:

Mamo! Jak możesz tak do gościa?! Idę z nim.

Nie wypuszczę!

Wywiązała się niezła awantura domowa. Arkadiusz aż zaczął się wycofywać.

Zuzia, przepraszam. W takim razie żegnajmy się. Nie mogę iść przeciwko twojej matce.

A ona ma prawo się nade mną znęcać?! zakrzyczała Zuzia. Sama w domu kochanka trzyma, młodszego od siebie, a mnie wygaduje!

Zamknij się! huknęła matka.

Arkadiusz ruszył w kierunku drzwi, za nim przeleciał stołek.

Ratuj się kto może! modlił się, uciekając z domu.

Wybiegł na dwór, przeszedł się po wsi w mrozie, szukając transportu lub dworca.

Stres ściskał mu pierś.

Po co mi to było westchnął, mógłbym siedzieć w cieple, w laboratorium. Co mi przyszło do głowy

Wyjął telefon, ale w tej dziurze nie było zasięgu.

Zmęczony, wrócił pod dom, poznał go po tym żeliwnym garze na kominie.

Znów było cicho. Drzwi skrzypnęły, a Zuzia wybiegła z torbami.

Arkadiuszu, tutaj jesteś? Bałam się, iż uciekłeś.

Potrzebowałem powietrza, skłamał.

Jak matka nie chce, to odchodzę oznajmiła Zuzanna.

Arkadiusz nie odzywał się. Buty już nie grzały, podskakiwał, żeby rozgrzać stopy.

Naprawdę zaczął się zastanawiać, czy chce tej dziewczyny, zwłaszcza przy takiej rodzinie…

Matka Zuzanny wyszła na próg w kożuchu i walonkach.

Skoro mnie nie szanujesz, droga wolna. Teraz on za ciebie odpowiada.

Wolę z nim, niż z wami odparła stanowczo Zuzia. Mama, wywołaj nam choć taksówkę.

Teraz sami sobie radźcie!

Zuzanna westchnęła i poprosiła Arkadiusza o pomoc.

Tu nie ma zasięgu. Poproś sąsiadów zaproponował Arkadiusz, już napół zamarznięty.

Po raz pierwszy znalazł się w sytuacji tak żenującej. Aż go z nóg ścięło.

Co ci jest?! krzyknęła Zuzanna, co tylko pogorszyło sprawę. Arkadiusz ledwie wymamrotał:

Kręci mi się w głowie. Tu chyba życie zostawię. Chcę do domu…

Nie! Zuzia zawyła płaczliwie. Arkadiusz miał wrażenie, iż trafił do piekła.

***

Arkadiusz trzeźwiał dopiero, gdy pielęgniarka wiejska felczerka zrobiła mu zastrzyk.

Nie było żadnego cudu. Ze zdumieniem patrzył na szpary w suficie i ściany pokryte wapnem. Usiłował wstać, ale został powstrzymany:

Proszę leżeć minimum pół godziny.

Co mi jest? jęknął Arkadiusz.

Kryzys nadciśnieniowy. Nie wolno się denerwować.

Aha Dotąd się nie denerwowałem aż do dziś…

W wyobraźni znów zobaczył twarz niedoszłej teściowej:

Jeszcze i chory! szydziła.

Mamo, odsuń się! wtrąciła się Zuzanna.

Zuzia przyniosła mu gorącą herbatę i zaczęła poić go łyżeczką.

Pielęgniarka zbierała się do wyjścia. Arkadiusz poprosił:

Może może mnie pani zabrać do siebie?

Gdzie?

Na pogotowie…

Ja mieszkam w tej wsi, pracuję tu.

Zuzanna odsunęła herbatę i spojrzała mu w oczy:

Chcesz wyjeżdżać? Nie trzeba! Z mamą się dogadałyśmy. Już się pogodziła.

Arkadiusz najchętniej by został daleko od tej wsi.

To ich umowa, a ja mam własne zdanie. Jak przeżyję, uciekam stąd i omijam kobiety szerokim łukiem.

***

Arkadiusz Głowacki skończył pracę, wstał od biurka i zagadnął do laborantki:

Kończę na dziś. Prosiłem, żebyś skończyła pół godziny temu. Zamykam laboratorium.

Laborantka, skromna trzydziestodwulatka, zarumieniła się, poprawiając okulary:

Przyniosłam drożdżowy placek. Może wypijemy herbatę?

Nie! wypalił. Na pracy nie pije się herbaty! Pracujemy, a nie ucztujemy!

Przecież już po godzinach, odparła nieśmiało.

Proszę iść do domu! podniósł głos.

Dziewczyna wstała, zabrała rzeczy i wyszła.

Wariat, rzuciła na odchodne.

Arkadiusz westchnął i zamknął laboratorium na klucz.

Pośpieszył do domu. Wszedł punktualnie, równo o ósmej.

Zuzanna otworzyła drzwi, słysząc dźwięk klucza.

Dobry wieczór, panie Arkadiuszu.

Co na kolację? zapytał, nie patrząc jej w oczy.

Gęsty rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.

Wyśmienicie, jestem głodny. Zapisz ile kosztowały produkty, na koniec miesiąca dopłacę do pensji.

Zdjął płaszcz, umył ręce, wszedł do kuchni.

Zuzanna kręciła się koło stołu:

Ciągle jesteś zły na moją mamę? Przecież już ci wyjaśniła bała się, iż taki szanowany człowiek jak ty nie będzie chciał się serio ożenić. Chciała po swojemu podbić moją wartość. Głupie to, ale taki jej sposób. Ja przez cały czas cię kocham.

Arkadiusz słuchał, mieszając zupę. Jednak coś go uwierało.

Albo boisz się naszej rodzinnej burzy? Takie życie, raz się pokłócimy, raz pogodzimy Trochę przesadziliśmy, ale jakie to ma znaczenie?

Arkadiusz wstał, objął Zuzię i wyprowadził ją najpierw do przedpokoju, potem do drzwi, podając jej wszystkie rzeczy.

Już późno, idź do domu. Jutro nie musisz przychodzić, odgrzeję sobie pierogi. Pojutrze cię znów zapraszam.

Zamknął drzwi przed zapłakaną Zuzanną i wrócił do kuchni jeść.

***

Czasem to, co wydaje się być wielką szansą na zmianę życia, w rzeczywistości uczy nas, iż warto nie gubić się w cudzych oczekiwaniach i marzeniach. Arkadiusz zrozumiał, iż szczęście to nie spektakularna rewolucja czy związek na siłę, ale spokój z samym sobą, własne pasje i umiejętność mówienia nie, gdy serce podpowiada inaczej.

Idź do oryginalnego materiału