Nazywam się Zofia Kruk, mam sześćdziesiąt trzy lata i przez dwadzieścia dwa lata pływałam jako radiotelegrafistka na promach kursujących między Gdynią a Świnoujściem. Tę historię znam nie z gazet, tylko z ust człowieka, który przeżył — poznałam go w dwa tysiące pierwszym roku na kursie bezpieczeństwa morskiego w Gdyni, kiedy miał już osiemdziesiąt lat i ręce mu się trzęsły, kiedy trzymał kubek z herbatą.
Nazywał się Tadeusz Wardęga i był w styczniu tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego trzeciego roku dwudziestoletnim marynarzem na statku transportowym, który wiózł żołnierzy i sprzęt wzdłuż wybrzeża, z Gdańska na zachód, przez cieśniny, gdzie tamtej zimy lód dochodził do samego brzegu. Powiedział mi, iż tamtej nocy termometr na mostku pokazywał minus jedenaście stopni, a wiatr wiał z prędkością dochodzącą do stu kilometrów na godzinę. O drugiej trzydzieści nad ranem statek uderzył w minę pozostałą po wojnie — takich rzeczy w Bałtyku wtedy nie brakowało. Kadłub pękł na dziobie, a woda była tak zimna, iż człowiek tracił przytomność po czterech minutach.
Na pokładzie płynęło czterech kapelanów wojskowych, wysłanych do różnych jednostek: ksiądz katolicki Roman Sielski, pastor ewangelicki Karol Lange, i dwóch duchownych prawosławnych — ojciec Grzegorz Wołyniec i diakon Paweł Rusin. Tadeusz mówił, iż nigdy wcześniej nie widział, żeby ci czterej razem jedli w mesie — siadali osobno, każdy przy swoim stoliku, bo tak było przyjęte. A tamtej nocy, kiedy okręt zaczął się przechylać, wszyscy czterej stanęli razem przy klapie luku i rozdawali kamizelki ratunkowe.
Zapasu nie starczyło. Tadeusz widział, jak każdy z nich zdejmuje swoją kamizelkę i wkłada ją młodemu chłopakowi, który krzyczał, iż nie umie pływać. Sam Tadeusz dostał kamizelkę od diakona Rusina — pamiętał, iż ten miał zmarznięte, spękane palce i mówił coś po cichu, chyba modlitwę, kiedy zapinał mu sprzączki.
Statek szedł pod wodę dwadzieścia minut. Tadeusz zdążył wskoczyć do szalupy razem z jedenastoma innymi. Z wody widział jeszcze, jak ci czterej stoją przy relingu, objęci ramionami, i śpiewają — nie modlą się cicho, tylko śpiewają, każdy w swoim języku liturgicznym, i te głosy niosły się nad wodą mimo wiatru. Powiedział mi, iż przez te wszystkie lata nie potrafił zapomnieć, jak bardzo te głosy nie pasowały do tego, co się działo dookoła — spokojne, wyraźne, podczas gdy wokół ludzie krzyczeli i tonęli.
Z trzystu dwudziestu ludzi na pokładzie przeżyło sto czterdzieści. Kapelani zginęli wszyscy czterej.
Kiedy Tadeusz to opowiadał, na stole między nami stała szklanka herbaty w metalowym koszyczku — takiej, jaką się piło w PKP — i za oknem sali szkoleniowej mewy krążyły nad nabrzeżem, bo akurat ktoś na kutrze czyścił rybę. Zapytałam go wtedy, dlaczego wraca do tej historii po tylu latach, skoro choćby nie zna nazwisk rodzin tamtych czterech. Odpowiedział, iż raz w roku, trzeciego lutego, chodzi na mszę do kościoła garnizonowego w Gdyni, mimo iż sam nie jest szczególnie wierzący, i zapala cztery świece — jedną za każdego, mimo iż dwie religie się nie zgadzają co do tego, jak świece stawiać.
Nie wiem, co się stało z rodzinami tych kapelanów, bo Tadeusz też tego nie wiedział — mówił, iż w tamtych czasach nikt specjalnie nie pytał, kto po kim zostaje. Wiem tylko jedno: kiedy skończył opowiadać, odstawił kubek na spodek tak ostrożnie, jakby się bał go stłuc, i przez chwilę nikt z sali nie odezwał się ani słowem, chociaż siedziało nas tam ze dwudziestu, wszyscy po kursie na patenty morskie, ludzie, którzy zwykle nie mieli w zwyczaju milczeć dłużej niż parę sekund.







![Dolny Śląsk: Tajemnicza kolia z 42 zębów. Archeolodzy odkryli ją w kurhanie sprzed około 5 tys. lat [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/08/UMS.jpg)





