Zimowa herbatka u Różyckiego

twojacena.pl 9 godzin temu

Pierwszego dnia lutego miałam popołudniową zmianę w kawiarni „Truskawkowa Polana”. Tak się składa, iż stoję za ladą już dwadzieścia dwa lata i przez ten czas widziałam w tym lokalu więcej rozwodów, niż niejeden adwokat. Może dlatego, iż u nas ciasno, ciepło, pachnie goframi i każdy w końcu zaczyna mówić o tym, o czym milczał w domu.

Tego dnia śnieg sypał tak gęsto, iż zza szyby nie było widać przystanku tramwajowego na Długiej. Do środka wszedł starszy pan w kaszkiecie z filcem do granatowej kurtki. Pan Florian Zarzycki — kompozytor. Ale ja go znałam głównie jako człowieka, który od lat pisze muzykę do przedstawień Teatru Kamienica i przychodzi do nas na herbatę z imbirem, bo podobno żaden inny imbir w Gdańsku mu nie smakuje.

Tego popołudnia w ogóle nie tknął herbaty.

— Pani Reniu, niech mi pani powie — rzucił, zanim jeszcze zdjął rękawiczki. — Da się uratować melodię, którą ktoś celowo puszcza za szybko?

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo trzasnęły drzwi i do środka wpadł młody człowiek w rozpiętym płaszczu, bez szalika, z teczką wypchaną papierami. To był pan Szymon Dębski — reżyser odpowiedzialny za nową wersję wodewilu, nad którym Florian siedział od wiosny. Sceniczna prapremiera miała się odbyć w sobotę, a w środę wciąż trwał spór o tempo finałowego songu.

Z tego, co udało mi się złożyć z dwóch rozmów telefonicznych i jednej kłótni przy ladzie, wyglądało to tak: pan Florian napisał utwór jako powolną, dramatyczną balladę. Melodię układał podobno w sanatorium w Ciechocinku, przy otwartym oknie, przez które wpadał zapach starych tuj. A pan Szymon twierdził, iż w teatrze nikt nie wysiedzi pięciu zwrotek w żółwim tempie, bo publiczność przyszła się bawić. Więc kazał skrzypkowi grać to niemal jak oberek, a aktorkę popędzał: szybciej, głośniej, weselej.

Próby trwały w sali prób na pierwszym piętrze, więc do kawiarni docierało tylko dudnienie. Ale tego dnia, jakoś koło szesnastej, dudnienie ustało. Zeszła na dół aktorka grająca główną rolę — panna Zuzanna Lichocka. Trzydzieści pięć lat, płaszcz koloru butelkowej zieleni i zawsze nienagannie pomalowane usta. Siadła przy stoliku pod oknem i poprosiła o czarną kawę z dzbanka, ale bez cukru.

Nie znałyśmy się dobrze, ale widziałam, iż coś się w niej zmieniło. Bo zwykle zamawiała i od razu wyciągała telefon, a tego dnia tylko obracała w palcach pustą łyżeczkę, aż ta zaczęła dzwonić o spodek.

— Dali jej trzy dni — powiedział mi pan Florian, kiedy podeszłam dolać mu wrzątku. — Trzy dni na to, żeby zapomnieć wszystko, czego uczyłem ją od września.

Pan Florian sam kiedyś grał w kapeli na statkach. Znał się na rytmie, ale też na tym, jak się czuje człowiek, gdy publiczność wstaje w połowie utworu i wychodzi. Tyle iż wtedy chodziło o wesele zamiast o teatr.

— Ja napisałem ten finał nie dla oklasków — mówił. — Tylko dla jednej sceny, w której wdowa otwiera szkatułkę po mężu. Ona nie ma tańczyć. Ona ma przez chwilę nie oddychać.

Panna Zuzanna skończyła kawę, wytarła brzegi filiżanki serwetką i spojrzała na pana Floriana. Nie przez ramię, nie przelotnie. Po prostu na niego.

— Panie Florianie — odezwała się. — A gdybym tak stanęła tyłem do widowni?

Pan Szymon, który właśnie schodził z partyturą pod pachą, zatrzymał się tak nagle, iż potrącił łokciem wieszak na płaszcze. Wieszak zakolebał się, ale nie upadł.

— Co pani proponuje? — zapytał.

— To, co autor miał od początku na myśli — odpowiedziała i podała mu jakąś kartkę.

Podobno był to list od pana Floriana do niej. Nie wiem, co w nim było. Wiem tylko, iż nosiła go złożonego w cztery części, w kieszeni na piersi.

Przez kolejne dwa dni kawiarnia pękała w szwach od studentów i emerytów, ale ja nie mogłam przestać myśleć o tej sobotniej premierze. Pamiętam, jak w piątek wieczorem myłam ekspres i patrzyłam na grafiki z Jagodna, które u nas wiszą nad barem, i pomyślałam, iż taka melodia to jak stary zegar ścienny: ruszysz zbyt gwałtownie — popęka sprężyna.

Sobotni poranek był mroźny, minus dwanaście stopni. Przed teatrem stało chyba ze sto osób, a bileter w puchowej kamizelce przybijał do drzwi kartkę „spektakl wyprzedany”. Nie mam zwyczaju chodzić na premiery, bo w soboty robię inwentaryzację do dwudziestej drugiej. Ale tym razem poprosiłam szefową o wolne pół godziny wcześniej, jeszcze przed dwudziestą, i poszłam wejściem służbowym, bo znam portiera z czasów, kiedy razem robiliśmy zakupy dla kawiarni na Zaspie.

Stanęłam przy balustradzie balkonu, w przejściu, żeby nikomu nie przeszkadzać. Nie widziałam twarzy aktorki z bliska, ale widziałam jej buty. Bo w finałowej scenie grała w sznurowanych trzewikach, które stawiała na deskach tak, jakby pod spodem był lód, nie podłoga. Orkiestra zwolniła. Nad salą zapadła taka nieobecność, jaką się czuje w tramwaju, gdy nagle gaśnie silnik pośrodku torów. Nikt nie kaszlnął.

I wtedy panna Zuzanna zaśpiewała ten song. Bez popędzania. Równo z oddechem siwej kobiety, która siedziała obok mnie i ściskała w palcach zmiętą chusteczkę.

Po drugiej zwrotce zrozumiałam, iż to już nie jest piosenka o wdowie. To było o moim dziadku, który po wojnie wrócił do Tczewa i przez rok nie chciał spać w domu, tylko w szopie, między skrzynkami. O ile w ogóle śpiew może opowiadać czyjąś historię, to ta melodia zrobiła coś więcej: otworzyła we mnie coś, czego nie da się zamknąć.

Publiczność biła brawo tak, iż dzwoniły żyrandole. Ale ja patrzyłam na pana Floriana. Stało się coś, czego pewnie nikt inny nie zauważył. Wyciągnął z kieszeni program i rozłożył go na kolanach. Potem wyjął długopis i coś zapisał na marginesie. A pan Szymon podszedł do niego z wyciągniętą dłonią — pierwszy raz od września, jak mi później powiedział portier.

Po spektaklu poszłam do kawiarni dokończyć inwentaryzację. Około dwudziestej trzeciej do środka wszedł pan Florian. Zdjął kaszkiet i powiesił go na tym samym haczyku, co zwykle. Zamówił herbatę z imbirem. Tym razem wypił ją do dna.

— No i jak, pani Reniu? — zapytał.

Nie mówił o pogodzie.

— Dało się uratować — odparłam i podsunęłam mu talerzyk z cytryną, którego wcale nie potrzebował. — Tylko niech pan dopilnuje, żeby to nagrali tak, jak pan to panu Bogu w Ciechocinku podyktował.

Zaśmiał się krótko, ale nie był to śmiech wesoły. Ulgawszy, to może to słowo. Potem pokazał mi ten program. Na marginesie, przy nazwisku panny Zuzanny, dopisał cztery słowa: „Dwa razy. Tylko wolniej”.

W poniedziałek rano w kasie biletowej powiesili ogłoszenie: „Dodatkowy spektakl w czwartek — bilet normalny 110 złotych, ulgowy 75”. Do godziny jedenastej sprzedali wszystkie miejsca. A ja dosypałam do imbiru odrobinę miodu, bo pan Florian tego dnia przyszedł wcześniej niż zwykle i wyglądał na człowieka, który przez całą noc nie zmrużył oka.

Przy ladzie powiedział mi, iż dyrektor teatru podpisał zgodę na nagranie oryginalnej wersji w studio w Brzeźnie. Panna Zuzanna ma zaśpiewać jeszcze raz, tym razem z państwowym kwartetem smyczkowym. A partyturę z oberkowym tempem, tę, którą pan Szymon dopisał na czerwono, pan Florian zaniósł do introligatora. Powiedział, iż każe zszyć to wszystko w jeden plik i położyć na dnie szuflady.

Potem wyjął z kieszeni ten sam list, o który prosiła panna Zuzanna. Tylko iż teraz to były dwa listy. Oba złożone w cztery części.

— Ten drugi napisał Szymon — powiedział. — Do mnie. Żebym nie przyspieszał tego, co tylko tańczy się w środku.

Zapytałam, czy mogę mu polać jeszcze raz. Pokręcił głową i wyszedł, zostawiając na ladzie napiwek — pięć złotych i jeden stary bilet tramwajowy z 2017 roku. Znalazł go podobno w podszewce płaszcza, kiedy w sobotę szukał kluczy.

Nie wiem, czemu to zatrzymałam. Może dlatego, iż tak mało rzeczy w życiu da się uratować w tempie, które ktoś inny nam narzuca. A tu proszę: melodia, która o mało nie wyfrunęła oknem jak para z czajnika, i stary bilet, który leży teraz w moim notesie, dokładnie pod listą zakupów na niedzielę.

Idź do oryginalnego materiału