Ziemię wyprostował, Marcinie zrobił klomby kwiatowe, postawił altanę. W domu także czuło się silną m…

polregion.pl 4 godzin temu

Ziemię wyrównał. Zrobił Jagodzie rabatki na kwiaty. Altankę postawił. W domu również czuć było porządną, męską rękę. No, dobrze Jagoda wybrała sobie męża. Zdecydowanie dobrze. A do tego jeszcze Wojtek umiał pieniądze zarobić. Cały czas coś starał się Jagodzie kupować, drobiazgi wręczał.

Przecież ty mnie wcale nie kochałaś. Bez miłości za mnie wyszłaś. Teraz mnie zostawisz, jak zachorowałem

No coś ty! przytuliła go Jagoda. Najlepszy z ciebie chłop! Nigdy cię nie zostawię…

Nie mógł uwierzyć, iż to szczera prawda. Wojtkowi humor nie dopisywał.

A Jagoda przeżyła w małżeństwie dwadzieścia pięć lat i przez cały ten czas podobała się mężczyznom. W młodości miała powodzenie, ale i potem nie musiała narzekać. choćby jako dziewczyna w szkole większość chłopaków biegało za Jagodą. Choć nikt by jej nie nazwał klasyczną pięknością.

Nie rozwiodła się ze swoim mężem, chociaż był typem z niekoniecznie jasną kartą.

Nie, z Markiem wytrzymała do jego końca. Córkę wychowali, za mąż dali. Młody zięć zabrał Zosię do Włoch, teraz wysyłali zdjęcia i zapraszali w gości. Ale jakoś się nie zebrali, żeby jechać Może Jagoda jeszcze pojedzie. A Marek już nie.

Mąż Jagody zginął w wypadku samochodowym. Tak głupio… choć potem wyszło, iż pewnie mu się słabo zrobiło za kierownicą. Sercowe sprawy, spanikował i nie opanował auta.

Może zemdlał? zgadywała Jagoda.

Teraz już się nie dowiemy westchnęła przyjaciółka, Basia, lekarka. Oficjalnie: urazy wielonarządowe, nie do pogodzenia z życiem.

Jagodę zamurowało. Pomagała jej Basia, wszystko załatwiała, kogo trzeba powiadomili.

To ona zdobyła wszelkie informacje przez swoje lekarskie kanały. Marka pochowali, a Jagoda została sama w wielkim domu, który przez lata z mężem budowali.

Dla dwojga, a jak goście przyszli, to i wydawał się nie taki ogromny. Ale dla jednej osoby dla kobiety zwłaszcza wielki, wręcz przygniatający.

Dom to dom. Zawsze się przyda męska ręka

Zosia przyjechała na pożegnanie ojca. Poruszyła temat sprzedaży domu, kupienia mieszkania, przeprowadzki mamy do nich.

Never ever! zawołała Jagoda. Nie po to ten dom budowałam, żeby się go teraz pozbywać. I do tej waszej Italii to ja nie jadę. Widziałam ja te wasze Włochy

Mamo!

Oj, ciemna jesteś, Zosiu! uśmiechnęła się Jagoda przez łzy. Wygłupiam się.

No, skoro żartujesz, to nie pozostało najgorzej.

Nie było to wszystko takie proste. Ani jednoznaczne podobnie jak sam Marek. Z jednej strony był troskliwy, kochający.

Z drugiej facetem od nastroju. Jak mu się coś popsuło, to mógł Jagodzie nerwy do końca wycisnąć. Potem się kajał, przepraszał, a Jagoda łatwa w obyciu nie roztrząsała tego. Tak sobie żyli. Dwadzieścia pięć lat! Można zwariować…

Zosia pobyła i wróciła zięć zapracowany, a ona sama leciała do swojego życia. Jagoda została sama.

Ale znała siebie i wiedziała, iż długo sama nie będzie.

No i tak wyszło. Pomarudziła sobie pół roku, otarła łzy, a tu już koło niej zebrała się ekipa adoratorów.

Nawet mama Jagody swego czasu dziwiła się takiemu powodzeniu córki.

I co oni w tobie widzą? Padają trupem jak muchy! Pięknością nie jesteś, jeżeli mam być szczera… Chyba czegoś nie łapię.

Oj, mamo, ty dobra jesteś uśmiechała się Jagoda, poprawiając szminkę. Uroda to puste słowo. Baba ma błyszczeć, mieć osobowość. Charyzmę, no!

Idź już, kobieto, bo narzeczony się doczekać nie może śmiała się mama.

A jak nie, to przyjdzie następny machała lekceważąco Jagoda.

Minęło prawie trzydzieści lat od tej rozmowy, a sytuacja się niezbyt zmieniła. Kobiety dalej marudzą, iż po czterdziestce to już nie ma facetów, za mąż nie ma za kogo wyjść.

Jagoda tego problemu nie znała. Miała czterdzieści sześć lat i proszę, dwie poważne propozycje obie niezłe.

Sercem ciągnęło ją do Michała. Bardzo jej pasował i z wyglądu, i do rozmów. Przystojniak, inteligent, z którym nie wstyd się pokazać wśród ludzi.

Ale Michał był taki bardziej artysta słowa. Jagoda, owszem, ulegała jego gadaniu, ale po latach i swoim doświadczeniu wiedziała ten człowiek nie do życia. Nie do jej dużego domu.

Drugi kandydat Wojtek był taki swojski, rubaszny, konkretny chłop. Taki, co to na imprezie może wypić morze wódki (albo przynajmniej jeziorko), ale wszystko potrafi, wszędzie zaradzi, złota rączka, pogodny, z charakterem i twardym kręgosłupem. Z żoną cichy, spokojny, jak szczeniak, ale jak zajdzie potrzeba, to niebo na ziemi przeniesie. No ale damie jak Jagoda podobał się ciut mniej dziwna logika kobiet.

No bo Wojtek nie był od pięknego gadania. Trzeźwy milczek. Chyba iż wypił, wtedy mógł barwnie opowiadać, choćby kawał sypnąć, czy porozmawiać o byle czym.

Prawdę mówiąc, Wojtek rzeczywiście umiał wypić, ale następnego dnia od razu w formie. Chlust zimnej wody i z powrotem do życia. Nie gadał dużo, ale za to sensownie. I Jagoda właśnie jego wybrała.

Michał się obraził, iż jego poetyka nie spasowała i odszedł.

Jagoda wyszła za Wojtka a on był wniebowzięty jak dzieciak w sklepie z zabawkami. Na weselu przesadził z trunkami, śpiewał i tańczył do upadłego.

No jesteś niemożliwa śmiała się Basia. Ledwo rok od śmierci Marka, a ty już zamężna. I co, dzień bez faceta stracony? Kobiety nie mogą znaleźć sobie chłopa, z latarką szukają, a ty tylko spojrzysz i już są dwa.

Tylko nie mów: I co oni w tobie widzą? Przecież nie jesteś piękna!

A gdzie tam Ale przyznać trzeba, iż zawsze cię rozchwytywali.

Sama nie wiem, Basiu, co oni widzą. Idź pogadaj z moją mamą.

Jagoda puściła Basie oko i ruszyła tańczyć z mężem, który właśnie podszedł, zaprosił ją. Tańczyła, rozganiała w głowie wątpliwości.

No i co z tego, iż prostolinijny? Za to jaki silny, zaradny. I przystojny jak na swoje lata. A iż większość czasu milczy a może to i lepiej?

A jakby Michała jednak to co? Pięknymi słowami nie nakarmisz rodziny.

Po paru miesiącach Wojtek zamienił ogródek Jagody w bajeczny sad. Drzewa wyciął, ziemię wyrównał. Zrobił rabatki na kwiaty, postawił altankę. W domu jak świeżo po generalnym remoncie. Czysta, mocna męska ręka.

No, dobrze Jagoda wybrała. Zdecydowanie.

A do tego Wojtek zarabiał zawsze się starał ją zaskoczyć, czasem coś drobnego podarować.

Porównała krótki czas wspólnego życia z dwudziestoma pięcioma latami w pierwszym małżeństwie i uczciwie żałowała, iż z Wojtkiem nie spotkała się wcześniej. Złoty chłop!

Latem siadali w altance. Na grillu piekli kiełbaski, jedli, Wojtek postawił choćby piękny drewniany stół i ławki.

Jagoda, objedzona szaszłykiem, mrużyła oczy jak najedzony kocur. Wojtek uśmiechał się do niej.

Co ci tak wesoło, Wojtku?

Nic. Po prostu się cieszę.

Pierwsza żona Wojtka była lepsza od pisania wniosków do ZUS-u. On już nie wierzył, iż jeszcze kogoś takiego jak Jagoda spotka.

Cieszyli się swoim szczęściem przez cztery lata, aż tu Wojtek zaczął się nieswojo czuć.

Szybko się męczył, chudł bez powodu. Jak wypił a zdarzało się jeszcze to już w ogóle źle się czuł.

Wojtek, idź do lekarza natychmiast! zaczęła panikować Jagoda. Jak długo będziesz zwlekał? To poważne.

Daj spokój, Jaga! Samo przejdzie!

Co to, średniowiecze? A jak nie przejdzie? Co jak reszta facetów, boisz się lekarzy?

Nie.

Wojtek nie chciał powiedzieć, czego się boi. Bał się tylko jednego. Że jak się okaże, iż naprawdę ciężko chory, Jagoda go zostawi. Kto by chciał żyć z chorym facetem?

Nie był głupi. Wiedział, iż Jagoda wyszła za niego z rozsądku, a nie z wielkiej miłości. A on ją naprawdę kochał! Na przekór wszystkiemu.

Zobaczył ją raz w Biedronce, zagubioną, szukającą portfela i już wiedział, iż przepadł. Ta jej roztrzepaność była rozbrajająca.

Od razu chciało się ją wziąć pod swoje skrzydła. choćby jego mama, gdy zobaczyła synową, powiedziała z tajemniczym uśmiechem:

Tobie żyć, synku. Ale co ty w niej widzisz, ja nie pojmuję. Nie jest piękna, nie najmłodsza. Przecież za tobą każda laska poleci!

A on potrzebował tylko Jagody. Teraz, jeżeli okaże się, iż chory, czy będzie jej potrzebny?

Nie dała rady go namówić do lekarza. Była sobota. Gościli u nich Basia z mężem, Stefanem. Wojtek ze Stefanem pili piwko, smażyli kiełbaski. Basia w kuchni z Jagodą, krojąc sałatkę, szepnęła:

Wojtek chory, co?

Sama nie wiem wzruszyła się Jagoda. Błagam, żeby poszedł do lekarza, a on nie i nie! Ty jesteś lekarką, co powiesz? Przecież on nie zdrów.

Marniej wygląda. Schudł, skóra taka żółtawa Coś jest na rzeczy.

O Matko Boska! Basia, błagam, spróbuj go przekonać. Może ciebie posłucha? Ty autorytet!

Basia popatrzyła poważnie.

Jagoda ty go kochasz? Bo pamiętam twoje wątpliwości

Jagoda ugryzła się w język i milczała.

A Basi nie udało się przekonać Wojtka zasłabł przy stole. Wezwali karetkę. Jagoda pojechała z nim. Nie odzyskał przytomności. Trzymała go za rękę i modliła się.

Zoperowali go od razu.

Guz na wątrobie.

Rak?! przestraszyła się Jagoda.

Analizy poczekamy na wynik.

Okazało się, iż guz łagodny, ale już rozmiar miał konkretny, gdy Wojtek trafił na stół.

Lekarze zabronili mu prawie wszystko i zaznaczyli, iż rekonwalescencja długo potrwa. I nie wiadomo, czy wróci do pełnej sprawności już wiek nie ten.

Wojtek kompletnie się załamał. Mama odwiedziła go w szpitalu.

Jagody nie było praca. Mama przyniosła trochę jedzenia z listy dozwolonych rzeczy na razie menu miał mocno ograniczone.

Synku, nie poznaję cię! powiedziała pani Wanda. Przecież wyżyłeś. Raka nie masz. Ciesz się, a ty tu leżysz jak zmokła kura. Zjedz, zrobiłam kotleciki na parze.

Nie chcę

Ale musisz! O co ci chodzi? Jagoda cię odwiedza chociaż?

Przychodzi jeszcze.

Co znaczy jeszcze? Boisz się, iż cię zostawi? No to głupia będzie!

Już po mnie. Na nic się nie nadaję! Pracować nie mogę. Nic nie mogę robić. Pięćdziesiąt mi się dopiero w czerwcu zrobi, a już kaleka. Komu potrzebny kaleka?

Co się tu dzieje? weszła Jagoda. Krzyczycie na cały szpital! Dzień dobry, pani Wando!

Ja już pójdę. Witaj, Jagoda.

Co się stało?

Mama Wojtka machnęła ręką i wyszła. Jagoda umyła ręce, podeszła do łóżka zapłakanego męża.

I co ty taki zły, kaleko jeden? Ręce, nogi masz. Reszta się zagoi. Wiesz co czytałam o wątrobie?

No?

To jedyny narząd, co się sam regeneruje. Jak zostaje pięćdziesiąt procent, odbuduje się cała. U ciebie 60% zostało. Daj jej czas i dojdzie do siebie.

A mam ten czas?

Słucham?

Czas.

No co ty, Wojtek! Chyba czegoś mi nie mówią? Łapiesz się z lekarzami na jakieś tajemnice?

Nie o to mi chodzi

Wojtka wypisali. I zaczęła się najgorsza część jego życia. Trochę popracował fizycznie moment i padał ze zmęczenia. Najgorsze było to, iż zbliżały się urodziny myśl o nich tylko go dobijała. Jeść nie wolno, pić nie wolno. Super zabawa!

Jagoda jakby nie zauważała, iż Wojtek już nie tak sprawny z zapałem jadła z nim dietetyczne potrawy.

Jaga w końcu zapytał z lękiem. Powiedz, co dalej z nami?

Ale w jakim sensie? nie zrozumiała.

No wolno mi idzie powrót. Zostawisz mnie, tak? Powiedz od razu.

I niby dlaczego miałabym cię zostawiać? Dobrze mi z tobą.

To jak jeszcze wszystko robiłem i pracować mogłem, to było dobrze. Teraz co dobrego? Sam ze sobą mam dość.

Daj spokój! Wstawaj, bo osiwiejesz z tego marudzenia.

Staram się! Ale co to za życie Dwa razy młotkiem walnę, zmęczony jak pies.

Jagoda przytuliła go od tyłu, policzkiem do karku.

Kocham cię i nie zostawię. Nie śpiesz się swoją regeneracją. Wszystko w swoim czasie.

Naprawdę kochasz?

Naprawdę.

Jagoda nie zostawiła Wojtka. Powoli, ale wracał do siebie.

Urodziny zrobiła mu bez alkoholu, żeby nie musiał smucić się, iż sam jeden nie pije.

Odwiedziło ich kilku przyjaciół, posiedzieli w altance, popykali w planszówki.

Masz szczęście z żoną, Wojtek pożegnali goście.

Pewnie teraz pójdziecie i napijecie się za moje zdrowie? rzucił Wojtek z przekąsem.

Pośmiali się, każdy poszedł w swoją stronę. Wieczorem zasiedli z Jagodą na ganku, patrzyli na gwiazdy. Szczęśliwi. Pierwszy raz od miesięcy Wojtek poczuł się lepiej.

Uwierzył, iż będzie z nim dobrze. I iż żona naprawdę go nie zostawi. Przytulił Jagodę mocniej.

Co tam, Wojtku?

Wszystko w porządku! odparł zadowolony.

W końcu! mruknęła Jagoda i pocałowała go w policzek.

Byli szczęśliwiA gdy leżeli potem w ciszy, Wojtek poczuł, iż cała niepewność i gorycz odpływają z niego jak ciepły, wieczorny wiatr. Jagoda odwróciła się do niego, spojrzała prosto w oczy i z lekkością powiedziała:

Wiesz Najlepiej nam razem, jak jest zwyczajnie. Bez wielkich słów. Może właśnie dlatego wszystko się nam układa.

Wojtek skinął głową i uśmiechnął się, pierwszy raz od dawna naprawdę szczerze.

Nad nimi niebo rozbłysło spadającą gwiazdą. Jagoda zamknęła oczy, pomyślała życzenie, chociaż życie już je jej dawno spełniło.

Wojtek nie prosił już o więcej. Powoli zasypiali w objęciach ciszy i siebie nawzajem, a dom, ogród i świat dookoła były takie, jakie trzeba pełne, czułe, bezpieczne.

Bo najważniejsze, iż nie byli już sami. I niczego więcej nie trzeba było im życzyć.

Idź do oryginalnego materiału