Kasia wróciła z apteki, gdzie pracowała na trzeciej zmianie, i zastała Bartka klęczącego przy walizce. Za oknem ich mieszkania na Bemowie właśnie zapalały się pierwsze świąteczne lampki na balkonach sąsiedniego bloku, a z telewizora dobiegał głos lektora zapowiadającego prognozę pogody na Wigilię.
– Jedziemy gdzieś? – zapytała, stawiając reklamówkę z zakupami na podłodze w przedpokoju.
– Nigdzie nie jedziemy. – Bartek choćby nie oderwał wzroku od koszuli, którą wpychał do walizki. – To ja się wyprowadzam.
– Słucham? – Kasia zaśmiała się nerwowo, bo w pierwszej chwili pomyślała, iż to jakiś głupi żart związany z wigilijnym prezentem. Może chce ją zaskoczyć wyjazdem gdzieś, może kupił bilety.
– Kasia, no przestań się tak dziwić. – Bartek w końcu podniósł się z kolan. – Nie wiesz przypadkiem, gdzie jest mój dowód?
– W szufladzie w komodzie, w sypialni. – Głos jej się załamał. – Powiesz mi w końcu, co się dzieje?
– Trzy dni temu spotkałem Agnieszkę. Chodziliśmy razem do liceum w Częstochowie, pamiętasz, opowiadałem ci. Poszliśmy na kawę do tej kawiarni na rynku, pogadaliśmy… i zrozumieliśmy, iż musimy być razem. Kocham ją, Kasia. Od trzeciej klasy liceum ją kocham.
– A mnie? Mnie nie kochasz? – Torebka z pomarańczami, które Kasia kupiła na świąteczne ciasto, wypadła jej z ręki i owoce potoczyły się pod stolik.
– Z tobą było mi dobrze. Ale kocham Agnieszkę.
Wciągnął buty, kurtkę, wziął walizkę i wyszedł, zostawiając drzwi uchylone. Kasia jeszcze przez chwilę stała na środku pokoju, jakby czekała, iż to jednak jakiś absurdalny sen i zaraz się obudzi. Ale sen się nie kończył, bo to nie był sen.
Osunęła się po ścianie na podłogę, kolana podciągnęła pod brodę i tak siedziała, aż zrobiło się ciemno, a z telewizora wciąż leciała reklama karpia. Dwudziestego drugiego grudnia. Trzy dni przed świętami, kiedy w lodówce stały już opakowania makowca od teściowej, a pod choinką leżał prezent dla Bartka – zegarek, na który odkładała pieniądze od września.
Właściwie to od tygodnia coś w nim było nie tak. Wracał później niż zwykle, mówił, iż projekt w firmie się przeciąga, siedział z laptopem do drugiej w nocy i odpowiadał jednym słowem. Kasia to zauważyła, ale zbyła to zmęczeniem przed świętami – w końcu pracował jako kierownik działu w hurtowni budowlanej pod Warszawą, a tam grudzień to zawsze szał.
Cztery lata byli razem. Rok temu wzięli kredyt na to mieszkanie – pięćdziesiąt metrów, drugie piętro, blok z wielkiej płyty, ale własne. Planowali ślub na czerwiec, Kasia już choćby obejrzała salę w Wilanowie. A teraz leżała na podłodze w przedpokoju i patrzyła na porzuconą przez Bartka szczoteczkę do zębów, która sterczała samotnie w kubku.
Telefon dzwonił i dzwonił – to Marta, jej najlepsza przyjaciółka, z którą miały się dziś spotkać na wspólne pieczenie pierniczków. Kasia w końcu wyciszyła dzwonek, a potem zupełnie wyłączyła telefon. Nie miała siły na rozmowy.
Wieczorem, już w łóżku, nie wytrzymała – otworzyła laptopa i weszła na Facebooka Bartka. Zobaczyła świeże zdjęcia sprzed dwóch godzin: on i Agnieszka przytuleni przy choince w jakiejś kawiarni, podpis "wreszcie razem, po tylu latach". Wpatrywała się w tę kobietę – zwyczajną, w swetrze w renifery, z kucykiem – i nie rozumiała, co takiego w niej jest. Zamknęła laptopa gwałtownie, aż stuknęła klapa, i płakała do świtu.
Obudziło ją walenie do drzwi. Marta, cała zasapana, w rozpiętej kurtce, bo biegła po schodach zamiast czekać na windę.
– Żyjesz! Już chciałam dzwonić po pogotowie. Cały dzień nie odbierasz, telefon wyłączony…
– Bartek mnie zostawił. – Kasia powiedziała to bez emocji, jakby czytała komunikat pogodowy.
– Co? Jak to zostawił?
Kasia opowiedziała wszystko, siedząc przy stole kuchennym, podczas gdy Marta parzyła kawę w dwóch kubkach – tym z żyrafą, który Kasia kupiła na urlopie w Zakopanem, i tym drugim, wyszczerbionym, po którym Bartek zawsze pił swoje espresso.
– To jakieś kuriozum. Trzy dni przed świętami. Spakował się i wyszedł, tak po prostu?
– Tak po prostu.
– A widziałaś ją? Tę Agnieszkę?
Kasia otworzyła laptopa i pokazała zdjęcia. Marta wpatrywała się w ekran, marszcząc brwi, jakby próbowała znaleźć w tej kobiecie coś, co usprawiedliwiałoby całą sytuację.
– Nic specjalnego. Ale wiesz co, Kasiu – powiedziała po chwili, odstawiając kubek – teraz to nieważne, jaka ona jest. Ważne, co ty teraz zrobisz.
– A co ja mam zrobić? Płakać będę. Chyba tylko to mi zostało.
– Zaraz ci powiem, co zrobisz. – Marta wstała, podeszła do szafki i wyciągnęła z niej segregator, który leżał tam od miesięcy nietknięty – dokumenty do kredytu. – Bartek jest współwłaścicielem tego mieszkania, tak?
– Po połowie. Wkład wniósł jego ojciec, sto dwadzieścia tysięcy, resztę wzięliśmy w kredycie na oboje.
– No właśnie. I teraz on sobie wyjeżdża do jakiejś Agnieszki z Częstochowy, a ty zostajesz tu sama z ratą sześciuset osiemdziesięciu złotych miesięcznie i z jego imieniem na akcie notarialnym obok twojego. To jest twoja karta przetargowa, rozumiesz?
Trzy dni później, w Wigilię, Bartek zjawił się po swoje rzeczy – resztę ubrań, konsolę, kolekcję płyt winylowych po dziadku. Kasia otworzyła mu drzwi w fartuchu, bo akurat lepiła uszka na barszcz, i po raz pierwszy od czasu jego wyjścia poczuła coś innego niż rozpacz – spokojną, chłodną gotowość.
– Przyszedłem po swoje – powiedział, unikając wzroku.
– Wiem. Zanim jednak zabierzesz cokolwiek, usiądziemy na chwilę.
Na stole leżały już dokumenty, które przygotowała z pomocą prawniczki, koleżanki Marty z pracy – propozycja podziału majątku wspólnego. Kasia zaproponowała spłatę jego udziału w kredycie w ratach przez osiemnaście miesięcy, w zamian za przepisanie na nią całego mieszkania i zrzeczenie się praw do niego. Kwota: sto dziewięćdziesiąt trzy tysiące złotych – dokładnie tyle, ile Bartek włożył razem z ojcowskim wkładem i swoją częścią spłaconego już kredytu.
– Chcesz, żebym ci teraz podpisywał papiery? W Wigilię?
– A miałeś inny plan na spędzenie dzisiejszego wieczoru beze mnie? – Kasia mówiła spokojnie, podsuwając mu długopis. – Albo podpisujesz teraz, na moich warunkach, albo idziemy do sądu i będzie to trwało dwa lata, a ty przez ten czas będziesz płacił połowę raty za mieszkanie, w którym już nie mieszkasz, i to niezależnie od tego, gdzie akurat będziesz spał – u mnie czy u Agnieszki w Częstochowie.
Bartek patrzył to na nią, to na dokumenty, wyraźnie zaskoczony, iż ta sama kobieta, która trzy dni temu osunęła się po ścianie z rozpaczy, teraz siedzi naprzeciwko niego twarda jak głaz. Podpisał. Kasia od razu zrobiła zdjęcie każdej strony telefonem i wysłała mailem do prawniczki, zanim jeszcze zdążył zmienić zdanie.
Zabrał konsolę, płyty, kilka pudeł z ubraniami i wyszedł, tym razem cicho zamykając za sobą drzwi. Kasia zamknęła je na klucz, dorzuciła jeszcze zasuwę, którą kazała zamontować tydzień wcześniej, i wróciła do lepienia uszek, jakby nic się nie stało.
Miesiąc później dostała telefon od notariusza – akt własności był gotowy, mieszkanie w całości należało teraz do niej. Postawiła dokument na półce obok zdjęcia z Zakopanego, tego z żyrafą na kubku w tle, i pierwszy raz od dwudziestego drugiego grudnia spała całą noc bez przerywanego snu. Rano zrobiła sobie kawę w kubku z żyrafą, bo ten wyszczerbiony po Bartku wyrzuciła razem ze szczoteczką, którą wciąż trzymał w kubku w łazience.










