Słuchaj, muszę Ci coś opowiedzieć Jakiś czas po śmierci mojego męża, konkretnie po trzech miesiącach, dowiedziałam się, iż w Oknie Życia przy szpitalu na ul. Kopernika w Krakowie zostawiono maleńkie dziecko. Pomyślałam wtedy, iż to mój los i zdecydowałam się na adopcję tego maluszka.
Pamiętam, jak musiałam w ekspresowym tempie zebrać całą stertę papierów wiesz, akt urodzenia, zaświadczenia o niekaralności, opinie sąsiadów Ale nie poddawałam się, bo czułam, iż właśnie tego chcę. Potem przeszłam przez kilka kontroli z MOPS-u i z sądu rodzinnego, ale wszystko wypadło dobrze. Kilka dni później już tuliłam mojego nowego synka. Wyobraź sobie, iż nadałam mu imię po moim zmarłym mężu Jan. Gdy mówiłam to imię na głos, miałam wrażenie, iż on dalej jest gdzieś tu obok nas. Janek rósł jak na drożdżach i coraz częściej pytał, czy będzie miał kiedyś siostrę albo brata.
Wcale mi to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie dzięki temu, iż pracuję zdalnie przy komputerze, mogę spędzać z nimi tyle czasu, ile tylko chcę. Kiedy pojawiła się możliwość adopcji kolejnego dziecka, znów pojawiłam się w tym samym szpitalu, gdzie pokazali mi malutką dziewczynkę, ledwo trzydniową Hanię. Od razu poczułam, iż ona jest już częścią naszej rodziny.
Teraz było mi znacznie łatwiej wszystko zorganizować, znałam już całą procedurę, wiedziałam jakie badania lekarskie i dokumenty są potrzebne, więc poszło mi to gwałtownie i sprawnie.
I wiesz co? Teraz jestem mamą dwójki wspaniałych dzieci Janka i Hani. Codziennie rano, jak patrzę na nich przy stole, to wiem, iż już niczego więcej mi nie potrzeba. Jesteśmy dla siebie całym światem i czuję się naprawdę szczęśliwa.








