Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o czymś, co totalnie odmieniło moje życie. To było niedługo po tym, jak zmarł mój mąż trzy miesiące mijało, a ja przez cały czas czułam ogromną pustkę. Wtedy przez przypadek usłyszałam, iż ktoś zostawił maleństwo w Oknie Życia przy porodówce w szpitalu na ul. Kopernika w Krakowie. Siedziałyśmy wtedy z Anką przy kawie, pamiętasz? I wtedy mnie tknęło tak mocno, iż nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.
Wzięłam się w garść i wszystko załatwiłam, jak wojowniczka. Dokumenty przygotowałam prawie z dnia na dzień, a potem zaczęły się wizyty tych wszystkich pań z opieki społecznej i psycholożki, które musiały sprawdzić, czy nadaję się na mamę. Mieszkanie miałam schludne, praca zdalna z laptopem, więc naprawdę dałam radę wszystko im wysprzątać, pokazać pokój dziecięcy i choćby kot Słodziak się zaprezentował grzecznie. W końcu, po kilku dniach dostałam telefon i wiedziałam, iż mój synek już na mnie czeka.
Nie wyobrażasz sobie, jaka byłam szczęśliwa, kiedy po raz pierwszy mogłam go przytulić. Od razu nazwałam go imieniem mojego męża Marek. Jak słyszałam to imię codziennie, czułam, iż chociaż trochę wraca do mnie dawny świat.
Marek rósł jak na drożdżach, a kiedy trochę podrósł, zaczął pytać, czy mógłby mieć siostrzyczkę. Mówię Ci, wtedy już wiedziałam, iż chcę jeszcze jednemu maluszkowi dać dom. Praca w IT daje mi elastyczność ogarniam wszystko z naszego mieszkania na Ruczaju, więc opieka nad dziećmi to dla mnie żaden problem.
Kiedy zadzwonili ze szpitala na ul. Strzeleckiej i powiedzieli, iż znowu w Oknie Życia zostawiono dziecko, nie wahałam się ani sekundy. Pojechałam tam, a tam w łóżeczku leżała malutka dziewczynka miała może z trzy dni, taka kruszynka. Jak tylko ją zobaczyłam, od razu poczułam, iż to ona powinna być z nami. Wszystkie papiery i kontrole ogarnęłam tym razem błyskawicznie, już wiedziałam, co i jak.
No i w końcu jesteśmy we trójkę: ja, Marek i moja córeczka Jagna. Czuję, iż mamy tyle szczęścia, iż moglibyśmy się nim dzielić jeszcze z całą dzielnicą!






