- Lila, a taki outfit?
- Jakoś dużo masz falbanek?
- TAK. Ale to na polski. Rozumiesz, romantyzm i te sprawy.
- W sumie na polski pasuje!
Dzień pierwszy matur poszedł nam ŚREDNIO. Ogólnie była katastrofa w domu, bo Bibi zaczęła w nocy szczekać i Łucja się obudziła. Najpierw czekała, a potem przypomniało się jej, iż tym razem to ONA jest dorosła, więc do psa zeszła i go wypuściła. No i noc zarwana, a jechała do pracy na pierwszą zmianę. Była podziębiona i TERAZ ma gorączkę (dodajmy, iż ona w czwartek jedzie na wakacje z Miłkiem). Mieszko NIE poszedł rano na spacer z Bibs, bo psa NIE chciała. Rzeczywiście podjął TRZY próby i pies NIE wyszedł z domu. Ale co ciekawsze, do szkoły nie poszedł także on (i tu kolejny fakt: oni za bardzo do szkoły JUŻ nie chodzą). Równolegle Lila spędziła noc u babci i rano pojechała na matury. Myślę, iż zdała, ale interpretację dwóch lektur zrobiła bardzo niepoprawnie i moim zdaniem na poziomie błędu kardynalnego. Ja natomiast wstałam przed czwartą, zjadłam szybkie hotelowe śniadanie, dojechałam busem do obiektu egzaminacyjnego i spędziłam DUŻO czasu w sali (po 15-stej oddaliśmy arkusze). Do domu wpadłam na półtorej godziny (odkurzyłam, włączyłam zmywarkę i zrobiłam awanturę o bajzel), ale już jestem z powrotem w hotelu i padam na nos. Jutro matma. Nie będę już szychą, wiec jako szary człowiek w komisji egzaminacyjnej powinnam mieć trochę luźniej!






