Zazdroszczę mojej siostrze do szaleństwa. Jej mąż gotów jest dać jej cały świat, a ja taszczę na sobie ciężar całej rodziny.
Zazdroszczę mojej młodszej siostrze Malwinie do granic możliwości. Jej życie przypomina bajkę, w której jest księżniczką, a jej mąż spełnia każde jej kaprysy niczym oddany rycerz. Tymczasem ja, jak wyczerpana Kopciuszek, dźwigam na swoich barkach całą rodzinę, dusząc się z przemęczenia i bezradności. Czasami czuję się jak najbardziej głupia i nieszczęśliwa kobieta na ziemi. Z moim mężem, Piotrem, jesteśmy razem już prawie dziesięć lat. Przeszliśmy przez wiele: były chwile szczęścia, ale częściej mroczne czasy pełne prób.
Teraz nastał jeden z najbardziej ponurych okresów w naszym życiu. Rok temu Piotr postanowił zmienić pracę. Obiecywano nam złote góry: stabilny dochód, dobre warunki, jasną przyszłość. Rzeczywistość okazała się okrutnym żartem z naszych nadziei. Nowe stanowisko okazało się prawdziwym piekłem, gorszym od poprzedniego, a Piotr teraz obwinia mnie za wszystko, jakbym to ja sama wepchnęła go w tę przepaść.
– To ty chciałaś, żebym zmienił pracę? No i co, zadowolona teraz? – rzuca mi z jadowitym uśmieszkiem przy każdej okazji.
Ale kto mógł przewidzieć taki rozwój wydarzeń? Chciałam tylko, aby się rozwijał, aby nasza rodzina wreszcie wyszła z wiecznego ubóstwa. Czy mogłabym wiedzieć, iż wszystko skończy się katastrofą? Teraz toniemy w finansowej dziurze. Moja pensja to jedyne, co trzyma nas na powierzchni, bo Piotrowi od kilku miesięcy opóźniają wypłaty. Ledwie wiążemy koniec z końcem, a każdego dnia czuję, jak ten ciężar coraz mocniej mnie przygniata.
W zeszłą wiosnę zepsuł mi się telefon. Naprawa kosztowałaby niemal tyle, co nowy aparat, więc postanowiliśmy odłożyć zakup. Przez kilka miesięcy męczyłam się ze starym tabletem, aż musiałam oddać go do lombardu. Tam też powędrowała prawie cała moja złota biżuteria – te nieliczne rzeczy, które przypominały o lepszych dniach. Pieniądze były potrzebne od razu i oddałam wszystko, co miałam. A rzeczy Piotra? Nie, ich nie ruszyliśmy – tylko moje ofiary poszły w ruch.
Malwina, moja młodsza siostra, zlitowała się nade mną i dała mi swój stary telefon, żebym mogła jakoś trzymać się w kontakcie. Robiłam wszystko, żeby moja rodzina nie głodowała. Tak, Piotr też pracuje, czasami bierze dodatkowe zlecenia, ale robi to z takim oporem, jakbym zmuszała go do niewoli. Za każdym razem muszę go przekonywać, niemalże błagać na kolanach.
Niedawno mąż Malwiny, Tomasz, wspomniał, iż na Dzień Kobiet zażyczyła sobie nowego iPhone’a. P poczułam, jak w środku wybucha gorzka zazdrość – uczucie, którego się wstydzę, ale nie mogę zagłuszyć. Oni z Tomaszem wynajmują mieszkanie w Krakowie, tak jak my z Piotrem, ale u nich wszystko wygląda inaczej. Malwina kręci mężem jak marionetką: on pracuje wieczorami jako taksówkarz, jeździ w delegacje, oszczędza pieniądze i spełnia jej każdą zachciankę. Jej pensja to jej mały skarb, który wydaje tylko na siebie. W zeszłym roku po prostu poszła do butiku i kupiła sobie luksusowe futro, bo tak jej się zachciało.
– Za mieszkanie, jedzenie i inne sprawy powinien odpowiadać mężczyzna – mówi z pewnością królowej.
Malwina to prawdziwa piękność. Inwestuje wszystkie swoje pieniądze w siebie: przedłużanie rzęs, idealny manicure, zadbane brwi, stylowe fryzury, modną odzież i inne kobiece przyjemności. W jej towarzystwie czuję się jak szara myszka – zaniedbana, zapomniana. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłam u fryzjera, a o manikiurze choćby nie mówię. Wszystko, co zarabiam, idzie na rodzinę, a Piotr choćby nie myśli o przyniesieniu do domu dodatkowej złotówki. Jakąkolwiek dodatkową pracę lub zmianę trzeba z niego wyciągać siłą.
Niedawno dostałam pensję, a Piotr znowu zasugerował, iż za mieszkanie i jedzenie znów będę musiała zapłacić ze swojego portfela. Rozrywa mnie z żalu: on choćby nie próbuje czegoś zmienić, nie stara się dla nas.
– Wiesz, jak jest z pieniędzmi, znowu opóźniając wypłaty – burknął, kiedy zapytałam, co mi da na urodziny.
Ale gdy nie dostanie prezentu na święta, dąsa się jak dziecko. Zawsze staram się go uszczęśliwić, znaleźć choćby drobiazg, żeby nie czuł się skrzywdzony. A on? Nie oczekuję od niego najdroższych telefonów ani luksusowych niespodzianek – szczęście przecież nie tkwi w pieniądzach. Ale choćby zwykłego gestu uwagi, drobnego aktu troski od niego się nie doczekasz. On po prostu tego nie rozumie.
Myślałam, iż nasze problemy są przejściowe, iż to tylko ciemniejszy okres, który niedługo minie. Ale teraz widzę: to nie jest okres, tylko całe życie. Próbowałam rozmawiać z Piotrem, dochodziło do sprzeczek, ale on tylko rozkłada ręce: „Opóźniają wypłaty, co mogę zrobić?”
– A gdybyśmy mieli dzieci, jak byśmy sobie wtedy radzili? – zapytałam kiedyś w rozpaczy.
Zamilkł. A ja patrzę na Malwinę, a zazdrość pochłania mnie od środka. Wstydzę się tych uczuć, ale są silniejsze ode mnie. Jej mąż nosi ją na rękach, zasypuje prezentami, kupuje wszystko, czego zapragnie, a ja wciąż korzystam z jej starego telefonu, który oddała z braku potrzeby. Dlaczego niektóre kobiety, jak Malwina, mają wszystko? Czy to takie szczęśliwe przeznaczenie? Czy też chodzi o mężczyzn? Dlaczego dla jednych życie to nieustanna zabawa, wystarczy tylko pstryknąć palcem, a dla mnie – niekończąca się szara nuda?