Pieluchy leżały na taśmie. Obok mokre chusteczki, dwa opakowania mleka dla noworodków i krem na odparzenia. Kasjerka z Biedronki przy Alejach Jerozolimskich przeciągnęła mi przed oczami paragon, a ja zobaczyłem tylko sumę — 487,99 zł. Nie chodziło o to, iż mnie nie stać. Chodziło o to, iż to znowu ja.
— Proszę usunąć pieluchy — rzuciłem, nie patrząc ani na nią, ani na Karolinę. — Pieluchy liczy się osobno.
Żona poprawiła wózek. Lena zakwiliła, Lilia spała z rączką zaciśniętą na kocyku. Karolina nic nie powiedziała. Wyjęła portfel, wyciągnęła swoją kartę. Zapłaciła za pieluchy. Za resztę zapłaciłem ja.
W drodze do windy na trzecie piętro w bloku przy ulicy Chmielnej Karolina pierwszy raz od wyjścia ze sklepu odezwała się tak, jakby ktoś przykręcił jej głos śrubokrętem.
— Ty naprawdę uważasz, iż to jest w porządku?
— Kurczę, nie chcę znowu o tym rozmawiać — burknąłem, wyciągając telefon. Na ekranie miałem powiadomienie z banku: przelew od klienta. Pięć tysięcy złotych. Kilka lat temu ucieszyłbym się jak głupi. Teraz patrzyłem na nie jak na kolejny rachunek.
— Ja też nie chcę — powiedziała Karolina. — Dlatego położę dzieci i porozmawiamy.
Nie uciekłem. Chociaż chciałem. Zamiast tego stałem w kuchni i patrzyłem, jak z butelki na podłodze wycieka woda, bo zapomniałem zakręcić korek. Ten dźwięk — kapanie w kałużę na linoleum — pasował mi do nastroju.
Kiedy zjawiła się Karolina, nie miała na sobie bluzy, tylko sweter, który celowo skurczyła w praniu rok temu. Wyglądała w nim starzej. Zmęczona kobieta, która urodziła dwie dziewczynki, a mąż w supermarkecie kazał wycofać opakowanie pieluch, bo uznał, iż to zbędny wydatek.
— Co z tobą jest? — zapytała, siadając przy stole. — I nie mów „nic”.
Nie wiedziałem, jak jej wytłumaczyć. Bo jak wytłumaczysz, iż od dnia, w którym usłyszałem „będą dwa”, czujesz się jak człowiek, który kupił bilet w jedną stronę, a pociąg jedzie za szybko? Że kochasz te małe, ale jednocześnie budzisz się rano z myślą, iż to wszystko pomyłka, iż miało być jedno, iż z jednym dałbym radę, a z dwoma nie daję.
— Ja po prostu chciałem jedno dziecko — wypaliłem. — Nie dwa. Wkurza mnie, iż wszystko kosztuje podwójnie. Że nie mam już czasu. Że wracam do domu i zamiast ciszy jest wrzask, a zamiast seksu — sterylizacja smoczków w mikrofali.
Karolina odchyliła się na krześle. Z filiżanki parowała herbata, której nie tknęła. Za oknem sąsiad wyprowadzał psa, a ten obsikiwał rabatkę z bratkami, które sadziła dozorczyni.
— To wracasz do pracy — powiedziała Karolina. — Ja też wracam. I od dzisiaj dzielimy się kosztami. Pół na pół. Ty za Lilię, ja za Lenę. Ty za swoje pieluchy, ja za swoje. Zgoda?
Poczułem, jak coś mi puszcza w piersi. Nie ulga. Bardziej jakby ktoś otworzył okno w zimnym pokoju.
— Zgoda — odparłem, chociaż nie do końca wiedziałem, na co się godzę.
Karolina wstała. Podeszła do szafki, w której trzymaliśmy rachunki. Wyciągnęła teczkę. Czerwoną, z napisem „Dom”. Położyła ją na stole obok mojej filiżanki.
— To dobrze — powiedziała. — W takim razie pójdziemy do notariusza. Spisaliśmy już z moją prawniczką projekt umowy. Ty dostajesz połowę swoich dochodów. Druga połowa automatycznie idzie na konto dzieci. Co miesiąc, niezależnie od tego, czy masz akurat ochotę kupować pieluchy, czy nie.
Zamarłem z ręką nad teczką.
— Jaka umowa? Jaka prawniczka?
— Taka, iż skoro nie chcesz ponosić kosztów na bieżąco, to ja to zrobię za ciebie. Ale nie będę co tydzień prosić cię o dwadzieścia złotych na krem. Ustalimy kwotę. Pół twoich zarobków. A jak uznasz, iż to za dużo, to droga wolna. Alimenty na dwójkę dzieci w Warszawie to jakieś czterdzieści procent. Wybierzesz sobie.
Otworzyłem teczkę. W środku był projekt umowy majątkowej. Nie czytałem całości. Wzrok zatrzymał mi się na paragrafie czwartym, punkt drugi: „Przelew automatyczny w wysokości 50% wynagrodzenia netto każdego miesiąca na rachunek oszczędnościowy dzieci”.
— Ty to przygotowałaś, zanim jeszcze zaczęliśmy rozmawiać? — zapytałem, chociaż znałem odpowiedź.
— A myślisz, iż po twoim numerze z pieluchami dalej będę czekać, aż się domyślisz, iż masz rodzinę? — Karolina zdjęła gumkę z nadgarstka i związała włosy. — Idziesz z tym do notariusza w czwartek o szesnastej. Kancelaria przy Nowogrodzkiej. Rejent Marczak. Zapłacę za podpis. Ty masz przyjść i podpisać.
Nie kłóciłem się. I to było najgorsze. Bo wiedziałem, iż Karolina ma rację. I wiedziałem, iż jeżeli nie podpiszę, to odejdzie. A wtedy stracę nie połowę pensji, ale wszystko: dźwięk oddechu Leny przez elektroniczną nianię, zapach kremu na odparzenia, który na początku tak mnie brzydził, a teraz znajdowałem na poduszce i nie potrafiłem zetrzeć.
W czwartek poszedłem. Rejent Marczak okazał się kobietą po pięćdziesiątce, która mówiła zaciągając z białostocka i miała w kancelarii zdjęcie jamnika w muszce. Karolina siedziała obok mnie. Pachniała jaśminem z żelu pod prysznic. Podała mi długopis.
— Proszę przeczytać — rzuciła rejent. — Nie podpisujemy w ciemno.
Czytałem na głos, akapit po akapicie. W ustach miałem suchość, jak po zjedzeniu całej paczki krakersów. W punkcie ósmym stało, iż umowa wygasa, jeżeli podejmę terapię i przez dwanaście miesięcy nie będę unikał obowiązków rodzicielskich. To było coś. Karolina chciała mnie utrzymać przy życiu, ale nie na moich warunkach.
Podpisałem. Najpierw ja, potem Karolina. Rejent przybiła pieczęć. Dźwięk — głuchy, jak zamknięcie drzwi od piwnicy.
Pierwszy przelew przyszedł w piątek, siódmego, o 9:42. W aplikacji banku pojawił się komunikat: „Przelew automatyczny — 4820,00 zł na konto oszczędnościowe 20 8790 1123”. Zostało mi 3350 zł na życie. Mieszkanie, rata za samochód, benzyna do biura przy Domaniewskiej, żarcie w kantynie — zamykały się w tym ledwo. Zostałem z niczym w portfelu i z czymś ciężkim w klatce piersiowej.
Wieczorem Karolina podeszła do mnie, kiedy stałem przy oknie i patrzyłem, jak tramwaj linii 15 mija przystanek Muzeum Narodowe.
— Dostałeś powiadomienie? — zapytała.
— Dostałem.
— I?
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem nic. Ani złości, ani pretensji. Tylko wrażenie, iż zobaczyłem siebie w cudzym telefonie. Kiedyś zarabiałem, wydawałem, miałem poczucie, iż jestem sterem. Teraz byłem facetem, który co miesiąc patrzy, jak prawie pięć tysięcy złotych znika z konta, a w zamian dostaje dwie małe dziewczynki, które nie wiedzą, iż tata w sklepie kazał zdjąć z paragonu ich pieluchy.
— Połóż się — powiedziała Karolina. — Lena zbudziła się trzy razy. Twoja kolej.
Poszedłem do pokoju. Zamiast łóżeczka, stały tam dwa łóżka: jedno z pościelą w misie, drugie w biedronki. Wziąłem Lenę na ręce. Była ciepła, pachniała kwaśnym mlekiem i talkiem. Zaczęła płakać. Nie wiedziałem, co robić. Wtedy Karolina wsunęła głowę przez drzwi i rzuciła: — Pół na pół, Jacku. Połowa nocy jest twoja.
Zamknęła drzwi. Siedziałem z córką w ramionach, śpiewając jej idiotyczną piosenkę o tramwaju numer dwa, którą słyszałem w dzieciństwie. Nie umiałem trafić w nuty. Lena i tak zasnęła.
Położyłem ją do łóżka i wyszedłem na balkon. W kieszeni miałem paragon z Biedronki — tamten, z którego kazałem usunąć pieluchy. Nie wiem, czemu go zatrzymałem. Wyciągnąłem zapalniczkę, ale nie zapaliłem. Schowałem paragon do teczki z umową. Coś we mnie chciało go tam trzymać — dowód, od czego się zaczęło.
W kuchni, w szufladzie, leżała teraz nowa paczka pieluch. Osiemdziesiąt sztuk. Karolina kupiła je w środę, w promocji. Na opakowaniu był różowy miś z drugim, mniejszym, przyklejonym do ucha. Zdarłem cenę z rogu. 54,99 zł.
Pod tą paczką, pod ręcznikami kuchennymi, znalazłem swoje stare słuchawki. Założyłem je i odpaliłem jakąś składankę z lat dwutysięcznych. W słuchawkach leciał zespół, który Karolina kochała na studiach, a ja zawsze udawałem, iż nie pamiętam ich nazwy.
Nie zdjąłem ich, dopóki rano nie obudziła mnie Lilia, która waliła plastikową grzechotką w barierkę łóżka. Podszedłem do niej. Wzięła moją dłoń i przyłożyła sobie do policzka, jakby chciała mieć pewność, iż nie zniknąłem po nocy. Nie zniknąłem. Stałem tam w rozciągniętym T-shircie i patrzyłem, jak przelew na konto dzieci znowu odświeża się w mojej głowie. Czterdzieści osiem dwadzieścia. Co miesiąc. Przez najbliższe lata.
Potem Karolina zawołała z kuchni, iż kawa stygnie. Poszedłem. Na stole stały dwie filiżanki, a między nimi leżał nowy paragon — tym razem za krem na odparzenia. 19,99 zł. Karolina podsunęła mi go razem z cukiernicą.
— Chcesz, to sobie przelicz — powiedziała. — Albo po prostu dorzuć połowę do słoika.
Nie odpowiedziałem. Wziąłem paragon, złożyłem na pół i włożyłem do kieszeni spodni, obok telefonu. W telefonie znowu było cicho. Żadnych powiadomień, żadnych klientów, żadnych pięciu tysięcy. Tylko aplikacja banku, która pokazywała, iż zostało mi 2680 zł. Do pierwszego dwanaście dni.
Zjadłem kanapkę z żółtym serem i pomidorem. Potem wziąłem wózek i zszedłem z dziewczynkami na spacer w stronę Łazienek. Karolina szła obok, milcząca. Pod bramą sąsiad znowu wyprowadzał psa, a ten posikał na bratki. Dozorczyni spojrzała na nas i poprawiła chustkę na szyi.
— Jacku — odezwała się Karolina, kiedy mijaliśmy budkę z goframi, z której pachniało spaloną czekoladą. — Nie musiałeś podpisywać. Mogłeś odejść.
— Wiem — powiedziałem.
Chciałem dodać, iż może właśnie to podpisanie, ta umowa z automatycznym przelewem, była jedyną rzeczą, która trzymała mnie w domu. Ale nie umiałem. Zamiast tego złapałem rączkę Leny, która wysunęła się z kocyka, i schowałem ją z powrotem pod materiał.
Szliśmy dalej. Nad nami, na sygnalizatorze przy Alejach Ujazdowskich, migało zielone światło. Przeszliśmy na drugą stronę, pchając wózek pod górę, pod wiatr. Nikt nie powiedział ani słowa. Tylko Lilia zakwiliła raz, a Karolina zaczęła nucić coś pod nosem — tę samą piosenkę, którą ja w nocy śpiewałem Lenie. Tę o tramwaju.














