Nazywam się Tomasz Wrona. Czterdzieści osiem lat, dwadzieścia trzy przepracowane w podstawówce numer cztery w Zamościu. Uczę przyrody i techniki. Klasy czwarte, piąte, szóste. Znam każde drzewo przy boisku i każdy kamień na ścieżce prowadzącej do rzeki Łabuńki, bo od lat prowadzę tamtędy dzieciaki na zajęcia w terenie.
Nie lubię wycieczek autokarowych. Za dużo formalności, za dużo zgód, za dużo nerwów. Ale raz w roku, w maju, zabieram swoje klasy do Roztoczańskiego Parku Narodowego. To niedaleko, niespełna trzydzieści kilometrów. Dzieciaki z Zamościa rzadko bywają w lesie, choć mają go pod nosem. Rodzice zapracowani, weekendy spędzają w galeriach handlowych. Las im niepotrzebny.
W tym roku jednak chodziło o coś innego. Nie o mój pomysł, nie o moją klasę. Chodziło o dziewczynkę z czwartej B. Anastazja Wysocka. Dla wszystkich po prostu Nastka.
Nastka urodziła się z rozszczepem kręgosłupa. Jeździ na wózku. Ma dziesięć lat, jasne włosy związane w dwa kucyki i taki upór, iż mogłaby uczyć dorosłych. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem ją na korytarzu, pchała się sama, bez pomocy, i rozmawiała z koleżanką o jakimś filmiku. Śmiały się. Wózek skrzypiał. Normalny szkolny gwar.
Nie uczyłem jej. Miałem swoje klasy, ona chodziła do czwartej B, gdzie wychowawczynią była pani Halina. Ale znałem ją, bo kto w szkole nie zna Nastki. Zawsze pierwsza na apelach, zawsze z książką, zawsze otoczona swoją paczką.
W maju czwarta B jechała na wycieczkę do rezerwatu nad Tanwią. Szlak prowadzi przez wąwóz lessowy, potem drewnianymi kładkami nad wodą, a na końcu wchodzi się na punkt widokowy, z którego widać całą dolinę. Piękna trasa. Tylko iż wąwóz ma kamienne schody, korzenie przecinają ścieżkę, a kładki są wąskie, z barierkami po jednej stronie. Wózek nie przejdzie.
Pani Halina przyszła do mnie do pokoju nauczycielskiego. Zawsze pije kawę z metalowego kubka, a tego dnia nie piła. Stała przy oknie i patrzyła na boisko.
— Nie wiem, co zrobić — powiedziała. — Rodzice Nastki proponują, żeby została w szkole. Dwa dni. Będzie chodziła do świetlicy, a potem do domu. Tylko iż to nie o to chodzi.
Nie odpowiedziałem od razu. Patrzyłem przez okno. Na boisku dzieciaki z zerówki biegały za piłką. Wózek Nastki stał przy ławce obok trzepaka. Ona siedziała i rysowała coś w zeszycie, a obok siedziała jej przyjaciółka, Weronika.
— Ile jest dzieci? — zapytałem.
— Dwadzieścia osiem.
— To dwoje nauczycieli? — Pani Halina pokiwała głową. — To weźcie mnie. Pojadę jako trzeci opiekun. I wezmę nosidełko turystyczne.
Pani Halina przez chwilę milczała. Chyba nie zrozumiała.
— Jakie nosidełko?
— Turystyczne. Takie do przenoszenia dziecka po górach. Bierze się w nim dziecko na plecy. Ma stelaż, pasy biodrowe, klamry. Sprawdzę, czy w Zamościu da się wypożyczyć. Jak nie, to kupię.
Pani Halina odstawiła kubek, który trzymała w ręce przez cały czas. Kubek stuknął o blat.
— Tomek, wiesz, ile ona waży?
— Dwadzieścia osiem kilo. Z resztą to nie twoje zmartwienie. Ja biorę odpowiedzialność.
Następnego dnia poszedłem do wypożyczalni sprzętu turystycznego przy ulicy Partyzantów. Mieli nosidełko. Starszy model, ale solidny. Pas biodrowy szeroki, ramiona wyściełane gąbką. Wypożyczyłem na trzy dni. Później zadzwoniłem do rodziców Nastki.
Jej matka, pani Wysocka, pracuje w aptece na Starym Mieście. Kiedy powiedziałem, co planuję, w słuchawce przez chwilę było tylko cicho. Potem usłyszałem, jak odkłada łyżeczkę na talerzyk.
— Pan Tomasz — powiedziała. — Naprawdę?
— Naprawdę. Proszę tylko przygotować jej wygodne buty i kurtkę przeciwdeszczową.
— Ona się ucieszy.
I się ucieszyła. Ale to było widać dopiero w dniu wyjazdu, o siódmej rano, na parkingu przed szkołą. Autokar stał zaparkowany pod kasztanami. Dzieciaki wsiadały, niosły plecaki, przepychały się przy drzwiach. Nastkę przywiozła matka. Kiedy zobaczyła nosidełko oparte o bok autokaru, nie powiedziała nic. Patrzyła na pasy, na klamry, na stelaż. Potem spojrzała na matkę, jakby pytała, czy to serio.
Podszedłem.
— Nastka, umowa jest taka: po płaskim jedziesz na wózku. Przez wąwóz i po kładkach przenoszę cię ja. Zgoda?
Skinęła głową. Jej dłonie mocno trzymały poręcze wózka.
— To proszę mi teraz powiedzieć jedno — powiedziałem. — Chcesz jechać z klasą?
I wtedy powiedziała coś, co pamiętam dokładnie, słowo w słowo:
— Czekałam na to.
Nie powiedziała tego głośno. Prawie szeptem. Ale ja to usłyszałem.
Do rezerwatu dotarliśmy przed dziewiątą. Dzieciaki wysypały się z autokaru przy parkingu leśnym, od razu zrobił się hałas. Pani Halina ustawiała pary. Ja sprawdziłem nosidełko jeszcze raz, pociągnąłem za każdy pas, klamry, sprzączki. Wszystko trzymało.
Pierwszy odcinek, od parkingu do wejścia do wąwozu, Nastka pokonała na wózku. To niecałe pół kilometra, szeroka ścieżka. Potem, przed pierwszymi schodami, zatrzymujemy się. Podchodzę, kucam obok wózka. Pokazuję, jak będzie wyglądało wsiadanie. Mówię, iż najpierw siada na siedzisku, potem zapinam pas biodrowy, potem ramiona, a ona przez cały czas trzyma się rączki z tyłu za moją głową.
— Jak coś będzie nie tak, mówisz — powiedziałem.
— Będzie dobrze — odpowiedziała.
Wziąłem ją na plecy. Pierwsze kroki po schodach były ostrożne. Nie ze względu na ciężar, tylko dlatego, iż to zupełnie inaczej, gdy ma się dziecko na plecach. Inaczej się balansuje ciałem, inaczej stawia stopy. Człowiek nagle wszystko robi podwójnie uważnie. Szedłem powoli, a dzieciaki z przodu przystawały, oglądały się, czekały.
— Pan Tomek idzie z Nastką na plecach! — krzyknął któryś chłopiec z tyłu.
— To nie wyścigi — powiedziała pani Halina. — Idziemy równo.
Wąwóz ma niecałe trzysta metrów, ale schodów w nim na dobre dwadzieścia minut. Korzenie, kamienie, wąskie przejścia między skarpami. W jednym miejscu trzeba przejść po kamieniu wystającym nad błotem. Stanąłem tam na chwilę. Nastka siedziała cicho, czułem jej ręce na swoim ramieniu. Nie trzymała się kurczowo. Ufała mi. To była dziwna myśl, bo przecież widywałem ją tylko na korytarzu.
— W porządku? — zapytałem.
— W porządku — powiedziała. — Ale tam z góry widać cały las.
Jeszcze jej nie widziała. Dopiero z punktu widokowego.
Kiedy weszliśmy na górę, dzieciaki rozbiegły się po polanie. Ktoś wyciągnął kanapki, ktoś robił zdjęcia telefonem. Nastka siedziała w nosidełku nieruchomo. Poprosiłem, żeby ktoś podał jej wodę. Weronika przybiegła z butelką.
— Widzisz to samo co ja? — zapytała Nastka.
— No przecież widzę — odparła Weronika. — Całą dolinę.
Nastka siedziała na moich plecach i patrzyła. Nie piszczała, nie machała rękami. Po prostu patrzyła. Pani Halina podeszła i chciała zrobić zdjęcie. Nastka odwróciła głowę.
— Niech pani zrobi, jak wszyscy jesteśmy razem — powiedziała.
Cała klasa ustawiła się na polanie. Ja stałem z boku, z nosidełkiem na plecach, a Nastka była dokładnie pośrodku, wyżej od wszystkich. Uśmiechała się.
Potem zeszliśmy w dół, do kładek nad Tanwią. Tam także wziąłem ją na plecy. Wózek został przy wejściu, przypięty linką do balustrady. Po kładkach szliśmy gęsiego, jedno za drugim. Deski trzeszczały. Woda płynęła pod spodem, brązowa od torfu. Nastka opowiadała mi o rybach, które kiedyś widziała w Łabuńce. Mówiła, iż w Tanwi podobno są pstrągi, ale trudno je zobaczyć.
— Bo woda za ciemna — dodała.
— Może kiedyś przyjedziesz zimą. Wtedy woda jest jaśniejsza.
— Może.
Pod wieczór wróciliśmy do autokaru. Dzieciaki zmęczone, ale szczęśliwe. Pani Halina liczyła głowy. Ktoś zgubił czapkę, ktoś zjadł całą czekoladę naraz i zrobiło mu się niedobrze. Zwykła wycieczka.
Nastkę oddałem matce na parkingu. Pani Wysocka stała przy samochodzie i czekała. Zanim Nastka zeszła z nosidełka, objęła mnie za szyję. Nie powiedziała nic. Tylko na sekundę przyłożyła policzek do mojego karku.
— Dziękuję, panie Tomaszu — powiedziała pani Wysocka.
— Nie ma za co.
— Jest za co.
Nastka wsiadła do samochodu. Pani Wysocka złożyła wózek i schowała do bagażnika. Wieczorem siedziałem w domu i piłem herbatę, która zdążyła wystygnąć. Na stole leżało nosidełko, już rozpięte. Pachniało lasem.
Zadzwonił telefon. Numer nieznany. Odebrałem.
— Pan Tomasz? — zapytał męski głos. — Dzwonię z wypożyczalni sprzętu turystycznego. Chciałem tylko przypomnieć, iż zwrot nosidełka jest w czwartek do dwudziestej.
— Wiem — odpowiedziałem. — Zwrócę.
— I jeszcze jedno. Jak się sprawdziło?
— Bez zarzutu — powiedziałem. Potem dodałem, sam nie wiem po co: — adekwatnie to się nie tylko sprawdziło.
Facet z drugiej strony chyba uśmiechnął się do słuchawki.
— To dobrze. Takie rzeczy to się po to wypożycza.
Odłożyłem telefon. Siedziałem w kuchni przy otwartym oknie. Na parapecie leżał bilet wstępu do parku, który kupiłem rano. Pamiątka. Schowałem go do kieszeni koszuli, chociaż w domu nie musiałem tego robić.
Następnego dnia w szkole spotkałem Nastkę na korytarzu. Jechała na wózku w moją stronę. Za nią szły Weronika i jeszcze dwie dziewczynki. Kiedy mnie zobaczyła, zatrzymała się.
— Panie Tomaszu — powiedziała. — A jak będzie następna wycieczka, to pan znowu jedzie?
— A twoja klasa znowu jedzie?
— Tak. W czerwcu do skansenu.
— To ja też.
Nastka skinęła głową i pojechała dalej. Patrzyłem, jak znika za rogiem. Wózek skrzypiał. Korytarz pachniał pastą do podłogi.
W pokoju nauczycielskim pani Halina nalała mi kawy do tego metalowego kubka, którego zwykle używa tylko ona.
— Masz — powiedziała. — Zapracowałeś.
Wziąłem kubek. Kawa była za mocna i za słodka. Wypiłem do końca.
Po lekcjach poszedłem do wypożyczalni. Oddałem nosidełko. Facet sprawdził, czy nic nie uszkodzone. Nie było. Wziął podpis na formularzu. Schował sprzęt na półkę.
— Do zobaczenia — powiedziałem.
— Do zobaczenia. Niech pan da znać, jak będą chcieli jechać w góry.
— Dam.
Wyszedłem na ulicę Partyzantów. Było ciepło, pachniało akacjami. Szedłem do samochodu i myślałem o tym, co Nastka powiedziała rano. „Czekałam na to.”
Ile to musiało trwać? Cztery lata. Od pierwszej klasy. Za każdym razem, gdy klasa wyjeżdżała, ona zostawała. Za każdym razem, gdy wracali z wycieczki, słuchała ich opowieści. Nie mogła tam być. Aż do tego maja.
Nosidełko turystyczne kosztowało wypożyczenie siedemdziesiąt złotych za trzy dni. Benzyna do Zamościa i z powrotem plus bilety wstępu — niecałe dwieście złotych. Cztery lata czekania — bezcenne.
Siadłem do auta i dopiero wtedy zauważyłem, iż na siedzeniu pasażera leży rysunek. Prosta kredka. Zielona kładka, brązowa woda, a na górze ludziki: jeden duży z dzieckiem na plecach. Pod spodem napisane krzywo: „Dziękuję. Nastka.”
Skąd się tam wziął? Pani Halina musiała go podrzucić po lekcjach. Albo Nastka. Kto wie.
Ruszyłem spod szkoły, minąłem kasztany przy parkingu. Rysunek położyłem na desce rozdzielczej. Niech leży. Pokazuje dokładnie to, co się zdarzyło. Tylko z jednym błędem: na rysunku to ja niosłem Nastkę, a tak naprawdę to ona niosła mnie przez cały dzień. Przez te wszystkie schody, korzenie i kładki. Ona i jej „czekałam na to,” które nie mieściło się w żadnym plecaku.












