Wracałam z nocnej zmiany w szpitalu na Banacha. Wtorek, siódma rano, korek na Puławskiej jak zawsze. Ludzie trąbią, bo każdy spóźniony, a tu jeszcze mżawka — taka warszawska, co to niby nic, a po dziesięciu minutach ma się mokre wszystko. Stałam na przystanku, czekałam na autobus 709, bo tramwaje akurat nie jeździły przez remont torowiska. I wtedy zobaczyłam, jak dwa auta ode mnie w prawo, na środkowym pasie, otwierają się drzwi.
Wysiadł młody chłopak, może dwadzieścia pięć lat, w jasnej kurtce. Zostawił auto z włączonymi awaryjnymi i podszedł do krawężnika, jakieś dziesięć metrów ode mnie. Przykucnął.
Najpierw nie wiedziałam, o co chodzi. Myślałam — może coś mu wypadło, telefon, portfel. Ale on wyciągnął rękę pod nadjeżdżające auto z pierwszego pasa. Serce mi stanęło, bo kierowca mógł go nie zauważyć. A chłopak klęczał na mokrym asfalcie i powoli, centymetr po centymetrze, wyciągał coś spod zderzaka.
To był kociak. Malutki, szary, cały przemoczony. Siedział przy krawężniku i trząsł się tak, iż z daleka wyglądał jak kupka liści. Musiał tam być od świtu. Samochody przejeżdżały obok niego, koła o pół metra od łebka, i wystarczyło, żeby jeden kierowca skręcił trochę bliżej krawężnika, żeby po kociaku nie zostało nic. On nie uciekał — za bardzo się bał. Albo zupełnie stracił siły.
Z tyłu, na przystanku, ktoś zaczął się przepychać, żeby zobaczyć, co się dzieje. Wychyliłam się zza słupka z rozkładem jazdy, bo stamtąd było lepiej widać. Chłopak zdjął kurtkę, zawinął kota i przycisnął do piersi. Miał pod spodem szary t-shirt, cały już mokry od deszczu i od kota, i trząsł się razem z tym zwierzakiem — nie wiem, z zimna czy z nerwów. Wrócił do auta, włożył kociaka na siedzenie pasażera, zamknął drzwi. Potem podbiegł do zaparkowanego obok busa, zapukał w szybę i o coś zapytał. Kierowca busa wyciągnął z torby ręcznik papierowy i podał mu cały rulon.
Ludzie trąbili. Ktoś z tyłu krzyknął: „Panie, zielone jest!”. A on pomachał ręką, iż przeprasza, wsiadł i ruszył. Na moich oczach zrobił coś, czego nikt z nas na tym przystanku by nie zrobił. Ja bym nie zdążyła. Stałam z parasolką, z torbą, w której niosłam obiad do domu, i patrzyłam, jak ktoś ratuje życie w korku o siódmej rano.
Podjechał mój autobus, wsiadłam. Całą drogę myślałam o tym kociaku i o tym, iż przecież mogłam zostać na przystanku, poczekać, sprawdzić, co się z nim dzieje — ale nie zrobiłam tego, byłam za bardzo zmęczona po dyżurze. Żałowałam tego cały dzień.
Trzy tygodnie później wpadłam na sąsiadkę z klatki, która pracuje w przychodni weterynaryjnej w Piasecznie. Opowiadałam jej o tym zdarzeniu przy okazji, bo wciąż mi to chodziło po głowie. Zamyśliła się, mówiła, iż różne koty im przywożą, iż sama nie jest pewna, czy to ten sam przypadek — ale w tym samym tygodniu przywieźli im malutkiego szarego kotka, znalezionego na jezdni, w kartonie po butach wyłożonym ręcznikiem. Chłopak — jak mówiła — nie miał transportera, więc improwizował. Kot miał około pięciu tygodni, był odwodniony i przechłodzony. Właściciel zapłacił za odrobaczenie, pierwszą szczepionkę i karmę — czterysta dwadzieścia złotych, sąsiadka pamiętała dokładnie, bo sama wystawiała rachunek. Przez dwa dni nie było pewności, czy kotek to przeżyje, bo miał kłopoty z oddychaniem po wychłodzeniu. Trzeciego dnia zaczął jeść sam.
Miesiąc później stałam w kolejce do kasy w supermarkecie na Mokotowie. Przede mną, kilka osób dalej, jakiś chłopak w jasnej kurtce przekładał z koszyka na taśmę kuwetę, worek żwirku i kilka puszek mokrej karmy. Przyglądałam mu się dłużej, niż wypadało — twarz znajoma, ale nie byłam pewna, może po prostu chciałam, żeby to był on. Obok niego dziewczyna trzymała karton po butach, a z kartonu wystawała szara główka. Kot spał, nie obchodziły go ani kasjerka, ani kolejka za nim.
Chłopak sięgnął do kieszeni po kartę, kasjerka podała mu paragon, dziewczyna poprawiła karton pod pachą, żeby kotu było wygodniej. Zapłacili i poszli w stronę wyjścia, a ja stałam dalej w kolejce, patrząc, jak drzwi automatyczne rozsuwają się przed nimi i zaraz zamykają.












