Zmieniłem zdanie o ożenku
7 grudnia, piątek
Dziś znowu zostałem w laboratorium dłużej niż wszyscy inni. Przelewałem godzinami niekończące się roztwory z jednej probówki do drugiej, porównując je pod światłem lampy i badając z ciekawością kolorowe proszki. Wierzę, iż moja żmudna praca w końcu przyniesie owoce wtedy wszystkim pokażę ekstrakt, nad którym pracuję tyle miesięcy, wyciągnięty z korzeni rzadko spotykanej byliny.
Miałem tyle zapału, iż nie zauważyłem przez długi czas małej, wciąż obecnej w moim gabinecie ciekawej spojrzenia nowej sprzątaczki Soni. Pracuje od niedawna w instytucie. Gdy byłem zajęty swoimi próbami wyizolowania substancji, ona często stała w progu, lekko oparta na mopie, i patrzyła, jakbym był bohaterem z innego świata.
Wieczorem jednak przyszła do mnie i przerwała ciszę:
Panie Arkadiuszu, cały dzień pan nie odchodzi od stołu! Może zrobię nam herbaty? Przyniosłam dziś z domu czajnik elektryczny i swoje domowe kiełbaski.
Na dźwięk słowa kiełbaski aż podniosłem wzrok znad kolby. Chyba pierwszy raz w ciągu dnia.
Herbatka i kiełbaski grzech nie skorzystać powiedziałem z uśmiechem.
Wyszperała z plecaka czajnik oraz plastikowy pojemnik. Z jej miny aż promieniowała duma.
Mama przywiozła mi wczoraj mięso, a ja sama zrobiłam kiełbaski z boczkiem i upiekłam. Jeszcze ciepłe były jak je pakowałam.
Patrzyłem na nią, a ona z drżącymi rękami rozstawiała pojemniczek i rozkładała kubki. Ale zanim otworzyła kiełbaski, spytałem:
Soniu, jak długo to już leży w twoim plecaku?
Zarumieniła się i wzruszyła ramionami:
Od rana ale w szatni było chłodno. Jeszcze centralne nie włączone, więc nic się nie mogło zepsuć.
Przez chwilę walczyłem wewnętrznie.
W takim razie napijmy się po prostu herbaty. Tylko herbaty. To jedzenie może zabierz do domu.
Zrobiła się oburzona i prawie odebrała mi pojemnik z rąk. Gwałtownym ruchem postawiła go na stole i sama rozlała herbatę do kubków.
Przecież pachnie normalnie! irytowała się. Wy, mieszczuchy, tylko wybrzydzacie. Sama zjem!
Podszedłem do stołu. Gorąca herbata jakoś poprawiła mi nastrój.
To wołowina? zapytałem, patrząc jak Soni wcina kiełbaski.
Tak, z mamą robiłyśmy odpowiedziała z pełnymi ustami.
Zrobiło mi się głupio. Spodziewałem się, iż będzie pachniało inaczej, a tu Wszystko wyglądało i pachniało świetnie. Ślinka mi napłynęła do ust.
Zacząłem się usprawiedliwiać przed samym sobą:
Co ty wyprawiasz, Arkadiuszu? Odkąd tak się bałeś prostego jedzenia? Przecież wiadomo, iż najprostsze rzeczy smakują najlepiej! Jeszcze się obrazi, iż ją podejrzewasz o niechlujstwo
Bez słowa wziąłem po kawałku kiełbaski i nie mogłem się powstrzymać. Były rewelacyjne.
Kto to robił? zahaczyłem grzecznie, choć już wiedziałem odpowiedź.
Moja mama, a ja pomagałam szepnęła, wycierając łzy.
Potem już robiło się między nami coraz cieplej. Podziękowałem za solidną kolację, odprowadziłem ją na przystanek, a tam jeszcze przez dziesięć minut rozmawialiśmy, bo autobus nie przyjeżdżał. Wyglądała na bardzo młodą, okazało się, iż ma dopiero dwadzieścia trzy lata. Przyniosłam jutro domowe ciasteczka zaproponowała nieśmiało, pytając które wolę: z marchewką czy z twarogiem. Odpowiedziałem, iż oba uwielbiam. Zdziwiłem się samemu sobie, bo już nie mogłem się doczekać jutra.
8 grudnia, sobota
Przed spotkaniem rodzin u Soni denerwowałem się jak nastolatek. Siedziałem w taksówce, głaszcząc ledwo widoczne włosy na głowie, próbując zakryć łysinę. Jeszcze poprzedniego wieczora Sonia pieczołowicie wyskubała mi siwe włosy pęsetą, śmiejąc się, iż teraz jej matka pomyśli, iż jestem młodszy. Ogoliłem się, założyłem odświętny garnitur, krawat, popsikałem się wodą kolońską.
Sonia tuliła się do mnie jak kotka, zachęcając:
Spodobasz się mojej mamie, jest bardzo życiowa. Ojczym też sympatyczny.
Ile ma lat twoja mama?
Czterdzieści pięć.
A ja czterdzieści Myślisz, iż nas zaakceptuje?
Nic się nie bój, powiem jej nawet, iż jestem w ciąży, jakby się czepiała! zażartowała.
Podjechaliśmy w końcu pod dom, który wyglądał jak z innej epoki krzywa dachówka, piec z kominem i do góry nogami postawiony żeliwny garnek na szczycie, drzwi okutą watowanym kocem. W środku skrzypiące podłogi, nierówne ściany kryte grubym tynkiem.
O Matko Boska, gdzie ona mnie przywiozła? pomyślałem, onieśmielony. Może to tylko altanka, przecież nie da się tu mieszkać na poważnie?
Ale Sonia wepchnęła mnie do środka.
Matka Soni wyszła z kuchni w bawełnianym szlafroku, promieniując chłodem. Przedstawiłem się, ale jej głos choćby nie starał się być przyjazny.
Ale ile pań ma lat?! przerwała mi ostro.
Czterdzieści wybełkotałem.
A moja córeczka dopiero dwadzieścia trzy! Przecież pan to już prawie emeryt!
Już chciałem tłumaczyć, iż kocham Sonię, mam mieszkanie w Warszawie, choćby domek pod miastem Ale mama nie słuchała, powtarzała tylko, iż prawo pańszczyźniane już dawno zniesione i iż nie odda córki komuś takiemu!
A wtem zza pieca wyłonił się ojczym Soni, Andrzej, młody, czarnowłosy, z uśmiechem na twarzy, niemal model z reklamy. Czułem się staro.
Nie będę się bronić Sonia rzuciła matce prosto w twarz, iż ona sama decyduje, z kim chce być, i wychodzi ze mną. Matka prawie ją szarpała, w domu rozpętała się prawdziwa awantura. Taboret przeleciał mi nad głową. Wcisnąłem głowę w ramiona i uciekłem na dwór, zasapany i zziębnięty. Obszedłem pół wioski, szukając jakiejś taksówki albo przystanku.
Nie wiedziałem, czego się bać bardziej tej rodziny czy własnych decyzji. Zmarzłem na kość, komórka straciła zasięg, więc wróciłem w końcu pod dom z charakterystycznym dzbanem na kominie. Nagle wyszła Sonia:
Arkadiuszu, jesteś? Myślałam, iż uciekłeś
Zgrzytając zębami odpowiedziałem, iż tylko wyszedłem pooddychać.
Skoro mama nie chce mnie pobłogosławić, to odchodzę od niej! wykrzyknęła triumfalnie.
A ja w duchu już sam nie wiedziałem, czy chcę się w to jeszcze mieszać. I czy sama Sonia mi się w ogóle podoba, zwłaszcza w takim otoczeniu
Na dwór wyszła też matka w futrze, w filcowych butach prawdziwa biała dama wsi.
Nie szanujesz matki? To droga wolna! Teraz on za ciebie odpowiada!
Sonia stała dumnie:
Lepiej z nim niż z tobą, mamo. Tylko zamów nam taksówkę.
Ale matka tylko wskazała drzwi sąsiadów, twierdząc, iż teraz mamy radzić sobie sami.
Trząsłem się z zimna, buty miałem zdecydowanie nie do wędrówki po śniegu kości mi grabiały. Zanim się zorientowałem, upadłem w śnieg z osłabienia. Sonia aż zaryczała. Finałem było to, iż lokalna felczerka dała mi zastrzyk na nadciśnienie, zmusiła do położenia się pod kocem i schłodziła histerię Soni gorącym naparem.
Kiedy już mi odpuściło, Sonia próbowała mnie przekonywać. Ale ja już miałem w głowie jedno: Byle wyjść cało, a potem nigdy więcej nigdy więcej komplikacji z kobietami!
9 grudnia, niedziela
Dziś, gdy kończyłem wieczorny dyżur w laboratorium, przyszła laborantka, pani Magda, ze swoim ciastem chciała usiąść na herbatę.
Może się napijemy? Upiekłam sernik
Ale ja tylko prychnąłem. Błyskawicznie podziękowałem i wyprosiłem wszystkich do domu. Już nie miałem ochoty na żadne domowe smaki. Słyszałem, jak wychodząc, nazwała mnie wariatem.
Po pracy wróciłem do mieszkania na Mokotowie. Jak zawsze co wieczór, usłyszałem klik zamka i pojawiła się Sonia.
Dobry wieczór Panie Arkadiuszu.
Bez spojrzenia spytałem:
Co na kolację?
Rosół z kaczki i pierogi z ziemniakami.
Wspaniale. Zapisałaś w zeszycie, ile ci za produkty wiszę? Dodam do wypłaty.
Zjadłem w milczeniu. Sonia przystanęła tuż obok, wpatrzona jak piesek.
Wciąż się gniewasz o moją mamę? Przecież już ci wyjaśniła, przestraszyła się, iż taki bogaty, szanowany naukowiec, profesor tuż-tuż, jednak nie będziesz chciał mnie poślubić Zazdrość, żarty, głupia sprawa, ale dalej cię kocham!
Starałem się nie patrzeć na nią. Wreszcie ostro podziękowałem, wyprowadziłem ją za drzwi, oddając rzeczy z przedpokoju.
Już późno. Idź do domu. Jutro nie przychodź. Pierogi zjem sam. Do zobaczenia pojutrze.
Zatrzasnąłem drzwi i w spokoju dokończyłem kolację.



![Szukasz zatrudnienia? Zbliżają się 35. Świdnickie Targi Pracy [LISTA WYSTAWCÓW]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2025/04/33-Swidnickie-Targi-Pracy-2025.04.10-14.jpg)







