Nazywam się Krystyna Wolarczyk, mam sześćdziesiąt cztery lata i od jedenastu lat mieszkam na trzecim piętrze tego samego bloku przy ulicy Kwiatowej w Radomiu, tuż nad mieszkaniem państwa Górnickich. Winda u nas jeździ jak chce, więc schodami się zdąży usłyszeć więcej, niż powinno.
Tego dnia miałam akurat wracać z targowiska przy Warszawskiej, gdzie kupiłam pęczek szczypiorku i pół kilo szynki na kanapki dla wnuczki, która przyjeżdżała na weekend. Torby ciążyły, więc zatrzymałam się na półpiętrze, żeby odsapnąć — i wtedy usłyszałam krzyk zza drzwi Górnickich.
— Gdzie ty się znowu włóczysz?! Stoję tu jak idiota z tymi sałatkami, a ciebie nie ma!
Głos należał do Marka, męża Anety. Znałam go z widzenia — zawsze grzeczny, zawsze przy śmietniku powie "dzień dobry", nigdy bym nie pomyślała, iż potrafi tak wrzasnąć. Drzwi były uchylone, bo w bloku latem duszno, ludzie zostawiają szparę dla przewiewu. Ja stałam z torbami, udawałam, iż szukam kluczy, a adekwatnie nie mogłam się ruszyć.
Anetę znam od czasu, jak sześć lat temu wprowadziła się tu z mężem. Mieszkanie odziedziczyła po babci, Zofii Kwiatkowskiej, która mieszkała w tym bloku od jego wybudowania, całe trzydzieści dwa lata. Kobieta zmarła spokojnie we śnie, innych spadkobierców nie było, więc trzy pokoje przeszły na wnuczkę bez żadnych sporów. Aneta pracuje jako kosmetyczka, ma swój gabinet manicure na Żeromskiego, klientki zapisane na tygodnie do przodu. Marek jeździ jako kierowca dla firmy spedycyjnej, trasy głównie po województwie mazowieckim.
Wiedziałam też, iż w tym tygodniu mieli trzecią rocznicę ślubu i iż planowali przyjęcie w domu — słyszałam, jak Aneta na klatce mówiła sąsiadce z parteru, iż będzie z dwadzieścia osób, rodzina, znajomi. Sama zresztą dostała zaproszenie, bo z Anetą zawsze się zdrowo pozdrawiamy, czasem podleję jej kwiaty na balkonie, gdy wyjeżdża.
Stałam więc na schodach z torbami i słyszałam, jak przez uchylone drzwi dobiega brzęk garnków, stukanie noża o deskę i jeszcze jeden głos — teściowej, pani Barbary. Poznałam ją, bo przyjeżdżała autobusem z Kozienic, zawsze w tym samym brązowym płaszczu, niezależnie od pogody.
— No i widzisz, Marysiu — powiedziała teściowa cicho, ale tak, żeby było słychać każde słowo. — Mówiłam ci. Dzisiejsze kobiety nie potrafią prowadzić domu. Im praca ważniejsza niż porządek w garnkach.
Trzasnęły drzwi wejściowe piętro niżej — to Aneta wróciła, spóźniona, jak się później dowiedziałam, bo wstąpiła po lekarstwo na uczulenie na topolowy puch, a potem na chwilę do koleżanki z dzieckiem, oddać sukienkę pożyczoną na wesele kuzyna. Nie wiedziałam tego wtedy — dowiedziałam się dopiero wieczorem, kiedy Aneta, już spokojniejsza, wpadła do mnie po cukier i opowiedziała całą historię, siedząc przy moim stole kuchennym z filiżanką herbaty, której adekwatnie nie tknęła.
— Gdzieś ty się znowu włóczyła?! — usłyszałam znowu, teraz już wyraźniej, bo Aneta musiała wejść do mieszkania. — Stoję tu jak idiota z tymi sałatkami, a ciebie nie ma!
Postawiłam torby na schodku. Wiem, iż nie powinnam podsłuchiwać, ale nogi mi jakby wrosły w podłogę.
— Byłam w aptece — odpowiedział spokojny głos Anety. — I wpadłam na chwilę do Kasi.
— Na chwilę?! Dwie godziny cię nie było! Goście o osiemnastej, a ja nic nie zdążyłem!
— Goście mają być o dziewiętnastej.
— O osiemnastej! Mama powiedziała, iż lepiej wcześniej, żeby jej się nie robiło późno z powrotem do Kozienic.
Trochę mnie to zabolało, choć mnie to przecież nie dotyczyło — bo ja wiedziałam, iż umówili się na dziewiętnastą, bo sama miałam przyjść na dziewiętnastą trzydzieści, żeby nie kręcić się na początku wśród samej rodziny.
Przez kolejnych kilka minut z mieszkania dobiegał tylko brzęk noża, trzask szafek i głos Marka, coraz bardziej piskliwy — iż pomidory nie pokrojone, cebula nie obrana, mięso wciąż w zamrażarce, iż on się nie zna na gotowaniu, iż przecież mówił, iż sam sobie nie poradzi. Teściowa raz jeszcze wtrąciła coś o "dzisiejszych kobietach", ale Aneta, o ile słyszałam, nie odpowiedziała ani słowem. Usłyszałam plusk wody — chyba myła ręce w zlewie — i szum otwieranej mikrofalówki.
Wzięłam torby i poszłam wreszcie do siebie, bo nogi zaczynały mi drętwieć, a szynka w upale nie powinna czekać. Ale przez całe popołudnie, krojąc szczypiorek na kanapki dla wnuczki, myślałam o tym, co usłyszałam. I o tym, iż wieczorem, kiedy zejdę na to przyjęcie, będę musiała udawać, iż nic nie wiem.
Przyszłam kwadrans po dziewiętnastej, z bukietem frezji ze straganu przy pętli i butelką nalewki własnej roboty. Mieszkanie pachniało pieczonym mięsem i smażoną cebulą — zapach niósł się aż na klatkę, tak iż sąsiadka z parteru zapytała mnie w windzie, co to tak pachnie u Górnickich. Stół był zastawiony, świece się paliły, Marek w czystej koszuli witał gości przy drzwiach, jakby rano nic się nie stało. Aneta krążyła między kuchnią a salonem, uśmiechnięta, w swojej najlepszej sukience, dolewała wina, poprawiała talerze.
Usiadłam obok teściowej, bo akurat tam było wolne miejsce, i przez cały wieczór słuchałam, jak pani Barbara komentuje wszystko po cichu do siedzącej obok siostrzenicy — iż sałatka za mało doprawiona, iż mięso trochę suche, iż w jej czasach kobieta by się na taki dzień nie spóźniła. Aneta nie siadała prawie wcale, nosiła talerze, sprzątała, uśmiechała się do gości, dziękowała za życzenia. Widziałam, jak raz, przy kredensie, na chwilę zamknęła oczy i oparła dłonie o blat, zanim wróciła z tacą do salonu.
Przyjęcie skończyło się koło jedenastej. Odprowadzałam teściową do przystanku, bo ostatni autobus do Kozienic miała o dwudziestej trzeciej piętnaście, a ona nie znała dobrze rozkładu. Po drodze powiedziała mi coś, czego się nie spodziewałam:
— Pani Krystyno, niech pani jej powie, żeby się nauczyła gotować porządnie. Marek się kiedyś zmęczy.
Nic nie odpowiedziałam. Nie moja sprawa, pomyślałam, chociaż serce mi się ścisnęło.
Minęły trzy tygodnie. Wpadła do mnie znów Aneta, tym razem nie po cukier, tylko żeby oddać wazon po frezjach. Usiadła przy stole, tym razem herbatę wypiła do końca.
— Poszłam do notariusza — powiedziała, mieszając łyżeczką, chociaż cukru już nie było w filiżance. — Do pana Wiśniewskiego, tego przy Placu Konstytucji. Wypisałam z mieszkania Marka.
Powiedziała to bez podniesionego głosu, bez łez, tak jak się mówi o zwykłej sprawie urzędowej. Wyjęła z torebki złożoną kartkę — kopię aktu notarialnego — i położyła na moim stole obok cukiernicy.
— Mieszkanie zawsze było moje, po babci. On tylko był dopisany do umowy najmu wewnętrznego, nie do własności. Zmieniłam zamek w zeszły piątek. Powiedziałam mu, iż jak chce, może zabrać swoje rzeczy do soboty, spakowałam mu wszystko w dwa kartony, stoją na klatce przy windzie.
Spojrzałam na nią. Nie płakała. Odsunęła filiżankę na środek stołu i dodała, już ciszej:
— Trzy lata razem, jedenaście miesięcy tego oczekiwania, iż będzie inaczej. Wystarczy.
Tego samego wieczoru, kiedy wynosiłam śmieci, zobaczyłam Marka na klatce schodowej — stał przed drzwiami mieszkania, które kiedyś było jego domem, z telefonem przy uchu, próbował się dodzwonić. Dwa kartony leżały obok niego, jeden z nich się rozerwał i wystawał z niego róg jego zimowej kurtki. Zamek w drzwiach był rzeczywiście inny — nowa, błyszcząca wkładka, jeszcze bez śladów użycia. Nie zapukał. Postał jeszcze chwilę, popatrzył na numer mieszkania na drzwiach, potem wziął kartony i zszedł po schodach, nie patrząc w moją stronę.
Aneta mieszka tam do dziś, sama. Czasem, kiedy podlewam jej kwiaty na balkonie w te dni, gdy wyjeżdża do siostry pod Kielce, widzę, iż na kredensie w przedpokoju stoi zdjęcie babci Zofii w drewnianej ramce, dokładnie tam, gdzie stało zawsze.












