Zapach kredy i pierwszych telefonów

newsempire24.com 4 dni temu

Kaseta leżała na dnie pudełka po butach, oklejona taśmą klejącą w miejscu, gdzie szpula pękła dwadzieścia parę lat temu. Bożena Wolan trzymała ją pod gołą żarówką piwnicy i czuła, jak serce zaczyna jej bić szybciej, niż powinno przy sprzątaniu starych gazet.

Na boku, wyblakłym flamastrem, było napisane: "R. — wesele u Halinki, 1994".

Ryszard. Jej mąż. Zmarły cztery lata temu.

Nie pamiętała tego nagrania. Nie pamiętała, żeby w ogóle nagrywała cokolwiek na weselu Halinki. A jednak jej własne pismo nie kłamało — te zaokrąglone "R" pisała tak przez całe życie. Musiała to nagrać. I musiała mieć powód, żeby to schować na dnie pudełka, pod stertą innych kaset, tych z piosenkami z radia.

Syn kazał jej wyrzucić wszystko, co "zajmuje miejsce i zbiera kurz". Ale to pudełko wzięła pod pachę i zaniosła na górę, do kuchni, gdzie stał stary magnetofon, który przetrwał trzy przeprowadzki tylko dlatego, iż nikt nie miał serca go wynieść.

Włożyła kasetę. Nacisnęła "play".

Cisza. Potem trzask. Potem znowu cisza.

Magnetofon nie działał — a raczej działał, ale silnik ciągnął taśmę nierówno, z chrobotem, jakby coś w środku dawno wyschło i się rozsypało. Bożena spróbowała jeszcze raz, delikatniej, jakby dobre słowo mogło pomóc staremu sprzętowi. Nic. Tylko to samo chrobotanie i cisza tam, gdzie powinien być głos.

Zadzwoniła do wnuka.

— Babciu, nikt już tego nie naprawia — powiedział Kacper, kiedy przyszedł wieczorem i obejrzał magnetofon z miną kogoś, kto ogląda eksponat z muzeum. — Serio, ostatni serwis magnetofonów w Radomiu zamknęli chyba z dziesięć lat temu. Kup sobie głośnik bluetooth, będziesz miała spokój.

— Nie chcę głośnika bluetooth. Chcę usłyszeć, co jest na tej kasecie.

— A skąd wiesz, iż w ogóle coś na niej jest? Może to szum.

Nie wiedziała. I właśnie dlatego nie mogła spać tej nocy.

Rano obdzwoniła cały Radom. Trzeci numer, który znalazła w internecie — pan Zdzisław, emerytowany elektronik z ogłoszenia na starym forum motoryzacyjnym, gdzie ktoś kiedyś pytał o naprawę magnetofonu samochodowego — zgodził się spojrzeć. Mieszkał na Gołębiowie, w bloku z czasów, kiedy jeszcze stawiano anteny na dachach zamiast talerzy satelitarnych.

— Silnik pociągowy, pani kochana. Rozsypał się gumowy pasek. Mam gdzieś zapasowy, jeszcze z demobilu — powiedział, grzebiąc w pudle pełnym śrubek i kondensatorów. — Ale sama taśma… proszę zobaczyć, jest już krucha. Jak ją teraz puszczę, może się urwać po raz drugi. I wtedy już nic nie zrobimy, bo nie ma z czego skleić — za mało zapasu.

— To co robimy?

— Albo ryzykujemy teraz, przy mnie, z profesjonalnym sprzętem. Albo pani zabiera to do domu i nigdy się nie dowie, co tam jest.

Usiadła na taborecie w jego warsztacie, między rozkręconymi radiomagnetofonami a zdjęciem prezydenta na ścianie, i skinęła głową.

Pan Zdzisław włożył kasetę do dużego magnetofonu szpulowego, podłączonego kablami do wzmacniacza. Nacisnął przycisk. Taśma ruszyła, powoli, ostrożnie, jakby sam sprzęt wiedział, iż idzie po cienkim lodzie.

Trzask. Szum. I nagle — głos.

Nie Ryszarda.

Jej własny, dwudziestoparoletni, śmiejący się do rozpuku: "Rysiek, nie graj tego trzeciego akordu, bo znowu fałszujesz, a ja się tu duszę ze śmiechu przed gośćmi!"

A potem gitara. Fałszywa, na tym samym trzecim akordzie, dokładnie tak, jak wtedy na zabawie szkolnej, kiedy się poznali. I śmiech — jej, jego, całej sali — zlewający się w jeden hałas radości, nagrany przypadkiem, bo ktoś zostawił włączony magnetofon podczas wesela kuzynki.

A na samym końcu, tuż przed trzaskiem wyłączanego mikrofonu, głos Ryszarda, cichy, jakby mówił tylko do niej:

— Zagram ci to jeszcze raz za czterdzieści lat. Zobaczysz, iż dalej będę fałszował.

Nie zdążył. Zabrakło mu ośmiu lat do tej obietnicy.

Pan Zdzisław odwrócił się, żeby wyjąć kasetę, zanim taśma zdąży się urwać po raz drugi, i zobaczył, iż kobieta na taborecie zakrywa usta obiema dłońmi, a przez palce przeciska się śmiech pomieszany z czymś, co bardzo przypomina płacz.

— Da się to nagrać na płytę? — spytała, kiedy już mogła mówić.

— Da się, da. Przez komputer, jedno kliknięcie.

W domu Kacper czekał już przy drzwiach, bo babcia napisała mu tylko: "znaleźliśmy coś". Włożyła płytę do laptopa, którego on jej kiedyś kupił i którego się bała dotykać przez pierwsze pół roku, i puściła nagranie jeszcze raz, głośno, na cały pokój.

Kacper słuchał fałszującej gitary z miną kogoś, kto właśnie zrozumiał coś, czego nie da się wytłumaczyć słowami.

— To dziadek? — spytał w końcu.

— To dziadek. Miał wtedy dwadzieścia dwa lata i był okropnym gitarzystą.

— A czemu to nagrałaś?

— Nie wiem. Może dlatego, iż coś mi mówiło, iż będę tego kiedyś potrzebować.

Kaseta, już bezużyteczna, wróciła do pudełka po butach. Ale płytę Bożena schowała do szuflady komody, tuż obok telefonu, który akurat zawibrował — Ania z Berlina pytała, czy dobrze spała.

Odpisała jednym słowem, odłożyła telefon i jeszcze raz nacisnęła "play" na laptopie, żeby posłuchać, jak jej własny, młody śmiech miesza się z fałszywym akordem gitary, zanim pójdzie spać.

Idź do oryginalnego materiału