Nazywam się Grażyna Woźniak, mam pięćdziesiąt cztery lata, zmianę kończę o czternastej i tego dnia bardzo chciałam zdążyć na autobus siedemnastkę, bo w piątki jest tłok, a stać mi się nie chciało. Ale zeszłam z wózkiem na czwarte piętro Szpitala Wojewódzkiego przy ulicy Kopernika w Poznaniu i tam już się zatrzymałam na dłużej.
Historia zaczęła się kilka dni wcześniej, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałam. Opowiedziała mi ją potem sama Marta, pielęgniarka z izby przyjęć, z którą pijemy razem kawę na papierowych kubkach koło dyżurki. Po dwudziestu czterech godzinach non-stop na ostrym dyżurze – dwie reanimacje, jedno dziecko z wypadku rowerowego, które nie przestawało wołać taty – Marta wyszła przed szpital szukać zamówionego przejazdu. Deszcz lał jak z cebra, na Kopernika lśniły kałuże, a pod krawężnikiem stało czarne BMW X7 z uchylonymi tylnymi drzwiami. Aplikacja pokazywała dokładnie taki wóz przy wejściu. Marta, ledwo trzymając się na nogach, wsiadła, oparła głowę o szybę i zasnęła, zanim drzwi się domknęły.
Nie słyszała, jak kierowca powiedział cicho: „Panie mecenasie… z tyłu śpi jakaś kobieta". Obudziła ją dopiero cisza – a raczej to, iż ktoś na nią patrzył. Obok siedział mężczyzna po czterdziestce, w garniturze szytym na miarę, z zapachem drogiej wody kolońskiej, która – jak mi mówiła – pachniała cedrem i czymś, czego nie umiała nazwać. Nie krzyczał. Nie był zły. Właśnie to, jak twierdziła, było najgorsze.
Wysiadła w biegu, przeprosiła z pięć razy, przebiegła trzy przecznice w deszczu i śmiała się histerycznie pod ścianą kamienicy przy Święty Marcin, bo nie wiedziała, czy płakać, czy się zapaść pod ziemię.
Ja to wszystko usłyszałam dopiero, kiedy on sam pojawił się na naszym oddziale trzy dni później. A byłam przy tym, bo akurat zmieniałam wodę w dzbanku pacjentki z sali 412.
Ta pacjentka to pani Zofia Rzepecka, sześćdziesiąt dziewięć lat, po operacji stawu biodrowego, elegancka choćby w szpitalnej koszuli, z perłowymi kolczykami, których nie zdejmowała choćby na noc. Kazała się mówić do siebie po imieniu, bo „pani Rzepecka" kojarzyło jej się z teściową, a tego nikomu nie życzyła.
Marta poprawiała jej poduszkę, kiedy drzwi się otworzyły. Ja stałam bliżej okna, więc widziałam twarz tego mężczyzny pierwsza – i to, jak zamarła mu na sekundę mina, kiedy rozpoznał pielęgniarkę. Zdziwienie, potem coś jakby rozbawienie, którego nie próbował ukryć.
– Konrad – powiedziała pani Zofia radośnie. – No wejdź, nie stój w progu jak komornik. To Marta, świetnie się mną opiekuje.
Podszedł bliżej, wolno, jakby smakował sytuację.
– Marta – powtórzył jej imię tak, iż sama zauważyłam, jak dziewczyna spuściła ręce i zacisnęła je na brzegu poduszki.
– Panie mecenasie – odpowiedziała, sztywno, urzędowo.
Pani Zofia spojrzała na jedno, na drugie, zmrużyła oczy jak ktoś, kto właśnie znalazł brakujący kawałek układanki.
– Chwila, chwila. Wy się już znacie?
Marta otworzyła usta, ale Konrad ją uprzedził.
– O tak, znamy się. – Zatrzymał wzrok na niej dłużej, niż wypadało. – I od tamtej pory jej szukałem.
Tyle wiedziałam z pierwszej ręki. Resztę – dopowiem, bo byłam przy tym prawie do samego końca, choć w tej historii nie miałam nic do gadania, tylko przynosiłam wodę, zmieniałam pościel i, jak to ja, milczałam więcej, niż mówiłam.
Konrad Rzepecki okazał się synem pani Zofii i, jak się później wyjaśniło, adwokatem prowadzącym kancelarię przy placu Wolności – tym samym, który tego wieczoru wracał z sądu w Poznaniu po sprawie, przez którą zamówił kierowcę, bo sam nie ruszał się autem po dwunastej godzinie w gmachu sądu. Przez trzy dni kazał kierowcy jeździć powoli koło Szpitala Wojewódzkiego, licząc, iż może rozpozna tę zmęczoną kobietę w fartuchu. Powiedział to Marcie wprost, kiedy została po zmianie przy sali 412, bo pani Zofia – uwielbiam tę kobietę do dziś – wymyśliła sobie, iż potrzebuje wieczornego spaceru po korytarzu i syn musi ją poprowadzić, a Marta oczywiście musi asystować, bo „lekarz tak zalecił". Żaden lekarz nic takiego nie zalecał, wiem to na pewno, bo sama słyszałam raport zmiany.
Nie wiem dokładnie, o czym rozmawiali na tym korytarzu, bo trzymałam się z tyłu z wózkiem na leki, ale widziałam, jak Marta się śmieje pierwszy raz od trzech dni, a Konrad trzyma ręce w kieszeniach, jakby się bał, iż jak je wyjmie, to zrobi coś głupiego.
To, co wydarzyło się później, już nie jest dla mnie tajemnicą, bo pani Zofia, wypisana ze szpitala po dziesięciu dniach, wróciła miesiąc później z pudełkiem pralin dla całego oddziału i opowiedziała mi to sama, siedząc na krześle przy dyżurce, bo nogę wciąż miała słabą.
Okazało się, iż jeszcze zanim Marta odnalazła się w tym wszystkim, druga kancelaria – ta, przeciw której Konrad prowadził sprawę o odszkodowanie dla rodziny poszkodowanej w wypadku na obwodnicy – próbowała podważyć zeznania świadka, powołując się na sfałszowaną dokumentację medyczną. Tą dokumentacją, jak się okazało przy okazji zupełnie innej sprawy, zajmowała się właśnie izba przyjęć, w której pracowała Marta. Konrad, kiedy się w końcu dowiedział, gdzie pracuje kobieta, która zasnęła w jego samochodzie, zestawił fakty i zrozumiał, iż to ona podpisywała kartę przyjęcia tamtego pacjenta – jedyny dokument, który dowodził, iż obrażenia były prawdziwe, a nie wyssane z palca, jak twierdziła druga strona.
Zadzwonił do niej – już nie przez matkę, tylko sam, prosto – i poprosił o spotkanie w sprawie zawodowej, nie osobistej. Umówili się w kawiarni na Starym Rynku, tej z żółtymi markizami, obok której codziennie o dwunastej trąbi hejnał z ratusza. Rozmawiali dwie godziny. Ona pokazała mu, na czym polegał błąd w dokumentacji przeciwnej strony – zwykłe przestawienie dat w systemie, które ktoś przeoczył albo, gorzej, celowo poprawił. Konrad wygrał tę sprawę dwa tygodnie później. Rodzina poszkodowanego dostała czterysta dwadzieścia tysięcy złotych odszkodowania.
To by było wszystko, gdyby nie fakt, iż po tamtym spotkaniu w kawiarni dzwonił do niej jeszcze kilka razy. Bez pretekstu prawnego.
Ja tę parę widziałam raz jeszcze, już jako gość, bo pani Zofia zaprosiła cały oddział na przyjęcie z okazji rocznicy operacji – tak to nazwała, chociaż wszyscy wiedzieliśmy, iż chodzi o co innego. Odbyło się to w Zajeździe pod Lipami niedaleko Kórnika, w maju, kiedy bzy pachniały tak mocno, iż aż kręciło w głowie. Marta miała na sobie zieloną sukienkę, którą – jak mi się zwierzyła później – kupiła sobie po raz pierwszy od trzech lat, bo wcześniej wszystkie pieniądze szły na czynsz i na kredyt za studia.
Nie było żadnej wielkiej sceny, żadnego klękania na kolano. Był za to moment, który zapamiętałam, bo stałam akurat przy stole z ciastami i widziałam to z boku. Konrad podszedł do niej z kopertą – zwykłą, białą, bez wstążki. W środku było zawiadomienie, iż przepisał na jej nazwisko udziały w małej fundacji stypendialnej, którą prowadziła jego kancelaria dla dzieci pracowników szpitala – tych, których rodziców nie stać na korepetycje czy studia. Marta miała nią kierować. Nie prezent, nie pierścionek. Praca, którą sama wybrała, bo – jak powiedziała mu prosto w oczy, ja to słyszałam, bo stałam za blisko – „nie chcę niczego, co dostaję za to, iż akurat zasnęłam w niewłaściwym samochodzie".
Nie wiem, jak to się między nimi ułoży dalej. Nie moja sprawa, nie moje życie. Wiem tylko, iż kiedy wychodziłam z tamtego przyjęcia trochę wcześniej, bo ostatni autobus do domu jeździ o dwudziestej pierwszej trzydzieści, minęłam ich oboje przy oknie – on trzymał w ręku dwa kieliszki wina, ona odbierała telefon od jakiejś matki, która pytała, czy jej syn zdążył złożyć wniosek na stypendium przed terminem.
Odpowiedziała, iż tak, zdążył, bo sama dopilnowała papierów tego popołudnia.
I to by było na tyle z tego, co widziałam. Reszta już nie dla mnie.












