Zanim będzie za późno Natalia trzymała w jednej ręce torbę z lekami, w drugiej – teczkę z wypisami ze szpitala i próbowała nie upuścić kluczy, zamykając drzwi do mieszkania mamy. Mama stała w przedpokoju, uparcie nie siadała na taborecie, choć nogi jej się trzęsły. – Sama dam radę – powiedziała mama i wyciągnęła rękę po torbę. Natalia odsunęła ją lekko ramieniem, delikatnie, ale stanowczo, tak jak odsuwa się dziecko od gorącej kuchenki. – Teraz usiądziesz. I nie dyskutuj. Znała u siebie ten ton – pojawiał się zawsze, gdy wszystko się rozłaziło i trzeba było choć odrobinę poskładać porządek: gdzie leżą dokumenty, kiedy brać tabletki, do kogo dzwonić. Mama się na ten ton obrażała, ale milczała. Dziś to milczenie było jeszcze cięższe. W pokoju tata siedział przy oknie, w koszuli, z pilotem w dłoni, ale telewizor był wyłączony. Patrzył nie na podwórko, tylko gdzieś w szybę, jakby leciał tam inny kanał. – Tato – Natalia podeszła bliżej – przywiozłam to, co wypisał lekarz. Tutaj jest skierowanie na tomografię. Jutro rano jedziemy. Tata skinął głową. Ten gest był precyzyjny jak podpis na końcu dokumentu. – Nie musicie mnie wozić – powiedział cicho. – Sam pojadę. – Sam to na pewno nie! – ucięła mama i zaraz złagodniała, jakby przestraszyła się własnego głosu. – Jadę z tobą. Natalia chciała powiedzieć, iż mama nie wytrzyma kolejek, iż ma wysokie ciśnienie i potem będzie leżała pół dnia, choć się do tego nie przyzna. Ale nie powiedziała nic. W środku poczuła znajome już rozdrażnienie: dlaczego wszystko znowu na niej, dlaczego nikt nie potrafi po prostu się zgodzić i zrobić, co trzeba. Rozłożyła na stole dokumenty, sprawdziła daty, spięła spinaczem wyniki badań z ostatniego tygodnia i znów dopadło ją zmęczenie rolą „odpowiedzialnej”. Miała już czterdzieści siedem lat, własną rodzinę, pracę, raty za mieszkanie syna, a mimo to, kiedy u rodziców coś się działo, to ona była głównodowodzącą, choć nikt jej oficjalnie nie mianował. Zadzwonił telefon. Natalia zobaczyła na ekranie numer przychodni. Wyszła do kuchni i zamknęła za sobą drzwi. – Pani Natalio? – odezwał się młody, uprzejmy głos. – Tu onkolog z poradni. Znam wyniki biopsji… Słowo „biopsja” już kiedyś słyszała, a i tak brzmiało, jakby dotyczyło kogoś innego. – …jest podejrzenie procesu złośliwego. Trzeba pilnie kontynuować badania. Rozumiem, iż to trudne, ale czas ma znaczenie. Natalia oparła się o blat, żeby nie usiąść ze słabości. W głowie pojawiły się obrazy, których nigdy nie chciała: szpitale, kroplówki, obce twarze i mama z chustką na głowie. Usłyszała, jak w pokoju tata kaszlnął i nagle ten kaszel stał się dowodem. – Podejrzenie… – powtórzyła. – Czyli to jeszcze nie pewne, ale… – Mówimy o dużym prawdopodobieństwie. Proszę nie zwlekać – odparł lekarz. – Jutro rano zapraszam z dokumentami, przyjmę panią bez kolejki. Natalia podziękowała, rozłączyła się i przez chwilę patrzyła na wyłączoną kuchenkę, jakby chciała zobaczyć tam instrukcję, co dalej. Wróciła do pokoju, a mama już patrzyła prosto na nią. – Co się dzieje? Mów – usłyszała. Otworzyła usta i skrzypiącym głosem powiedziała: – Podejrzenie onkologii. Kazali pilnie się zgłosić. Mama usiadła. Tata nie zmienił wyrazu twarzy, tylko jego palce tak zacisnęły pilot, iż aż pobielały kostki. – No to się doczekałem – powiedział cicho. Natalia chciała zaprzeczyć, powiedzieć „tak nie wolno mówić”, „to jeszcze niepewne”, ale przez gardło ścisnął ją suchy węzeł. Uświadomiła sobie, ile ich rodzina zbudowała na unikaniu strasznych słów. Teraz padło takie słowo i ściany zrobiły się cieńsze. Wieczorem Natalia wróciła do siebie, ale nie mogła zasnąć. Mąż spał, syn coś pisał przy komputerze, a ona siedziała w kuchni i układała listę: jakie papiery, jakie badania, kogo powiadomić. Zadzwoniła do brata. – Sławek – powiedziała, starając się mówić spokojnie – u taty jest podejrzenie. Jutro jedziemy do poradni onkologicznej. – Podejrzenie czego? – zapytał brat, jakby nie dosłyszał. – Raka. Na linii zapadła długa cisza. – Nie dam rady jutro – odezwał się w końcu brat. – Mam dyżur. Natalia zamknęła oczy. Wiedziała, iż brat naprawdę ma pracę, nie jest szefem, nie może tak po prostu wyjść. Ale poczuła znajomą falę: on zawsze „nie może”, a ona zawsze „może”. – Sławek… – głos jej zadrżał. – To nie o dyżur chodzi. To o tatę. – Przyjadę po południu – odpowiedział szybko. – Wiesz przecież, że… – Wiem – przerwała. – Wiem, iż potrafisz zniknąć, kiedy robi się trudniej. Natychmiast pożałowała tych słów. Brat milczał, potem westchnął. – Nie zaczynaj – powiedział. – Zawsze wszystko kontrolujesz, a potem masz pretensje. Natalia odłożyła telefon i poczuła pustkę w środku. Następnego dnia jechali tam we troje: Natalia prowadziła, mama obok, tata z tyłu. Tata trzymał w rękach teczkę, jakby to było coś, co można upuścić i stracić na zawsze. W rejestracji Natalia wypełniała formularze, pokazywała dowód, skierowanie, kartę. Mama próbowała się wtrącać, ale mieszała nazwiska i daty. Tata stał obok i patrzył na ludzi w kolejce – na łysiny, apaszki, poszarzałe twarze – i w tym spojrzeniu nie było współczucia, tylko cicha rozpoznawalność. – Pani Natalio, proszę wejść – zawołała pielęgniarka. W gabinecie lekarz przeglądał dokumenty szybko, sprawnie. Natalia próbowała wyczytać z jego twarzy, jak bardzo sprawa jest poważna. Lekarz był spokojny, ale w słowach czaiły się haczyki: „proszę o powtórzenie biopsji”, „musimy doprecyzować”, „wynik niepewny”. Tata siedział sztywno, jak na zebraniu. – Powtórzymy część badań i zrobimy kolejną biopsję. Bywa, iż poprzedni materiał nie wystarcza. – Czyli nie wie pan na pewno? – zapytała Natalia. – W medycynie rzadko jest sto procent pewności bez potwierdzenia – odparł lekarz – ale musimy działać tak, jakby sprawa była poważna. To zabolało mocniej niż „podejrzenie”. Działać, jakby czasu zostało mało. Natalia poczuła, iż przechodzi w stan gotowości. Praca, plany, zmęczenie – wszystko stało się mniej ważne. Dalej dni zlewały się w jedno: rano telefony, rejestracje, dojazdy; popołudnia – kolejki, papierki, podpisy; wieczorem – kuchnia u rodziców i rozmowy, w których mówili wyłącznie o organizacji. – Wezmę urlop – powiedziała Natalia na drugi wieczór, nalewając zupę. – W pracy sobie poradzą. – Nie trzeba – rzucił tata. – Ty masz swoje życie. – Tato – Natalia postawiła przed nim talerz – to nie jest czas na dumę. Mama spojrzała na nich i Natalia zobaczyła, jak jej drży warga. Mama zawsze trzymała fason – kiedy tata stracił pracę w latach 90., kiedy Natalia się rozwodziła, kiedy brat miał swoje kłopoty. Dusiła wszystko w sobie, nikt potem nie pytał, jak się trzyma. – Nie chcę, żebyście… – mama zaczęła i zamilkła. – Żebyśmy co? – spojrzała na nią Natalia. – Żebyście potem sobie nie wybaczyli – wyszeptała mama. Natalia chciała powiedzieć, iż już wiele nie wybaczyli, tylko nie nazywali tego głośno. Ale znów zamilkła. Tej nocy długo nie mogła zasnąć. Słuchała jak mąż oddycha i myślała, jak tata się starzeje. Przypomniało jej się nagle, jak uczył ją jeździć rowerem i trzymał za siodełko, aż poczuła się pewnie. Wtedy nie bała się upaść, bo był obok. Teraz to ona była obok – i czuła, iż trzyma nie tyle za siodełko, ile cały dom. Trzeciego dnia brat w końcu przyjechał. Wszedł z siatką owoców i winą na twarzy. – Cześć – powiedział, a Natalia poczuła, jak narasta w niej złość, bo jego uśmiech wydawał się nie na miejscu. – Cześć – odpowiedziała oschle. Siedzieli w kuchni, mama kroiła jabłka, tata milczał. Brat zaczął opowiadać o pracy, jakby chciał zagadać ciszę. – Sławek – nie wytrzymała Natalia – rozumiesz, co się dzieje? – Rozumiem – przerwał szorstko. – Nie jestem głupi. – To czemu wczoraj nie przyjechałeś? – jej głos automatycznie zrobił się ostrzejszy. – Czemu zawsze wybierasz, gdzie ci wygodniej? Brat zbladł. – Bo ktoś musi pracować – rzucił. – Myślisz, iż samo się zrobi? Ty zawsze masz plan. A ja… – A ty co? – Natalia pochyliła się naprzód – jesteś dorosły, Sławek. Nie nastolatek. Tata uniósł dłoń. – Wystarczy – powiedział cicho. Ale Natalia już nie mogła się zatrzymać. Strach o tatę zmieszał się z wieloletnim żalem do brata, mamy, samej siebie. – Ty zawsze znikałeś, gdy było źle – rzuciła. – Gdy mama leżała, gdy tata… gdy pił wtedy, pamiętasz? Po prostu cię nie było. A ja zostawałam. Mama stanowczo położyła nóż. – Nie wracajmy do tego – powiedziała. – To stare sprawy. – Stare, ale niezałatwione – odparła Natalia. Brat uderzył dłonią w stół. – Myślisz, iż mnie łatwo było? – krzyknął. – Ty lubisz być najważniejsza. Lubisz, iż wszyscy cię potrzebują. A potem masz za złe. Natalia poczuła, iż te słowa trafiają gdzieś w nią głęboko. Rzeczywiście przyzwyczaiła się być niezbędna. To było i ciężkie, i słodkie: być potrzebną, więc mieć prawo. – Nie mam za złe – powiedziała, ale nie była pewna, czy to prawda. Tata wstał. Robił to powoli, jakby każdy ruch wymagał osobnego postanowienia. – Myślicie, iż nie widzę? – spytał. – Że nie rozumiem, iż się o mnie kłócicie? Jak o rzecz. Jakby mnie już nie było… Nie dokończył. Mama podeszła do niego, ujęła go za rękę. – Już nie mów – szepnęła. Natalia ujrzała ojca nie jako „tatę”, tylko człowieka, który siedzi w szpitalnych korytarzach, słucha cudzych diagnoz i nie chce pokazać, iż się boi. Zrobiło jej się wstyd. Telefon wezwał stole. Natalia odruchowo spojrzała: dzwoniła laboratoria. – Tak, słucham – odezwała się. – Pani Natalio? – tym razem głos był zmęczony, nielekarski. – Dzwonimy z laboratorium. Niestety doszło do pomyłki z próbkami. Sprawdzamy wszystko, istnieje szansa, iż wyniki zostały zamienione. Natalia chwilę nie rozumiała znaczenia tych słów. „Pomyłka” i „zamienione” nie pasowały do rzeczywistości. – Proszę – wydusiła w końcu – co to znaczy zamienione? – Wykryliśmy niezgodność kodów kreskowych – wyjaśnił głos. – Prosimy jutro o powtórne badania, oczywiście bezpłatnie. Wyniki biopsji także zostaną ponownie przejrzane. Przepraszamy za kłopot. Odłożyła słuchawkę i kilka sekund patrzyła na telefon, jakby miało się za chwilę pojawić pisemne potwierdzenie, iż się nie przesłyszała. – Co tam? – zapytał brat. Natalia podniosła wzrok. W mieszkaniu zrobiło się cicho choćby lodówka jakby umilkła. – Oni… – zaczęła – oni mówią, iż mogli zamienić wyniki badań. Mama zakryła usta ręką. Tata usiadł z powrotem na krzesło, jakby nogi już nie dawały rady. – Czyli… – brat z trudem wydobył głos – czyli może to wcale nie… Natalia skinęła głową. I wtedy nie poczuła radości, tylko pustkę. Ktoś nagle wyłączył syrenę – a w ciszy usłyszała wszystko, co sobie powiedzieli przez te dni. Nazajutrz znowu pojechali do laboratorium. Natalia zawiozła rodziców, brat przyjechał autobusem, spotkał ich przed wejściem. Nikt nie żartował, nikt nie komentował pogody. Stali w kolejce, trzymali karteczki, słuchali, jak pielęgniarka wyczytuje nazwiska. Tata pobierał krew w milczeniu. Natalia patrzyła na igłę wchodzącą w żyłę, na ciemny płyn w próbówce i myślała, iż to nie film ani lekcja, tylko ich życie – takie, w którym jedna zła etykieta zmienia cały tydzień. Wynik miał być za dwa dni. Te dwa dni były inne. Nie było paniki, ale pojawiła się niezręczność. Mama zachowywała się, jakby nic się nie wydarzyło, krzątała się, proponowała herbatę, pytała, czy Natalia nie jest zmęczona. Tata jeszcze bardziej zamilkł. Brat parę razy zadzwonił i wypytywał krótko: „Jak oni?” Natalia odpowiadała równie krótko. Złapała się na tym, iż czeka, aż ktoś powie: „Przepraszam”. Ale nikt nie mówił. I ona sama nie wiedziała, za co miałaby przepraszać najpierw. Gdy zadzwonili z poradni i powiedzieli, iż po ponownym badaniu nie stwierdzają zmian nowotworowych, Natalia stała w korku na rondzie Dmowskiego. Słuchała wyjaśnień o pomyłce w kodowaniu i materiale kiepskiej jakości, o konieczności obserwacji i kontroli za pół roku. – Czyli nie ma raka? – zapytała, a głos jej się załamał. – Na ten moment nie ma podstaw do rozpoznania nowotworu – odparł lekarz. – Kontrola wznowiona za pół roku. Rozłączyła się i chwilę trzymała kierownicę, choć za plecami trąbiły auta. Poczuła, iż po policzku płyną jej łzy. Nie ze szczęścia – z napięcia, które wreszcie opadło, i z czymś jeszcze głębszym. Wieczorem zebrali się wszyscy u rodziców. Natalia kupiła ciasto w znanej piekarni, bo ręce jej drżały, nie dałaby rady piec sama. Brat przyniósł mamie kwiaty. Tata siedział w fotelu i patrzył na nich, jakby wrócili z dalekiej podróży. – No to odetchnęliśmy – spróbował zażartować brat. – Wydech można zrobić – westchnął tata – ale jak potem złapać powietrze na nowo? Natalia spojrzała na niego. W głosie nie było wyrzutu, tylko zmęczenie. – Tato… – odezwała się – ja… Słowa ugrzęzły w gardle. Zrozumiała, iż gdyby zaczęła się tłumaczyć, wszystko wróci znów: „miałam dobre intencje”, „byłam w nerwach”. Musi powiedzieć inaczej. – Przestraszyłam się – wyznała w końcu. – I znowu zaczęłam dowodzić, jak zawsze. I na Sławka się rzuciłam. Przepraszam. Brat spuścił wzrok. – Ja też się przestraszyłem – przyznał. – I uciekłem w robotę. Przepraszam. Mama cicho kichnęła, ale nie zapłakała. Usiadła obok taty, złapała go za dłoń. – A ja… – spojrzała na dzieci – ja cały czas udawałam, iż wszystko w porządku. Żebyście się nie kłócili. I żebym sama się nie bała. Ale przez to tylko bardziej się od siebie oddalaliśmy. Tata ścisnął jej dłoń. – Nie musicie być idealni – powiedział. – Potrzebuję, żebyście byli. I żebyście nie robili ze mnie powodu do kłótni. Natalia skinęła głową. W środku bolało, bo wiedziała, iż blizny po tych dniach zostaną. Słowa o „znikaniu” i „byciu najważniejszą” nie znikną od jednego „przepraszam”. Ale jednak coś się zmieniło. Powiedzieli na głos to, co dawniej było zamiatane pod dywan. – Zróbmy tak – powiedziała Natalia, starając się mówić spokojnie – ja nie będę wszystkim zarządzać. Pomagam, ale potrzebuję, żebyście też wzięli coś na siebie. Sławek, dasz radę przyjeżdżać co tydzień do taty, kiedy zaczniemy kontrolne wizyty? Nie „jeśli się da”, tylko konkretnie. Brat skinął głową, choć nie od razu. – Środa mam wolną. Będę przyjeżdżał. – A ja – dodała mama – przestanę udawać, iż ze wszystkim sobie radzę. jeżeli będzie źle, powiem. I nie będę potem odreagowywać. Tata spojrzał na wszystkich i po raz pierwszy ledwo zauważalnie się uśmiechnął. – I razem pójdziemy do lekarza – rzucił – żeby potem nie było plotek i domysłów. Natalia poczuła, iż wraca do niej coś w rodzaju ostrożnego ciepła. Nie ulga do śmiechu, nie radość, raczej coś jak szansa. Po kolacji pomogła mamie zmywać naczynia. Talerze brzęczały w zlewie, woda szumiała. Natalia wycierała ręce w ręcznik i stanęła w drzwiach kuchni. – Mamo – powiedziała cicho – naprawdę nie chcę być we wszystkim pierwsza. Po prostu boję się, iż jak puszczę kontrolę, wszystko się rozpadnie. Mama spojrzała uważnie. – To powoli odpuszczaj – powiedziała – nie wszystko naraz. My też się uczymy. Natalia kiwnęła głową. Założyła płaszcz, sprawdziła światło w kuchni, zamknęła drzwi. Na klatce schodowej stanęła na moment, wsłuchała się w ciszę za drzwiami. Nie było tam krzyków, tylko przytłumione głosy. Zeszła na dół do samochodu, widząc, iż „zanim będzie za późno” nie dotyczy jednego złego telefonu. To o tym, iż teraz mają szansę rozmawiać zanim strach zrobi z nich obcych. I tę szansę trzeba będzie udowadniać nie słowami, tylko środkami, wizytami, drobnymi przyznaniami do uczuć, które bardziej chronią niż sama kontrola.

newskey24.com 4 godzin temu

Zanim będzie za późno

Małgorzata trzyma w jednej ręce reklamówkę z lekami, w drugiej teczkę z wypisami ze szpitala, a do tego próbuje nie upuścić kluczy, zamykając drzwi do mieszkania mamy. Mama stoi w korytarzu, uparcie nie siada na taborecie, choć nogi jej się trzęsą.

Sama sobie dam radę mówi mama i wyciąga rękę po torbę.

Małgorzata łagodnie spycha jej ramię, tak jak odsuwa się dziecko od gorącej kuchenki.

Tym razem siadasz i bez dyskusji.

Zna u siebie ten ton głosu. Ujawnia się, gdy wszystko zaczyna się rozsypywać i trzeba chociaż ten jeden porządek zebrać do kupy: gdzie dokumenty, kiedy leki, do kogo dzwonić. Mama zawsze się na to obraża, ale milczy. Dziś ta cisza waży jeszcze więcej.

W pokoju tata siedzi przy oknie, ubrany w domową koszulę, z pilotem w ręku, choć telewizor jest wyłączony. Patrzy nie na podwórze, tylko gdzieś w szybę, jakby tam leciał inny kanał.

Tato Małgorzata podchodzi bliżej. Przywiozłam wszystko, co lekarz przepisał. Mam też skierowanie na tomografię. Jutro rano jedziemy.

Tata kiwa głową. Ten ruch jest bardzo precyzyjny, jak podpis pod dokumentem.

Nie trzeba mnie zawozić mówi. Pojadę sam.

Sam to nigdzie nie pojedziesz ucina mama, po czym jej głos łagodnieje, jakby przestraszyła się własnych słów. Pojadę z tobą.

Małgorzata chciała powiedzieć, iż mama nie wytrzyma kolejki, iż potem leży z ciśnieniem i się do tego nie przyzna. Ale milczy. W środku zbiera się irytacja: dlaczego znowu wszystko jest na niej, dlaczego nikt nie może po prostu się zgodzić i zrobić tego, co trzeba.

Rozkłada na stole papiery, sprawdza daty, zszywa wyniki badań z zeszłego tygodnia czuje znajome zmęczenie tą odpowiedzialną rolą. Ma czterdzieści siedem lat, rodzinę, pracę, kredyt syna na głowie, a mimo to, gdy coś dzieje się u rodziców, zawsze zostaje główną, choć nikt jej nie mianował.

Dzwoni telefon na wyświetlaczu numer przychodni. Wychodzi do kuchni, przymyka drzwi.

Pani Małgorzato? głos młody, urzędowy. Tu lekarz onkolog z poradni. Według wyników biopsji…

Słowo biopsja słyszała już wcześniej, ale zawsze brzmi obco, jakby nie dotyczyło ich życia.

…podejrzenie procesu złośliwego. Trzeba pilnie wykonać dalsze badania. Rozumiem, iż to trudne, ale czas jest ważny.

Małgorzata opiera się o blat, żeby nie osunąć się na podłogę. Od razu przed oczami przelatują obrazki, których wcale nie chciała widzieć: szpitalne korytarze, kroplówki, obce twarze, plecy mamy w apaszce. Słyszy kaszel taty z pokoju i nagle ten dźwięk staje się dowodem.

Podejrzenie…? upewnia się. Czyli nie na pewno, ale…

Mówimy o dużym prawdopodobieństwie. Proszę nie zwlekać odpowiada lekarz. Proszę przyjść jutro rano z dokumentami, przyjmę państwa bez rejestracji.

Małgorzata dziękuje, odkłada słuchawkę i przez kilka sekund patrzy na kuchenkę, na wyłączony palnik, jakby tam miała być instrukcja, co robić dalej.

Kiedy wraca do pokoju, mama już na nią patrzy.

No? pyta. Powiedz.

Małgorzata otwiera usta i suche słowa samoistnie wychodzą.

Podejrzenie nowotworu. Kazali działać pilnie.

Mama siada. Tata nie zmienia wyrazu twarzy, tylko knykcie na pilocie robią się białe.

No to się doczekałem mówi cicho.

Małgorzata chciała zaprzeczyć, powiedzieć: nie mów tak, jeszcze nic pewnego, ale w gardle stoi gula. Uświadamia sobie, jak dużo w ich rodzinie trzymało się na nie wypowiadaniu pewnych słów. Teraz padło, a ściany jakby stały się cieńsze.

Wieczorem wraca do domu, ale nie może zasnąć. Mąż śpi, syn pisze z kimś w pokoju, a ona siedzi w kuchni i robi listę: co załatwić, jakie badania powtórzyć, kogo powiadomić. Dzwoni do brata.

Sebastian mówi spokojnym głosem. Tata ma podejrzenie. Jutro jedziemy do poradni.

Podejrzenie czego? brat pyta, jakby nie słyszał.

Nowotworu.

Długa cisza.

Ja nie dam rady jutro w końcu mówi brat. Mam dyżur.

Małgorzata zamyka oczy. Wie, iż Sebastian naprawdę pracuje, nie jest szefem i nie może wyjść ot tak. Ale w środku wzbiera znane uczucie: on zawsze nie może, ona zawsze musi.

Sebastian głos drży mimo starań. Tu nie chodzi o dyżur. Tu chodzi o tatę.

Przyjadę wieczorem gwałtownie odpowiada. Wiesz, że…

Wiem przerywa. Umiesz znikać, kiedy robi się ciężko.

Odruchowo żałuje tych słów, ale już padły. Brat milczy, potem krótko wzdycha.

Nie zaczynaj rzuca. Ty zawsze wszystko kontrolujesz, a potem masz pretensje.

Małgorzata odkłada słuchawkę, w środku zostaje pustka. Słucha tylko lodówki, która zaczyna buczeć, i myśli, iż teraz nie pora ustalać, kto ma rację. Ale właśnie wtedy, gdy jest strasznie, wszystko wychodzi na wierzch.

Następnego dnia jadą we troje: Małgorzata prowadzi, mama obok, tata z tyłu. Tata ściska teczkę z dokumentami tak, jakby to nie były papiery, tylko coś, czego nie wolno zgubić.

W rejestracji Małgorzata wypełnia wnioski, pokazuje dowód, kartę NFZ, skierowanie. Mama próbuje się włączać, ale myli nazwiska i daty. Tata stoi na boku, ogarnia wzrokiem ludzi: łysa głowa, apaszka, szare twarze. To nie współczucie raczej cicha znajomość losu.

Pani Małgorzato, proszę przejść woła pielęgniarka.

Lekarz w gabinecie gwałtownie przegląda dokumenty. Małgorzata obserwuje jego dłonie, próbując wyczytać z twarzy, jak jest źle. Lekarz mówi spokojnie, ale słowa mają haczyki: agresywność, stopniowanie, trzeba wyjaśnić. Tata siedzi sztywno, prawie jak na zebraniu.

Powtórzymy część badań i zrobimy ponowną biopsję. Bywa, iż próbka była za mała mówi lekarz.

Czyli nie są państwo pewni? dopytuje Małgorzata.

W medycynie rzadko jest 100% pewność bez potwierdzenia odpowiada lekarz. Ale mamy obowiązek postępować, jakby sprawa była poważna.

To zdanie boli bardziej niż podejrzenie. Działać, jakby czasu było mało. Małgorzata czuje, jak włącza się tryb przyspieszenia cała reszta: praca, plany, zmęczenie schodzi na dalszy plan.

Dni zaczynają się zlewać: rano telefony, zapisy, wyjazdy; w dzień kolejki, podpisy, papierki; wieczorem rodzinna kuchnia gadają tylko o logistyce.

Wezmę urlop mówi drugiego wieczoru, nalewając zupę do talerzy. W pracy sobie poradzą.

Nie trzeba mówi tata. Masz swoje życie.

Tato Małgorzata stawia mu talerz. To nie czas na dumę.

Mama patrzy na nich i Małgorzata widzi, jak drży jej dolna warga. Mama zawsze była silna kiedy tata stracił pracę w latach 90., kiedy Małgorzata się rozwodziła, kiedy brat miał swoje afery. Tak długo, iż nikt już nie pytał, jak się naprawdę czuje.

Nie chcę, żebyście… zaczyna mama i zawiesza głos.

Żebyśmy co? Małgorzata podnosi wzrok.

Żebyście potem sobie… nie wybaczyli mama zaciska łyżkę.

Małgorzata chce powiedzieć, iż i tak wielu rzeczy sobie nie wybaczyli, tylko nie nazywali ich po imieniu. Ale znowu milczy.

Nocą nie może spać. Słucha oddechu męża i myśli, iż tata się starzeje. Przypomina sobie, jak uczył ją jeździć na rowerze, trzymając za siodełko, aż pojechała sama. Wtedy nie bała się upaść, bo wiedziała, iż jest za nią. Teraz to ona czuwa, i myśli, iż trzyma już nie za rower, tylko za cały dom.

Trzeciego dnia brat w końcu przyjeżdża. Wchodzi z siatką owoców i lekko niepewnym uśmiechem.

Cześć mówi i w Małgorzacie coś się buntuje, bo ten uśmiech wydaje się nie na miejscu.

Cześć odpowiada sucho.

Siedzą w kuchni, mama kroi jabłka, tata milczy. Sebastian zaczyna mówić o pracy, jakby chciał zasłonić ciszę czymś neutralnym.

Sebastian Małgorzata nie wytrzymuje. Wiesz, co się dzieje?

Wiem brat przerywa. Nie jestem głupi.

To czemu wczoraj nie przyjechałeś? głos jej się podnosi. Czemu zawsze wybierasz, co ci wygodniej?

Sebastian blednie.

Ktoś musi pracować mówi. Myślisz, iż pieniądze się same biorą? Ty zawsze masz wszystko zaplanowane, a ja…

A ty co? Małgorzata pochyla się. Jesteś dorosły, Sebastian. Nie nastolatek.

Tata unosi rękę.

Dość… mówi cicho.

Ale Małgorzata już się rozpędziła. Strach o ojca miesza się ze starą pretensją do brata, do mamy, do siebie.

Zawsze znikałeś, kiedy było trudno mówi. Kiedy mama leżała z ciśnieniem, kiedy tata… wtedy pił, pamiętasz? Po prostu znikałeś. Ja zostawałam.

Mama energicznie odkłada nóż.

Nie trzeba do tego wracać mówi. To było dawno…

Dawno powtarza Małgorzata. Ale tego się nie wymazuje.

Brat uderza dłonią w stół.

Myślisz, iż mi było łatwo zostawać? wyrzuca. Lubisz być najważniejsza. Lubisz być potrzebna, a potem nas za to masz dość.

Te słowa trafiają w czułe miejsce. Faktycznie, bycie potrzebną było i słodkie, i trudne wtedy miała prawo…

Nie mam dość rzuca, ale sama w to nie wierzy.

Ojciec wstaje, każdy ruch wydaje się wymagać decyzji.

Myślicie, iż nie widzę? mówi. Że nie rozumiem, jak się spieracie? Przekrzykujecie się przeze mnie. Jakbym już…

Nie kończy. Mama łapie go za rękę.

Nie mów szepcze.

Małgorzata nagle widzi tatę już nie jako tatę, ale jako człowieka, który siedzi w poczekalniach, słucha diagnoz i nie chce okazać, iż mu strasznie. Robi jej się wstyd.

Telefon wibruje na stole. Małgorzata patrzy automatycznie: numer laboratorium, gdzie oddali próbki.

Halo mówi.

Pani Małgorzato? głos jest inny, zmęczony, mniej oficjalny. Laboratorium. Mamy błąd w oznaczeniu próbek. Sprawdzamy sprawę, ale jest ryzyko, iż wyniki pana ojca zostały pomylone.

Początkowo sens tego zdania do niej nie dociera. Słowa błąd i pomyłka nie układają się w realność.

Proszę? pyta. Co to znaczy pomyłka?

Odkryliśmy niezgodność kodów kreskowych tłumaczy głos. Prosimy jutro rano przyjść na powtórne, darmowe badania. Biopsję też analizujemy jeszcze raz. Przepraszamy.

Małgorzata odkłada słuchawkę, patrzy w ekran jakby czekała na dodatkowe potwierdzenie, iż się nie przesłyszała.

Co się stało? pyta brat.

Mówią… odpowiada. Że mogą być zamienione wyniki badań.

Mama zakrywa usta dłonią. Ojciec siada z powrotem, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.

To znaczy… brat oddycha z ulgą. To może wcale nie…

Małgorzata kiwa głową. I nie czuje ulgi, raczej pustkę. Jakby ktoś nagle wyłączył syrenę i w tym milczeniu lepiej słychać wszystko, co powiedzieli sobie w nerwach.

Następnego dnia znów jadą całą rodziną do laboratorium. Małgorzata wiezie rodziców, Sebastian jedzie autobusem i spotyka ich przed wejściem. Nikt nie żartuje, nikt nie rozmawia o pogodzie. Wszyscy tkwią w kolejce, ściskają numerki, słuchają, jak pielęgniarka wywołuje nazwiska.

Tata oddaje krew bez słowa. Małgorzata patrzy, jak cienka igła wbija się w żyłę, jak krew wolno ciemnieje w probówce. Myśli, iż to nie film, nie scenariusz lekcji to ich życie, gdzie błąd kodu kreskowego może przewrócić wszystko na kilka dni.

Obiecali wyniki za dwa dni. Te dwa dni są inne nie ma już paniki, ale jest skrępowanie. Mama zachowuje się, jakby nic się nie wydarzyło, pyta o kawę, oferuje ciasto, wypytuje Małgorzatę, czy nie jest zbyt zmęczona. Tata jeszcze bardziej milczy. Sebastian dzwoni raz czy dwa i pyta tylko: Jak tam?. Małgorzata odpowiada równie krótko.

Łapie się na tym, iż czeka, aż ktoś powie przepraszam. Ale nikt nie mówi. Ona też nie, bo nie wie, za co przepraszać najpierw.

Kiedy dzwonią z poradni, iż po ponownej analizie nie potwierdzono nowotworu, Małgorzata stoi w korku w centrum Warszawy. Lekarz wyjaśnia, iż pierwotny wynik był efektem pomyłki przy znakowaniu i zbyt małej ilości tkanki, a teraz wszystko wygląda inaczej trzeba obserwować, kontrola za pół roku.

Czyli nie ma raka? głos jej się łamie.

Na ten moment nie ma podstaw do rozpoznania onkologii mówi lekarz. Ale kontrola obowiązkowa.

Małgorzata odłącza się i przez chwilę siedzi trzymając kierownicę klaksony, manewry, a ona czuje łzy lecące po twarzy. Nie ze szczęścia, tylko z tego, iż napięcie, które ją trzymało przez te dni, odpuszcza, a razem z nim coś głębiej popuszcza.

Wieczorem spotykają się u rodziców. Małgorzata przynosi ciasto z pobliskiej piekarni, bo ręce się trzęsły i nie miała siły piec sama. Sebastian przychodzi z kwiatami dla mamy. Tata siedzi w fotelu, patrzy na dzieci jak na podróżnych, którzy szczęśliwie wrócili.

No mówi brat, próbując się uśmiechnąć. Można w końcu odetchnąć.

Odetchnąć można wzdycha tata. Ale jak potem znowu zaczerpnąć powietrza?

Małgorzata patrzy na niego. W głosie nie ma pretensji, tylko zwykłe zmęczenie.

Tato… zaczyna Ja…

Słowa się blokują, ale wie, iż jeżeli teraz się zacznie usprawiedliwiać, znów wpadnie w stare: chciałam dobrze, byłam w stresie. Trzeba powiedzieć to inaczej.

Bałam się mówi wreszcie. I zaczęłam rządzić, jak zawsze. I na Sebastiana się rzuciłam. Przepraszam.

Brat spuszcza wzrok.

Ja też mówi cicho. Również się przestraszyłem Schowałem się w pracy. Przepraszam.

Mama pociąga nosem, ale nie płacze. Siada przy tacie i bierze go za dłoń.

A ja… spogląda na Małgorzatę i brata. Cały czas udawałam, iż wszystko u nas w porządku. Żebyście się nie kłócili. Ale przez to byliście jeszcze dalej od siebie.

Tata ściska jej rękę.

Ja nie chcę, żebyście byli idealni mówi. Chcę, żebyście byli blisko. I żebyście nie robili ze mnie powodu do sporów.

Małgorzata kiwa głową. Wie, iż ślad tych dni zostanie. Słowa o znikaniu i byciu główną nie znikną od jednego przepraszam. Ale coś się przesuwa. Powiedzieli na głos to, co skrywali.

Umówmy się tak mówi, starając się mówić bez emocji. Nie będę już wszystkiego sama decydować. Mogę pomagać, ale musicie też brać coś na siebie. Sebastian, możesz przyjeżdżać raz w tygodniu do taty na wizyty, gdy się zaczną kolejne badania? Nie jak znajdziesz czas, tylko konkretnie.

Brat nie od razu, ale kiwa głową.

Mogę. W środy mam wolne. Będę.

A ja mówi mama przestanę udawać, iż wszystko mi wolno i nic mnie nie przerasta. Jak będzie źle, powiem i nie będę się wyżywać.

Tata patrzy i lekko się uśmiecha.

I na kolejne kontrole pójdziemy razem dodaje Żeby potem nie było domysłów.

Małgorzata czuje w sobie delikatne ciepło. Nie śmiech z ulgi, nie święto raczej poczucie jakiejś szansy.

Po kolacji pomaga mamie zmywać naczynia. Talerze brzęczą w zlewie, leje się woda. Wyciera ręce ścierką, zatrzymuje się w progu.

Mamo mówi cicho. Naprawdę nie chcę być najważniejsza. Tylko boję się, iż jeżeli odpuszczę, wszystko się rozleci.

Mama patrzy uważnie.

To spróbuj odpuszczać po trochu mówi. Nie naraz. My też się uczymy.

Małgorzata kiwa głową. Wychodzi na korytarz, zakłada płaszcz, sprawdza wyłączone światło w kuchni, zamyka drzwi. Na klatce zatrzymuje się na chwilę, nasłuchuje ciszy za drzwiami. Nie ma już tam kłótni, tylko przyciszone głosy.

Schodzi i idzie do samochodu czując, iż zanim będzie za późno nie oznacza jednego strasznego telefonu. To szansa mówić wcześniej, zanim strach zrobi z nich obcych ludzi. I tę szansę trzeba będzie potwierdzać środowymi wizytami, gestami, krótkimi przyznaniami, które są trudne, ale trzymają mocniej niż kontrola.

Idź do oryginalnego materiału