Zanim będzie za późno
Małgorzata trzyma w jednej ręce reklamówkę z lekami, w drugiej teczkę z wypisami ze szpitala, a do tego próbuje nie upuścić kluczy, zamykając drzwi do mieszkania mamy. Mama stoi w korytarzu, uparcie nie siada na taborecie, choć nogi jej się trzęsą.
Sama sobie dam radę mówi mama i wyciąga rękę po torbę.
Małgorzata łagodnie spycha jej ramię, tak jak odsuwa się dziecko od gorącej kuchenki.
Tym razem siadasz i bez dyskusji.
Zna u siebie ten ton głosu. Ujawnia się, gdy wszystko zaczyna się rozsypywać i trzeba chociaż ten jeden porządek zebrać do kupy: gdzie dokumenty, kiedy leki, do kogo dzwonić. Mama zawsze się na to obraża, ale milczy. Dziś ta cisza waży jeszcze więcej.
W pokoju tata siedzi przy oknie, ubrany w domową koszulę, z pilotem w ręku, choć telewizor jest wyłączony. Patrzy nie na podwórze, tylko gdzieś w szybę, jakby tam leciał inny kanał.
Tato Małgorzata podchodzi bliżej. Przywiozłam wszystko, co lekarz przepisał. Mam też skierowanie na tomografię. Jutro rano jedziemy.
Tata kiwa głową. Ten ruch jest bardzo precyzyjny, jak podpis pod dokumentem.
Nie trzeba mnie zawozić mówi. Pojadę sam.
Sam to nigdzie nie pojedziesz ucina mama, po czym jej głos łagodnieje, jakby przestraszyła się własnych słów. Pojadę z tobą.
Małgorzata chciała powiedzieć, iż mama nie wytrzyma kolejki, iż potem leży z ciśnieniem i się do tego nie przyzna. Ale milczy. W środku zbiera się irytacja: dlaczego znowu wszystko jest na niej, dlaczego nikt nie może po prostu się zgodzić i zrobić tego, co trzeba.
Rozkłada na stole papiery, sprawdza daty, zszywa wyniki badań z zeszłego tygodnia czuje znajome zmęczenie tą odpowiedzialną rolą. Ma czterdzieści siedem lat, rodzinę, pracę, kredyt syna na głowie, a mimo to, gdy coś dzieje się u rodziców, zawsze zostaje główną, choć nikt jej nie mianował.
Dzwoni telefon na wyświetlaczu numer przychodni. Wychodzi do kuchni, przymyka drzwi.
Pani Małgorzato? głos młody, urzędowy. Tu lekarz onkolog z poradni. Według wyników biopsji…
Słowo biopsja słyszała już wcześniej, ale zawsze brzmi obco, jakby nie dotyczyło ich życia.
…podejrzenie procesu złośliwego. Trzeba pilnie wykonać dalsze badania. Rozumiem, iż to trudne, ale czas jest ważny.
Małgorzata opiera się o blat, żeby nie osunąć się na podłogę. Od razu przed oczami przelatują obrazki, których wcale nie chciała widzieć: szpitalne korytarze, kroplówki, obce twarze, plecy mamy w apaszce. Słyszy kaszel taty z pokoju i nagle ten dźwięk staje się dowodem.
Podejrzenie…? upewnia się. Czyli nie na pewno, ale…
Mówimy o dużym prawdopodobieństwie. Proszę nie zwlekać odpowiada lekarz. Proszę przyjść jutro rano z dokumentami, przyjmę państwa bez rejestracji.
Małgorzata dziękuje, odkłada słuchawkę i przez kilka sekund patrzy na kuchenkę, na wyłączony palnik, jakby tam miała być instrukcja, co robić dalej.
Kiedy wraca do pokoju, mama już na nią patrzy.
No? pyta. Powiedz.
Małgorzata otwiera usta i suche słowa samoistnie wychodzą.
Podejrzenie nowotworu. Kazali działać pilnie.
Mama siada. Tata nie zmienia wyrazu twarzy, tylko knykcie na pilocie robią się białe.
No to się doczekałem mówi cicho.
Małgorzata chciała zaprzeczyć, powiedzieć: nie mów tak, jeszcze nic pewnego, ale w gardle stoi gula. Uświadamia sobie, jak dużo w ich rodzinie trzymało się na nie wypowiadaniu pewnych słów. Teraz padło, a ściany jakby stały się cieńsze.
Wieczorem wraca do domu, ale nie może zasnąć. Mąż śpi, syn pisze z kimś w pokoju, a ona siedzi w kuchni i robi listę: co załatwić, jakie badania powtórzyć, kogo powiadomić. Dzwoni do brata.
Sebastian mówi spokojnym głosem. Tata ma podejrzenie. Jutro jedziemy do poradni.
Podejrzenie czego? brat pyta, jakby nie słyszał.
Nowotworu.
Długa cisza.
Ja nie dam rady jutro w końcu mówi brat. Mam dyżur.
Małgorzata zamyka oczy. Wie, iż Sebastian naprawdę pracuje, nie jest szefem i nie może wyjść ot tak. Ale w środku wzbiera znane uczucie: on zawsze nie może, ona zawsze musi.
Sebastian głos drży mimo starań. Tu nie chodzi o dyżur. Tu chodzi o tatę.
Przyjadę wieczorem gwałtownie odpowiada. Wiesz, że…
Wiem przerywa. Umiesz znikać, kiedy robi się ciężko.
Odruchowo żałuje tych słów, ale już padły. Brat milczy, potem krótko wzdycha.
Nie zaczynaj rzuca. Ty zawsze wszystko kontrolujesz, a potem masz pretensje.
Małgorzata odkłada słuchawkę, w środku zostaje pustka. Słucha tylko lodówki, która zaczyna buczeć, i myśli, iż teraz nie pora ustalać, kto ma rację. Ale właśnie wtedy, gdy jest strasznie, wszystko wychodzi na wierzch.
Następnego dnia jadą we troje: Małgorzata prowadzi, mama obok, tata z tyłu. Tata ściska teczkę z dokumentami tak, jakby to nie były papiery, tylko coś, czego nie wolno zgubić.
W rejestracji Małgorzata wypełnia wnioski, pokazuje dowód, kartę NFZ, skierowanie. Mama próbuje się włączać, ale myli nazwiska i daty. Tata stoi na boku, ogarnia wzrokiem ludzi: łysa głowa, apaszka, szare twarze. To nie współczucie raczej cicha znajomość losu.
Pani Małgorzato, proszę przejść woła pielęgniarka.
Lekarz w gabinecie gwałtownie przegląda dokumenty. Małgorzata obserwuje jego dłonie, próbując wyczytać z twarzy, jak jest źle. Lekarz mówi spokojnie, ale słowa mają haczyki: agresywność, stopniowanie, trzeba wyjaśnić. Tata siedzi sztywno, prawie jak na zebraniu.
Powtórzymy część badań i zrobimy ponowną biopsję. Bywa, iż próbka była za mała mówi lekarz.
Czyli nie są państwo pewni? dopytuje Małgorzata.
W medycynie rzadko jest 100% pewność bez potwierdzenia odpowiada lekarz. Ale mamy obowiązek postępować, jakby sprawa była poważna.
To zdanie boli bardziej niż podejrzenie. Działać, jakby czasu było mało. Małgorzata czuje, jak włącza się tryb przyspieszenia cała reszta: praca, plany, zmęczenie schodzi na dalszy plan.
Dni zaczynają się zlewać: rano telefony, zapisy, wyjazdy; w dzień kolejki, podpisy, papierki; wieczorem rodzinna kuchnia gadają tylko o logistyce.
Wezmę urlop mówi drugiego wieczoru, nalewając zupę do talerzy. W pracy sobie poradzą.
Nie trzeba mówi tata. Masz swoje życie.
Tato Małgorzata stawia mu talerz. To nie czas na dumę.
Mama patrzy na nich i Małgorzata widzi, jak drży jej dolna warga. Mama zawsze była silna kiedy tata stracił pracę w latach 90., kiedy Małgorzata się rozwodziła, kiedy brat miał swoje afery. Tak długo, iż nikt już nie pytał, jak się naprawdę czuje.
Nie chcę, żebyście… zaczyna mama i zawiesza głos.
Żebyśmy co? Małgorzata podnosi wzrok.
Żebyście potem sobie… nie wybaczyli mama zaciska łyżkę.
Małgorzata chce powiedzieć, iż i tak wielu rzeczy sobie nie wybaczyli, tylko nie nazywali ich po imieniu. Ale znowu milczy.
Nocą nie może spać. Słucha oddechu męża i myśli, iż tata się starzeje. Przypomina sobie, jak uczył ją jeździć na rowerze, trzymając za siodełko, aż pojechała sama. Wtedy nie bała się upaść, bo wiedziała, iż jest za nią. Teraz to ona czuwa, i myśli, iż trzyma już nie za rower, tylko za cały dom.
Trzeciego dnia brat w końcu przyjeżdża. Wchodzi z siatką owoców i lekko niepewnym uśmiechem.
Cześć mówi i w Małgorzacie coś się buntuje, bo ten uśmiech wydaje się nie na miejscu.
Cześć odpowiada sucho.
Siedzą w kuchni, mama kroi jabłka, tata milczy. Sebastian zaczyna mówić o pracy, jakby chciał zasłonić ciszę czymś neutralnym.
Sebastian Małgorzata nie wytrzymuje. Wiesz, co się dzieje?
Wiem brat przerywa. Nie jestem głupi.
To czemu wczoraj nie przyjechałeś? głos jej się podnosi. Czemu zawsze wybierasz, co ci wygodniej?
Sebastian blednie.
Ktoś musi pracować mówi. Myślisz, iż pieniądze się same biorą? Ty zawsze masz wszystko zaplanowane, a ja…
A ty co? Małgorzata pochyla się. Jesteś dorosły, Sebastian. Nie nastolatek.
Tata unosi rękę.
Dość… mówi cicho.
Ale Małgorzata już się rozpędziła. Strach o ojca miesza się ze starą pretensją do brata, do mamy, do siebie.
Zawsze znikałeś, kiedy było trudno mówi. Kiedy mama leżała z ciśnieniem, kiedy tata… wtedy pił, pamiętasz? Po prostu znikałeś. Ja zostawałam.
Mama energicznie odkłada nóż.
Nie trzeba do tego wracać mówi. To było dawno…
Dawno powtarza Małgorzata. Ale tego się nie wymazuje.
Brat uderza dłonią w stół.
Myślisz, iż mi było łatwo zostawać? wyrzuca. Lubisz być najważniejsza. Lubisz być potrzebna, a potem nas za to masz dość.
Te słowa trafiają w czułe miejsce. Faktycznie, bycie potrzebną było i słodkie, i trudne wtedy miała prawo…
Nie mam dość rzuca, ale sama w to nie wierzy.
Ojciec wstaje, każdy ruch wydaje się wymagać decyzji.
Myślicie, iż nie widzę? mówi. Że nie rozumiem, jak się spieracie? Przekrzykujecie się przeze mnie. Jakbym już…
Nie kończy. Mama łapie go za rękę.
Nie mów szepcze.
Małgorzata nagle widzi tatę już nie jako tatę, ale jako człowieka, który siedzi w poczekalniach, słucha diagnoz i nie chce okazać, iż mu strasznie. Robi jej się wstyd.
Telefon wibruje na stole. Małgorzata patrzy automatycznie: numer laboratorium, gdzie oddali próbki.
Halo mówi.
Pani Małgorzato? głos jest inny, zmęczony, mniej oficjalny. Laboratorium. Mamy błąd w oznaczeniu próbek. Sprawdzamy sprawę, ale jest ryzyko, iż wyniki pana ojca zostały pomylone.
Początkowo sens tego zdania do niej nie dociera. Słowa błąd i pomyłka nie układają się w realność.
Proszę? pyta. Co to znaczy pomyłka?
Odkryliśmy niezgodność kodów kreskowych tłumaczy głos. Prosimy jutro rano przyjść na powtórne, darmowe badania. Biopsję też analizujemy jeszcze raz. Przepraszamy.
Małgorzata odkłada słuchawkę, patrzy w ekran jakby czekała na dodatkowe potwierdzenie, iż się nie przesłyszała.
Co się stało? pyta brat.
Mówią… odpowiada. Że mogą być zamienione wyniki badań.
Mama zakrywa usta dłonią. Ojciec siada z powrotem, jakby nogi odmówiły mu posłuszeństwa.
To znaczy… brat oddycha z ulgą. To może wcale nie…
Małgorzata kiwa głową. I nie czuje ulgi, raczej pustkę. Jakby ktoś nagle wyłączył syrenę i w tym milczeniu lepiej słychać wszystko, co powiedzieli sobie w nerwach.
Następnego dnia znów jadą całą rodziną do laboratorium. Małgorzata wiezie rodziców, Sebastian jedzie autobusem i spotyka ich przed wejściem. Nikt nie żartuje, nikt nie rozmawia o pogodzie. Wszyscy tkwią w kolejce, ściskają numerki, słuchają, jak pielęgniarka wywołuje nazwiska.
Tata oddaje krew bez słowa. Małgorzata patrzy, jak cienka igła wbija się w żyłę, jak krew wolno ciemnieje w probówce. Myśli, iż to nie film, nie scenariusz lekcji to ich życie, gdzie błąd kodu kreskowego może przewrócić wszystko na kilka dni.
Obiecali wyniki za dwa dni. Te dwa dni są inne nie ma już paniki, ale jest skrępowanie. Mama zachowuje się, jakby nic się nie wydarzyło, pyta o kawę, oferuje ciasto, wypytuje Małgorzatę, czy nie jest zbyt zmęczona. Tata jeszcze bardziej milczy. Sebastian dzwoni raz czy dwa i pyta tylko: Jak tam?. Małgorzata odpowiada równie krótko.
Łapie się na tym, iż czeka, aż ktoś powie przepraszam. Ale nikt nie mówi. Ona też nie, bo nie wie, za co przepraszać najpierw.
Kiedy dzwonią z poradni, iż po ponownej analizie nie potwierdzono nowotworu, Małgorzata stoi w korku w centrum Warszawy. Lekarz wyjaśnia, iż pierwotny wynik był efektem pomyłki przy znakowaniu i zbyt małej ilości tkanki, a teraz wszystko wygląda inaczej trzeba obserwować, kontrola za pół roku.
Czyli nie ma raka? głos jej się łamie.
Na ten moment nie ma podstaw do rozpoznania onkologii mówi lekarz. Ale kontrola obowiązkowa.
Małgorzata odłącza się i przez chwilę siedzi trzymając kierownicę klaksony, manewry, a ona czuje łzy lecące po twarzy. Nie ze szczęścia, tylko z tego, iż napięcie, które ją trzymało przez te dni, odpuszcza, a razem z nim coś głębiej popuszcza.
Wieczorem spotykają się u rodziców. Małgorzata przynosi ciasto z pobliskiej piekarni, bo ręce się trzęsły i nie miała siły piec sama. Sebastian przychodzi z kwiatami dla mamy. Tata siedzi w fotelu, patrzy na dzieci jak na podróżnych, którzy szczęśliwie wrócili.
No mówi brat, próbując się uśmiechnąć. Można w końcu odetchnąć.
Odetchnąć można wzdycha tata. Ale jak potem znowu zaczerpnąć powietrza?
Małgorzata patrzy na niego. W głosie nie ma pretensji, tylko zwykłe zmęczenie.
Tato… zaczyna Ja…
Słowa się blokują, ale wie, iż jeżeli teraz się zacznie usprawiedliwiać, znów wpadnie w stare: chciałam dobrze, byłam w stresie. Trzeba powiedzieć to inaczej.
Bałam się mówi wreszcie. I zaczęłam rządzić, jak zawsze. I na Sebastiana się rzuciłam. Przepraszam.
Brat spuszcza wzrok.
Ja też mówi cicho. Również się przestraszyłem Schowałem się w pracy. Przepraszam.
Mama pociąga nosem, ale nie płacze. Siada przy tacie i bierze go za dłoń.
A ja… spogląda na Małgorzatę i brata. Cały czas udawałam, iż wszystko u nas w porządku. Żebyście się nie kłócili. Ale przez to byliście jeszcze dalej od siebie.
Tata ściska jej rękę.
Ja nie chcę, żebyście byli idealni mówi. Chcę, żebyście byli blisko. I żebyście nie robili ze mnie powodu do sporów.
Małgorzata kiwa głową. Wie, iż ślad tych dni zostanie. Słowa o znikaniu i byciu główną nie znikną od jednego przepraszam. Ale coś się przesuwa. Powiedzieli na głos to, co skrywali.
Umówmy się tak mówi, starając się mówić bez emocji. Nie będę już wszystkiego sama decydować. Mogę pomagać, ale musicie też brać coś na siebie. Sebastian, możesz przyjeżdżać raz w tygodniu do taty na wizyty, gdy się zaczną kolejne badania? Nie jak znajdziesz czas, tylko konkretnie.
Brat nie od razu, ale kiwa głową.
Mogę. W środy mam wolne. Będę.
A ja mówi mama przestanę udawać, iż wszystko mi wolno i nic mnie nie przerasta. Jak będzie źle, powiem i nie będę się wyżywać.
Tata patrzy i lekko się uśmiecha.
I na kolejne kontrole pójdziemy razem dodaje Żeby potem nie było domysłów.
Małgorzata czuje w sobie delikatne ciepło. Nie śmiech z ulgi, nie święto raczej poczucie jakiejś szansy.
Po kolacji pomaga mamie zmywać naczynia. Talerze brzęczą w zlewie, leje się woda. Wyciera ręce ścierką, zatrzymuje się w progu.
Mamo mówi cicho. Naprawdę nie chcę być najważniejsza. Tylko boję się, iż jeżeli odpuszczę, wszystko się rozleci.
Mama patrzy uważnie.
To spróbuj odpuszczać po trochu mówi. Nie naraz. My też się uczymy.
Małgorzata kiwa głową. Wychodzi na korytarz, zakłada płaszcz, sprawdza wyłączone światło w kuchni, zamyka drzwi. Na klatce zatrzymuje się na chwilę, nasłuchuje ciszy za drzwiami. Nie ma już tam kłótni, tylko przyciszone głosy.
Schodzi i idzie do samochodu czując, iż zanim będzie za późno nie oznacza jednego strasznego telefonu. To szansa mówić wcześniej, zanim strach zrobi z nich obcych ludzi. I tę szansę trzeba będzie potwierdzać środowymi wizytami, gestami, krótkimi przyznaniami, które są trudne, ale trzymają mocniej niż kontrola.











