Pięćset dwadzieścia złotych — tyle kosztowała ta wycieczka do Zakopanego, którą Bożena dostała od syna w prezencie na sześćdziesiąte trzecie urodziny. Karnecik na termy, dwie noce w pensjonacie przy Krupówkach, śniadania w cenie. Jedyny warunek, który postawiła synowa: żadnych zdjęć, żadnych relacji, konto na Facebooku ma zostać wyłączone na te dwa dni.
Bożena zapisała ten warunek na karteczce przy telefonie, obok listy leków. Nie zrozumiała go wtedy do końca, ale skinęła głową przez telefon, jakby Marta mogła to zobaczyć.
Pojechała autobusem PKS z Nowego Targu, bo tak było bliżej niż z Krakowa, gdzie mieszkała od trzydziestu ośmiu lat w tym samym mieszkaniu na Podgórzu, w bloku, w którym winda jeździła raz na jakiś czas i pachniało zawsze tym samym — kapustą z sąsiedniego mieszkania i proszkiem do prania Vizir, którego używała jeszcze jej matka. W telewizorze, zanim wyszła, leciał akurat program o pogodzie, zapowiadali ochłodzenie w górach, więc wzięła drugi sweter.
W pensjonacie przydzielili jej pokój numer siedem, z widokiem na Giewont, i to właśnie tam, drugiego dnia rano, usłyszała przez uchylone drzwi rozmowę, która nie była przeznaczona dla jej uszu.
Rozmawiały dwie kobiety z obsługi na korytarzu, ścieląc pościel w sąsiednim pokoju.
— Ta pani z siódemki? To ta, co syn zabronił jej wrzucać zdjęcia — powiedziała jedna, młodsza, sądząc po głosie.
— No i dobrze zrobił. Bo ona ma konto pod swoim nazwiskiem, a syn prowadzi tę firmę transportową, wie pani, te ciężarówki, co jeżdżą do Niemiec. I podobno matka ciągle coś wrzuca, gdzie kto jest, kiedy wyjeżdża, ile zarabiają. A ktoś to czyta.
Bożena stała z ręcznikiem w dłoni, bo szła akurat do łazienki na korytarzu, bo w pokoju siódmym była tylko umywalka. Nie poruszyła się. Nie chciała, żeby wiedziały, iż słyszy.
— To po co ją tu wysłali, skoro się boją, iż coś opublikuje?
— A bo synowa mówi, iż to jedyny sposób, żeby matka odpoczęła i nie miała dostępu do internetu przez te dwa dni. Podobno w domu ciągle na tym telefonie siedzi, komentuje wszystko sąsiadom, całej rodzinie, choćby klientom firmy pisze pod postami.
Bożena wróciła do pokoju i usiadła na łóżku. Za oknem szumiał potok, jakiś turysta na dole głośno rozmawiał przez telefon o rezerwacji na jutrzejszą kolejkę na Kasprowy. Ona myślała o tym telefonie, który leżał wyłączony w szufladzie recepcji — bo to była część umowy, oddała go na czas pobytu, tak zażyczyła sobie Marta, synowa, i on, Tomek, jej jedyny syn.
Nie chodziło więc o odpoczynek. Chodziło o to, żeby przez czterdzieści osiem godzin nikt nie mógł się dowiedzieć, gdzie ona jest — bo tam, gdzie ona jest, nie ma jej w Krakowie, w mieszkaniu, gdzie w piwnicy, w metalowej szafce po ojcu, trzymała dokumenty firmy transportowej, którą razem z mężem — świętej pamięci Stanisławem — budowała od zera trzydzieści jeden lat temu. Firma, którą pięć lat temu formalnie przepisała na syna, zachowując dla siebie jeden procent udziałów i prawo wglądu w księgi. Tak doradził jej wtedy notariusz, pan Kowalczyk z kancelarii przy placu Wolnica: żeby nigdy nie zostać całkiem bez niczego.
Ten jeden procent teraz komuś przeszkadzał.
Wieczorem zeszła na kolację. Przy sąsiednim stoliku siedziała para z Wrocławia, rozmawiali o cenach karnetów na termy — sto dwadzieścia złotych za trzy godziny, drożyzna, mówili. Bożena jadła żurek i patrzyła przez okno na oświetlone reklamy oscypków na dole ulicy. Nie zadzwoniła do nikogo, bo nie miała jak. Ale zapamiętała każde słowo z tamtej rozmowy na korytarzu.
Wróciła do Krakowa trzeciego dnia po południu, autobusem, tym samym, którym przyjechała. Telefon oddali jej dopiero na dworcu — tak umówiła się z kierowcą, który miał zlecenie od Tomka, żeby "matka miała komórkę dopiero po powrocie, dla jej spokoju". Włączyła go w autobusie i miała siedemnaście nieodebranych połączeń od córki, Ewy, mieszkającej w Gdyni, i żadnego od syna.
Nie poszła prosto do domu. Poszła do kancelarii notarialnej przy placu Wolnica, choć była już szesnasta trzydzieści i pan Kowalczyk kończył pracę o siedemnastej.
— Chcę zobaczyć księgi za ostatni kwartał — powiedziała, siadając na krześle, które pamiętało jeszcze czasy, kiedy przychodziła tu z mężem podpisywać pierwszą umowę leasingu na ciężarówkę, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku.
Notariusz spojrzał na nią znad okularów.
— Pani Bożeno, prawo wglądu przysługuje pani zawsze, nie musi pani czekać na żadną szczególną okazję.
— Wiem. Ale teraz chcę skorzystać.
Dokumenty pokazały to, czego się spodziewała, choć wolałaby się mylić: trzy transporty do Norymbergi zafakturowane na firmę-krzak zarejestrowaną na adres mieszkania Marty w Bochni, marża przechodząca obok głównej spółki, około stu dziewięćdziesięciu tysięcy złotych w ciągu ośmiu miesięcy. Syn nie kradł wprost — robił coś gorszego, budował sobie zapasowe wyjście, drugą firmę, na wypadek gdyby matka postanowiła kiedyś zabrać swój procent albo gdyby coś się nie ułożyło z żoną i trzeba było ukryć majątek przed podziałem.
I bał się jednej rzeczy: iż matka, która lubiła pisać na Facebooku posty pod zdjęciami ciężarówek — "wyjazd numer trzysta czterdzieści siedem, kierowca Waldek, trasa Kraków–Norymberga" — kiedyś napisze coś, co zwróci uwagę kogoś niewłaściwego. Konkurencji. Albo urzędu skarbowego.
Nie chodziło o jej odpoczynek. Chodziło o to, żeby przez te dwa dni telefon leżał w szufladzie, a ona nie mogła sprawdzić poczty, nie mogła zadzwonić do notariusza, nie mogła zobaczyć, iż akurat w tym tygodniu przelewano pieniądze na konto w Bochni.
Wieczorem zadzwoniła do Tomka. Odebrał po trzecim sygnale, głosem, w którym słychać było, iż wie, iż ona już wie.
— Mamo, wróciłaś? Jak było w Zakopanem?
— Byłam u pana Kowalczyka — powiedziała tylko.
Cisza po drugiej stronie trwała kilka sekund.
— Mamo, ja to mogę wytłumaczyć.
— Nie musisz. Jutro o dziesiątej mam spotkanie z panem Kowalczykiem w sprawie mojego procentu. Sprzedaję go. Nie tobie.
— Komu?
— Panu Grzegorzowi Nowakowi. Prowadzi firmę spedycyjną na Zabłociu, znałam go jeszcze z czasów, kiedy ojciec woził dla niego zlecenia zastępcze. Zaproponował mi to pół roku temu, kiedy przypadkiem spotkaliśmy się na targach transportowych w Poznaniu, a ja mu wtedy odmówiłam, bo myślałam, iż tobie ufam.
Następnego dnia o dziesiątej rano Bożena siedziała w tym samym pokoju, w którym trzydzieści jeden lat temu podpisywała pierwszą umowę leasingową razem ze Stanisławem. Na stole leżała teczka z dokumentami — jeden procent udziałów, wart, jak się okazało po wycenie, sto dwanaście tysięcy złotych, bo firma urosła przez te lata bardziej, niż ktokolwiek się spodziewał. Obok teczki stał kubek z kawą, który przyniosła sekretarka, i telefon Bożeny, włączony, z otwartą aplikacją banku — bo pan Nowak przelał zadatek od razu, na jej oczach, dwadzieścia dwa tysiące złotych, żeby transakcja była wiążąca.
Tomek przyszedł bez zapowiedzi, kiedy podpisywała ostatnią stronę. Stanął w progu, w tej samej marynarce, w której jeździł na spotkania z klientami, i patrzył, jak matka odkłada długopis.
— Mamo, przecież to twój wnuk kiedyś miałby to przejąć.
— Wnuk ma dziewięć lat i buduje klocki Lego, Tomku. A ty masz firmę w Bochni na nazwisko żony, o której twój wnuk nigdy się nie dowie, jeżeli będzie tak, jak sobie zaplanowałeś.
Sekretarka wyszła z pokoju, cicho zamykając drzwi. Pan Kowalczyk został przy biurku, udając, iż porządkuje papiery.
— Zamknęłam wam dostęp do wglądu w moje decyzje na te dwa dni, żeby zobaczyć, co robicie, kiedy myślicie, iż nie patrzę — powiedziała Bożena, wkładając teczkę z kopią umowy do torebki. — Teraz pan Nowak ma prawo wglądu w te same księgi, co ja miałam. I on nie jedzie na żadne wycieczki bez telefonu.
Wyszła z kancelarii pierwsza. Na placu Wolnica akurat ktoś sprzedawał obwarzanki z wózka, ten sam, co zawsze tam stał, w czerwonej czapce choćby latem. Kupiła jeden, z makiem, zjadła go, idąc w stronę przystanku tramwajowego, i włączyła telefon, żeby napisać do Ewy w Gdyni: "Wróciłam. Wszystko załatwione. Zadzwoń, jak będziesz miała chwilę."
Telefonu do Tomka nie zablokowała. Ale konta na Facebooku, na którym przez lata pisała o wyjazdach ciężarówek, tego dnia już nie otworzyła.












