Zamknął drzwi tuż przed moim nosem
Mamo, wiem, iż mnie nie kochasz
Zofia zamarła z ręcznikiem w rękach. Powoli odwróciła się do syna. Leszek stał w progu kuchni, zmarszczone brwi, ręce głęboko w kieszeniach dresowych spodni.
Co ty mówisz? Zofia odłożyła ręcznik. Skąd ci to przyszło do głowy?
Babcia powiedziała.
Oczywiście, babcia.
A co jeszcze powiedziała babcia?
Leszek wkroczył do kuchni, broda uniesiona do góry, uparte oczy cały ojciec.
Że zostawiłaś tatę, bo nie chciałaś mi dać normalnej rodziny. Żebym nie był szczęśliwym dzieckiem. Zrobiłaś to złośliwie, na przekór mnie.
Zofia patrzyła na syna prawie dziesięciolatek. Dwa lata mieszkają tylko we dwoje. Dwa lata, odkąd Wiesław po prostu zniknął z życia Leszka, ani telefonu, ani choćby SMS-a na urodziny. Za to Barbara, dawna teściowa, widuje wnuka w każdą sobotę i systematycznie sączy mu do głowy swoje wersje.
Leszek Zofia starała się mówić spokojnie nie powinieneś tak uważnie słuchać babci. Ona nie wie wszystkiego.
Wie! Leszek uniósł głos. Wszystko wie! To ty kłamiesz! Gdybyś mnie kochała, to byś nie rozbiła rodziny! Nie rozwiodłabyś się! Nie zniszczyłabyś wszystkiego!
Każde słowo wbijało się w jej serce. Widziała drżące wargi syna, błyszczące oczy. On naprawdę w to wierzył. Boże
Leszek
Tata by z nami mieszkał! Byłoby nam dobrze!
Twój tata przez dwa lata ani razu do ciebie nie zadzwonił wymknęło jej się.
Bo mu nie pozwalasz! Babcia mówi, iż mu zabraniasz!
Leszek odwrócił się i wybiegł z kuchni. Po sekundzie usłyszała huk drzwi do jego pokoju zatrzasnęły się.
Zofia stała przy stole. Połowa ręczników poskładana, zegar tykał, a w mieszkaniu zapadła złowroga, dudniąca cisza.
Opadła na stołek, schowała twarz w dłoniach. Łzy same popłynęły gorące, pełne złości. Wiesław ją zdradził, spotykał się przez dwa miesiące z młodą z pracy, a gdy się dowiedziała tylko wzruszył ramionami, jakby nic się nie stało. Jak mogła go wybaczyć? Jak żyć z kimś, kto patrzył w oczy i łgał? I teraz Leszek myśli, iż to ona zniszczyła wszystko
A Barbara, niby taka święta, wciąż tkała swoją pajęczynę. Jej ukochany syn niewinny, to zła, trudna żona nie chciała zacisnąć zębów i wytrwać dla dziecka.
Zofia otarła policzki, spojrzała przez okno. Dziecko ma prawie dziesięć. On nie rozumie. I może jeszcze długo nie zrozumie
Trzy dni dłużyły się okrutnie. Leszek jakby był obok jadł śniadanie, szedł do szkoły, wracał, robił lekcje. Ale jakby zza szyby. O szkołę odpowiadał burkliwie, wbity w telefon. Na kolację przychodził, jadł milcząco z oczyma spuszczonymi na talerz. Próby przytulania przed snem kwitował krótkim dobranoc i zamykał za sobą drzwi.
W piątek Zofia pomyślała: dość. Po pracy zajrzała do sklepu, wypakowała pełen koszyk: tort W-Z, chipsy, które Leszek uwielbia, wielką pizzę z szynką i pieczarkami. Może obejrzą wspólnie film. Może pogadają jak dawniej.
Wparowała do mieszkania, zniosła siatki do kuchni.
Leszek! Chodź, zobacz co przyniosłam!
Cisza.
Leszek?
Przeszła korytarzem, pchnęła drzwi do jego pokoju. Pusto. Rozgrzebane łóżko, podręczniki na biurku, plecak Plecaka nie ma. Kurtki na wieszaku też nie.
Chwyciła telefon, wybrała numer syna. Długie sygnały, potem rozłączenie. Napisała wiadomość: Gdzie jesteś? Zadzwoń. Dwie niebieskie ptaszki przeczytał.
Brak odpowiedzi.
Dzwoniła jeszcze raz i znowu. Za piątym razem odrzut.
Co się dzieje
Palce nie słuchały, ślizgały się po ekranie. Znów wybierała numer, znów tylko sygnały
Klik.
Halo?
Leszek! Zofia aż przycisnęła telefon do ucha. Gdzie jesteś? Co się dzieje? Nic ci nie jest?
Jestem cały.
Głos spokojny, aż za bardzo.
Gdzie jesteś? Dlaczego wyszedłeś?
Pojechałem do taty. Będę z nim mieszkał.
Zofia zamarła w korytarzu.
CO?!
Babcia mówiła, iż tata chciał mnie zabrać. W sądzie walczył. Ale ty nie chciałaś, to mnie zostawili z tobą. A ja nie chcę już tu być. U taty będzie lepiej.
Leszek, poczekaj
Krótki sygnał.
Oddzwoniła odrzut. Znów już wyłączył telefon.
Biegała po mieszkaniu, ubierając kurtkę, rzucając torebkę na podłogę, zamawiając gorączkowo taksówkę. Adres Wiesława pamiętała bardzo dobrze.
Dwadzieścia minut w korkach, dwadzieścia minut gryzienia paznokci i złych myśli.
Taksówka zatrzymała się pod blokiem. Wyskoczyła, nie czekając na resztę, pobiegła do klatki i wtedy się zatrzymała.
Na ławce pod klatką siedział Leszek. Kurtka rozpięta, plecak koło nogi. Twarz zapłakana, czerwona, ramiona drżą.
Płakał.
Podbiegłam, klęknęłam na mokrym chodniku obok, objęłam go za ramiona. Zimno gwałtownie przemokło przez dżinsy, ale nie czułam go.
Wszystko w porządku? Jadłeś coś? Czemu płaczesz?
Moje dłonie same sprawdzały, czy jest cały, czy nie ma krzywdy. Policzki lodowate, nos czerwony, rzęsy sklejone od łez.
Leszek spojrzał na mnie. Oczu czerwonych, spuchniętych i taka rozpacz, aż mi serce ścisnęło.
Tata mnie wygonił.
Zastygłam, ręce tkwiły na jego ramionach.
Co?
On tam z inną mieszka. Mają dziecko. Leszek pociągnął nosem, wytarł policzek rękawem, rozmazując łzy i brud. choćby mnie do mieszkania nie wpuścił. Powiedział, iż niepotrzebnie przyjechałem. Kazał wracać do mamy. I po prostu zamknął drzwi. Prosto przed moim nosem.
Głos mu zadrżał przy tych słowach, odwrócił głowę, chowając twarz. Ramiona mu drgały od płaczu.
Przyciągnęłam go mocno, wtuliłam twarz w jego włosy jeszcze pachnące chłodnym powietrzem i dziecięcym szamponem. Leszek nie odsunął się pierwszy raz od trzech dni. Przeciwnie, przytulił się mocniej i zatopił nos w moim ramieniu.
Wracajmy szepnęłam. Rozwiążemy to wszystko raz na zawsze.
Taksówka do domu Barbary kolejne piętnaście minut. Leszek milczał, patrząc przez okno na światła miasta. Ujęłam jego rękę, nie cofnął jej. Malutka, zimna dłoń zaciśnięta w mojej.
Drzwi otworzyły się natychmiast, zupełnie jakby teściowa czekała. Szlafrok, wałki w włosach, kapcie z pomponami uosobienie domowego spokoju. Ale w oczach lęk i nieufność.
O, Barbara aż klasnęła w dłonie i cofnęła się w przedpokoju to matka cię tu już przywlokła? Chce nastawić przeciwko ojcu? Przeciwko mnie?
Leszek przeszedł przez próg, wyprostowany, chudy, zupełnie dziecięcy w tej jeszcze zbyt dużej kurtce.
Babciu, uniósł głowę i już słyszałam w jego głosie coś nowego, dorosłego okłamałaś mnie?
Barbara zatrzepotała rzęsami. Na sekundę maska opadła.
O czym ty mówisz, Leszku?
Byłem u taty. Wygonił mnie. Czemu?
Obserwowałam, jak zmienia jej się twarz. Jak schodzi maska troskliwej babci, jak oczy uciekają w panice z wnuka na mnie i z powrotem.
Leszku, to wszystko przez twoją matkę, ona…
Mówiłaś, iż mama nie daje nam rozmawiać. Że zabrania mu dzwonić, iż tata tęskni, czeka. Leszek zacisnął piąstki tak mocno, aż pobielały kłykcie. To czemu zamknął mi drzwi przed nosem? choćby ze mną nie chciał pogadać! Patrzył na mnie jak na obcego!
Nie rozumiesz, on teraz ma trudny okres, małe dziecko
Może mama miała rację? Głos Leszka zrobił się donośniejszy, a Barbara się cofnęła. Że wcale mnie nie chciał? Że nasza rodzina naprawdę nie była mu potrzebna? Ma tam nową żonę, małe dziecko, wszyscy tacy szczęśliwi. Po co mu ja? Dodatkowy problem?
Barbara wyprostowała się, uniosła podbródek, w oczach mignęło coś twardego, obcego.
To ona cię tego nauczyła! wskazała na Zofię. Twoja matka to wszystko zniszczyła
Wystarczy!
Leszek krzyknął tak, iż aż się wzdrygnęłam. Echo odbiło się od klatki schodowej.
Kłamiesz! Mam dość twoich bajek! Dwa lata opowiadałaś, iż tata mnie kocha, a on choćby na urodziny nie zadzwonił. Ani razu! Nie przyjdę tu więcej. I nie dzwoń do mnie. jeżeli tata mnie przekreślił, ja też go wykreślam. Was oboje. Odwrócił się i mocno ścisnął moją dłoń. Mamo, idziemy.
Barbara stała w drzwiach, blada, z rozchylonym ustami. Pierwszy raz widziałam ją tak bezbronną, roztrzęsioną, inną niż zwykle.
Do widzenia powiedziałam cicho i zamknęłam za sobą drzwi.
W domu Leszek zjadł dwa kawałki zimnej pizzy i wypił trzy kubki gorącej herbaty z konfiturą malinową. Siedział owinięty w kraciasty koc, zmęczony, czerwony nos, cichy. Za oknem ciemno na dobre, a lampa rzucała na jego twarz ciepłe cienie.
Mamo.
Tak, synku?
Wybacz mi.
Odstawiłam swój kubek na niski stolik. Spojrzałam na syna na te chude ramiona, rozczochrane włosy, zmarszczkę na czole.
Zawsze się starałaś ze wszystkich sił, a ja Wszystko dla mnie. Pracowałaś, gotowałaś, zawsze byłaś obok. A ja tylko babci słuchałem. Wierzyłem jej, nie tobie. Leszek spuścił wzrok, bawiąc się frędzlami koca. Już tak nie będzie. Będę myśleć sam. Wierzyć oczom, nie plotkom.
Uśmiechnęłam się, przesunęłam bliżej, pogłaskałam go po głowie. Nie odsunął się. Przeciwnie oparł się o mnie, jak to robił, gdy był całkiem malutki.
Lekcja była bolesna, bardzo. Ale wydaje mi się, iż Leszek ją zrozumiał.













