Zamknęliśmy kota na balkonie na pół dnia, a on zjadł prawie całą marchewkę

twojacena.pl 3 godzin temu

Kiedy nasz kot zachorował, akurat padał deszcz ze śniegiem i w całym mieszkaniu pachniało wilgotną sierścią. Kropka — bo tak go nazwała córka, chociaż kot waży prawie siedem kilo — leżał na środku dywanu w dużym pokoju. Łapy złożone równo pod brodą, oczy przymknięte, ogon rozłożony na boki. Wyglądał jak aktor w ostatniej scenie telenoweli. Córka była przekonana, iż to koniec.

Obdzwoniła pół Radomia. Ktoś z bloku obok dał jej numer do weterynarza, ale pan doktor miał wolne dopiero jutro rano. Wtedy przyjechała babcia Jadzia. Babcia Jadzia ma siedemdziesiąt dwa lata, ale po schodach na trzecie piętro wbiega szybciej niż moja córka po Wi-Fi. W progu zdjęła chustkę, położyła na półce obok kluczy i od razu podeszła do kota.

— On po prostu potrzebuje czegoś na rozgrzanie — powiedziała i zaczęła szukać w torbie.

Myśleliśmy, iż wyjmie termofor. A ona wyjęła małą buteleczkę. Waleriana. Zwykła, z apteki przy ulicy Żeromskiego, kosztowała chyba osiem złotych. Babcia odkręciła korek. Kot choćby nie otworzył oczu. Potem babcia wzięła tabletkę, którą wcześniej przyniosła sąsiadka — taką na koci katar — i zanurzyła ją w kropli waleriany. Podsunęła Kropce pod nos.

Kot się wyprostował. Serio, wstał jak sprężyna. Tabletkę zjadł, zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć. A skoro od rana nic nie jadł, to rozniosło go w kilka minut. Zaczął chodzić po mieszkaniu, ocierać się o nogi i mruczeć coś, co naprawdę brzmiało jak disco polo. Mój mąż Rysiek popatrzył na to i stwierdził, iż pierwszy raz widzi kota, który się uśmiecha.

Wszyscy odetchnęli. Głupi błąd.

Godzinę później Kropka otrzeźwiał. Najpierw stanął koło drzwi balkonowych i patrzył w ciemność. Potem wrócił na dywan. Położył się na boku, złożył łapy, przymknął oczy i znowu wyglądał jak ofiara losu. Tylko ogon mu drgał — ale tego nikt poza mną nie zauważył.

Babcia Jadzia znowu sięgnęła po walerianę.

— Biedaczek — powiedziała. — Jak on się męczy.

Chciałam coś wtrącić, ale Rysiek machnął ręką. Bo babcia ma swój sposób na wszystko: jak my z córką kichamy, to każe pić mleko z miodem; jak Rysiek narzeka na pracę, to mówi „przynajmniej nie jeździsz tirem”. I zwykle ma rację. Więc zamilkłam.

Do wieczora Kropka dostał jeszcze kilka porcji. Około dwudziestej drugiej siedział w kuchni na taborecie i wył. Nie miauczał — wył. Sąsiadka z naprzeciwka zapukała w ścianę, ale kot tylko zmienił tonację. Zrobił się z niego baryton. Córka nagrała to na telefon, bo stwierdziła, iż wstawi na TikToka, ale potem przestraszyła się, iż ktoś zgłosi znęcanie.

W końcu Kropka ogłosił się dzikim koniem. Musztangiem. Przegalopował z przedpokoju do dużego pokoju, wpadł w futrynę, zatoczył się, zrobił z pyska coś na kształt uśmiechu i zwalił się na bok. Zasnął tam, gdzie stał.

My też poszliśmy spać. Nikt nie pomyślał, żeby schować walerianę.

Rano kota obudził nasz budzik. Kropka wstał, przeciągnął się, spojrzał na babcię, która właśnie wychodziła po pieczywo. Babcia spojrzała na niego. On — powoli, z namysłem — podszedł do balkonu. Myślałam, iż chce wyjść na chwilę. Otworzyłam drzwi, bo w kuchni i tak był zaduch po wczorajszym deszczu. Kot wyszedł, położył się na wycieraczce, rozłożył ogon, zamknął oczy. Znowu ten sam numer.

Tylko iż tym razem nikt nie pobiegł po buteleczkę. Bo musieliśmy jechać. Rysiek dostał telefon, iż szwagier czeka pod blokiem, bo jedziemy do jego działki za Szydłowiec. Ubraliśmy się w pięć minut. Córka wzięła słuchawki, ja zgarnęłam termos, Rysiek kluczyki. Drzwi balkonowe się zatrzasnęły.

Zapomnieliśmy o kocie.

Wróciliśmy około siedemnastej. Już w przedpokoju poczułam ziemię. Zapach wilgotnych liści i czegoś słodkiego. Córka pierwsza podbiegła do balkonu. Otworzyła drzwi.

Kropka siedział na wycieraczce obok nadgryzionej marchewki. Babcia Jadzia poprzedniego dnia chciała zetrzeć ją do sałatki i musiała zostawić na parapecie. Kot wyjadł prawie całą. Leżała tylko zielona nać i kawałek wielkości kciuka. Kot popatrzył na nas. Trzeźwy. Blady. Nieszczęśliwy. Tak nieszczęśliwy, iż przez chwilę żal mi go było bardziej niż wtedy, gdy naprawdę chorował.

— Widzisz, co narobiłeś — powiedział Rysiek i podniósł marchewkę z podłogi.

Kot choćby nie miauknął. Wszedł do mieszkania, minął nas, wskoczył na kanapę i schował pysk pod łapą.

Wtedy zadzwonił telefon. Szwagier chciał, żeby Rysiek podał mu numer do hydraulika, bo woda w rurach na działce coś szumiała. Rysiek rozmawiał i chodził po kuchni. Patrzył na kota, na marchewkę, potem na szafkę nad lodówką. Tej szafki nie otwieramy często, bo trzymamy tam rzeczy, których nikt nie chce dotykać: stare rachunki, zapasowe gąbki, kable nie wiadomo od czego. Rysiek podszedł, otworzył drzwiczki. Postał chwilę. Potem wziął buteleczkę waleriany, która stała na blacie obok solniczki, i włożył ją do środka. Na sam tył, za pudełko po butach.

Kropka otworzył jedno oko. Widziałam to, bo siedziałam w fotelu naprzeciwko kanapy i piłam herbatę, która zdążyła wystygnąć.

Rysiek zamknął szafkę. Zatrzasnął drzwiczki. Poprawił magnes, bo czasem się odchyla.

— Koniec leczenia — powiedział do kota.

A Kropka zsunął się z kanapy, podszedł do szafki, usiadł pod nią i zaczął cicho wyć. Tym razem bez waleriany. Zupełnie na trzeźwo.

Wieczorem córka poszła do swojego pokoju, a ja zostałam w kuchni. Spojrzałam na marchewkę w śmietniku. Była prawie cała. To znaczy — zjedzona do czysta, tylko na końcu zostały ślady kocich zębów. Trzy równe wgłębienia. Jak podpis.

Na dworze znowu zaczęło mżyć. Kropka spał na kanapie, ale co kilka minut otwierał oczy i zerkał w stronę szafki nad lodówką. Potem wracał do snu, jakby liczył, iż drzwiczki same się otworzą.

Rano znalazłam kocie łapy przy dolnej krawędzi szafki. Odcisk z kurzu. Stał tam, widać, długo. Ale szafka była zamknięta i nic z niej nie wyjął.

Nie chciałam budzić domu, więc zrobiłam kawę i usiadłam przy stole. Popatrzyłam na tę szafkę. Rysiek ma rację. Tyle iż ja znam jeszcze jedno miejsce — w garażu, na półce z narzędziami, leży druga buteleczka. Stara, po teściu. Nie mówiłam o niej nikomu. Też waleriana.

Wstałam, otworzyłam drzwi na klatkę, zeszłam na dół. W garażu pachniało benzyną i starymi szmatami. Wzięłam tę buteleczkę z półki i przez chwilę trzymałam ją w ręku. Potem wyszłam przed blok, do kontenera na śmieci. Stałam tam w kapciach, na mżawce, i patrzyłam na naklejkę z ceną: cztery złote pięćdziesiąt. To była stara cena, sprzed lat.

Podniosłam klapę kontenera. Wrzuciłam buteleczkę.

Klapa opadła z hukiem. Wróciłam na górę. Kropka otworzył oczy, popatrzył na mnie. Podniosłam kubek z kawą. Była już zimna. A kot odwrócił się do ściany i zasnął.

Teraz waleriana jest tylko jedna. W szafce nad lodówką. A Kropka co wieczór siada pod nią i czeka. Cierpliwie, jakby wierzył, iż kiedyś sama spadnie.

Idź do oryginalnego materiału