Wszystko przez ten stary gramofon. Przyniósł go mój dziadek jeszcze z targowiska przy Bałuckim Rynku. Kiedy umarł, ojciec chciał go wynieść na śmietnik. Powiedział, iż to złom. Zabrałam go do pokoju, obtarłam z kurzu i podłączyłam do wzmacniacza pożyczonego od Maćka z technikum. Płyta z czarną etykietą miała ułamany fragment, ale igła i tak przeskoczyła na trzeci utwór. Wtedy usłyszałam, jak bas w starych polskich big-bitach potrafi uderzyć w podłogę tak, iż czuć to w piętach. Od tamtego wieczoru ojciec patrzył na mnie jak na zepsuty towar.
Moja rodzina zawsze chciała ze mnie zrobić farmaceutkę. Ojciec powtarzał, iż po aptece nie ma nocy, a po muzyce są same noce i długi. Mama dodawała, iż pani magister to szacunek w parafii. Mój chłopak, Marek, na trzeciej randce zapytał, czy zamierzam skończyć z tym „pukaniem w komputery”. Bo to tylko zabawa. I tak żyłam, w Łodzi, w bloku z wielkiej płyty, między kuchnią, gdzie zawsze stał schabowy, a pokojem, gdzie pod łóżkiem chowałam kartony z winylami.
Któregoś czerwcowego dnia przerwało mi oczekiwanie na wyniki rekrutacji. Ojciec wszedł do pokoju bez pukania i położył mi na klawiaturze druk z uczelni. Widziałam, iż próbował wygładzić papier, ale róg wciąż był zagięty.
— Masz wolne miejsce. Studia podyplomowe z farmacji przemysłowej. Zapisz się, zanim twoja matka znowu będzie płakać przed figurą.
— Nie jadę na te studia. Znalazłam agenta.
Zapadła cisza tak gęsta, iż usłyszałam, jak sąsiadka z góry spuszcza wodę w toalecie. Ojciec poprawił pasek od spodni, chociaż wcale się nie ruszał. To znaczyło, iż szykuje się do długiej tyrady.
— Agent? Myślisz, iż ktoś zapłaci ci za te twoje piski? Kasjerka w markecie ma stabilniejszą pracę niż ktokolwiek na scenie w Łodzi.
— Wygrałam pokaz w Domu Kultury. Podpisał ze mną wstępną umowę. Czwartek, godzina dwudziesta. Przyjdźcie wszyscy. Zobaczycie, co z tego mam.
Nie przyszli.
Siedziałam w klubie przy Piotrkowskiej, piętnaście minut przed setem. Obok mnie stał agent, Arek. Gryzł plastikowy kubek po kawie i mówił, iż jeżeli nie zagram tak, żeby ludzie w pierwszym rzędzie zapomnieli o telefonach, to umowa wyląduje w niszczarce. Wtedy zobaczyłam w drzwiach mojego wujka. Zaprosiłam go, bo był jedynym, który w dzieciństwie nucił mi do snu stare kasety z Polskimi Nagraniami. Wujek pomachał, a potem podniósł rękę i pokazał mi coś białego. Bilet. Mój wydruk z zaproszeniem. Zgniótł go w kulkę i rzucił pod nogi ochroniarza.
— Twoja matka cię wydziedziczy — powiedział tak głośno, iż ludzie w barze odwrócili głowy. — Przyszedłem tylko powiedzieć ci to prosto w oczy, zanim się ośmieszysz na oczach całego miasta.
Poczułam, jak robi mi się zimno w karku. Wujek nigdy nie fatygował się osobiście w sprawach, które można załatwić SMS-em. Przyszedł, żeby zobaczyć, jak się wycofam. Sięgnęłam do plecaka i wyjęłam kabel. I płytę. I słuchawki. Potem weszłam na scenę.
Nie wiem, co dokładnie zagrałam. Bas, perkusja, trochę sampli z radiowych dżingli. Ludzie podnieśli ręce. Ktoś rzucił na blat butelkę po wodzie. Arek zszedł z boku sceny i podszedł do baru. Wtedy zrobiłam coś, czego nie miałam w planie. Poprosiłam kolegę z konsolety o mikrofon.
— Zanim dokończę, chcę powiedzieć jedno. W pierwszym rzędzie stał mój wujek. Pokazał mi bilet, a potem go zgniótł. Więc to jest mój diss na całą rodzinę. Nie na was. Na tych, którzy nigdy nie zostawili mi jednego czystego gramofonu.
Ludzie zaczęli gwizdać. Wujek przecisnął się na drugą stronę sali, chowając twarz w kołnierzu kurtki, i zszedł po schodach. Nie widziałam już, czy wyszedł, czy tylko się cofnął pod ścianę. Wtedy weszłam w finałowe BPM.
Po secie Arek przytrzymał mi drzwi do biura. Na stole leżała zalaminowana umowa. Podpisałam ją piórem, które zostawił w kieszeni. W rubryce „wynagrodzenie” wpisał osiem tysięcy złotych za cztery klubowe noce w sezonie, plus prawo do studia w suterenie przy Wschodniej, bo tam mieścił się jego magazyn sprzętu. Zobaczyłam sumę i odłożyłam pióro. To była mniej więcej połowa tego, co ojciec odkładał co roku na moje ewentualne studia podyplomowe.
— Zatrzymaj te pieniądze na razie — powiedziałam. — Potrzebuję czegoś innego w umowie.
Arek podniósł brwi.
— Podpisz, zanim zmienię zdanie. To uczciwa stawka dla debiutantki.
— Podpiszę, jeżeli dopiszesz, iż tysiąc złotych z każdej z tych czterech nocy idzie na fundusz stypendialny dla dziewczyn z blokowisk. Takich, co chowają winyle pod łóżkiem, tak jak ja.
Arek wyjął telefon, zrobił zdjęcie mojej twarzy, jakby chciał zapamiętać coś nierzeczywistego. Potem dopisał klauzulę odręcznie na marginesie i kazał mi ją parafować. Zrobiło się późno. Z klubu wyszłam po trzeciej nad ranem. Na chodniku, obok zaparkowanej hulajnogi, stał mój wujek. Palił papierosa, jakby czekał tam od godziny.
— Odwiozę cię — powiedział. — Nie dlatego, iż się zgadzam z tym, co zrobiłaś na scenie. Ale twój ojciec zmienił zamek w drzwiach. Matka kazała mi ci to powiedzieć, zanim sama pod nie podjedziesz i się zdziwisz.
Milczałam całą drogę. Pod blokiem wysiadłam, a wujek nie ruszył samochodu, dopóki nie zniknęłam w klatce. Na podłodze przedpokoju leżał mój stary plecak, a obok — koperta z moim imieniem, którą ktoś podsunął pod drzwi jeszcze wcześniej. W środku był czek na cztery tysiące złotych i kartka od ojca, pisana jego drukowanymi literami:
„To, co odłożyliśmy na twoje studia za pierwszy semestr. Rób z tym, co chcesz. Nie umiem powiedzieć ci tego inaczej, więc piszę: graj dalej”.
Usiadłam na podłodze, między plecakiem a ścianą, i przez chwilę nie wiedziałam, co zrobić z rękami. Z szuflady w przedpokoju wzięłam tylko dokumenty i klucz do skrzynki pocztowej. Gramofonu nie zabrałam — został na swoim miejscu w moim dawnym pokoju, bo pomyślałam, iż ktoś kiedyś będzie musiał go tam znaleźć tak, jak ja kiedyś znalazłam go u dziadka.
Czek zaniosłam następnego dnia do Arka i kazałam dopisać go do funduszu stypendialnego. Nie chciałam zaczynać od pieniędzy, które ktoś oddał z żalu. Wolałam zacząć od tego, co sama zagrałam na scenie przy Piotrkowskiej, kiedy nikt z rodziny nie stał w pierwszym rzędzie — i od tego, co mimo wszystko ojciec w końcu napisał drukowanymi literami na kartce z zeszytu w kratkę.














