„Wracasz dziś normalnie, czy znowu do dziesiątej?" — krzyknęła Renata z kuchni, kiedy Bartek zawiązywał sznurówki w przedpokoju.
„Nie wiem jeszcze" — odpowiedział, nie podnosząc głowy.
Za pół godziny wsiadła do swojego opla i pojechała na stację benzynową przy rondzie — po prostu przypomniała sobie, iż kończy się polisa OC. Szukała w schowku, natrafiła na coś innego.
Gruby plik paragonów, spięty gumką recepturką, tą samą, którą przewiązywała pęczek pietruszki.
Pierwszy paragon: „Gabinet Terapeutyczny Karolina Wesołowska. Konsultacja psychologiczna. 220 zł". Drugi — ta sama nazwa, ta sama kwota. Przeliczyła całą stertę, siedząc w samochodzie z otwartym schowkiem, silnik wciąż pracował. Trzydzieści siedem paragonów. Najstarszy — z lutego zeszłego roku.
Osiemnaście miesięcy. Co tydzień po dwieście dwadzieścia złotych. Prawie szesnaście tysięcy złotych.
Wyłączyła silnik. Siedziała jeszcze chwilę, patrząc na wycieraczkę, na której zaschła plama po ptasim odchodzie — miała ją zetrzeć od tygodnia i wciąż zapominała. Teraz akurat to zauważyła.
Szesnaście tysięcy. Tyle, ile brakowało im do wkładu własnego na kawalerkę na Ursynowie. Renata dorabiała po godzinach jako księgowa freelancerka, odkładała po pięćset złotych z każdej faktury, kupowała rzeczy z outletu, nie paliła choćby ogrzewania w listopadzie, żeby zaoszczędzić na rachunku za gaz. A Bartek co tydzień jechał do jakiejś Karoliny Wesołowskiej leczyć duszę.
Telefon zadzwonił. Bartek.
„Renia, wracasz? Muszę wyjść za dwadzieścia minut."
„Już jadę" — powiedziała. Głos wyszedł równy. Ręka, którą wrzucała paragony do torebki, też nie drżała.
Zaparkowała pod blokiem przy Puławskiej. Wysiadła, zablokowała drzwi pilotem — dwa krótkie piknięcia — i przez chwilę stała, patrząc na okno na trzecim piętrze, gdzie paliło się światło w kuchni. Potem weszła do klatki.
Bartek stał w przedpokoju, poprawiał krawat przed lustrem. Świeża koszula, którą wyprasowała dziś rano o szóstej, zanim pojechała odebrać klienta na oglądanie mieszkania przy Woronicza.
„Znalazłaś polisę?" — spytał, nie odwracając się.
„Nie" — zdjęła buty, weszła do kuchni. „Bartek, a zostało nam coś z tych odłożonych pieniędzy?"
Zobaczyła w lustrze, jak zesztywniał.
„Wiesz przecież" — powiedział po chwili. „Inflacja. Premie mi obcięli w firmie. Wszystko idzie na jedzenie i czynsz."
„Rozumiem" — nalała sobie wody z filtra. „Czyli w tym roku znowu bez urlopu?"
„Renia, jaki urlop, o czym ty mówisz" — machnął ręką. „Musimy być realistami, kredyt nas czeka."
Postawiła szklankę na blacie, trochę za mocno, żeby brzęknęła. Kredyt. Na który odkładała z każdej prowizji od nieruchomości. A jego „obcięta premia" szła prosto do kieszeni pani Wesołowskiej.
„Masz rację. Trzeba być realistami."
Nazajutrz w biurze, między dwoma telefonami od klientów, wpisała w wyszukiwarkę: „Karolina Wesołowska psycholog Warszawa". Strona wyskoczyła na pierwszym miejscu. Zdjęcie — uśmiechnięta blondynka, specjalizacja: separacja emocjonalna i budowanie granic osobistych. Cennik: sesja indywidualna 220 zł, pakiet dziesięciu sesji 1900 zł.
Bartek nie brał pakietów. Płacił za każdą sesję osobno — żeby w aplikacji mBanku nie pojawiła się jedna duża kwota, która rzuciłaby się w oczy.
Renata odstawiła kubek z kawą, który już wystygł, i patrzyła na ekran jeszcze z minutę.
Bo to nie było tylko o pieniądzach. Przez ostatni rok Bartek naprawdę się zmienił. Zaczął mówić dziwnym językiem, jakby czytał go z ulotki: „naruszasz moje granice", „to toksyczna dynamika", „nie mam teraz zasobów na tę rozmowę". Renata myślała, iż nasiąkł tym z Instagrama. Okazało się, iż kupował te zdania za ich wspólne pieniądze, sesja po sesji, jak abonament.
Wieczorem, kiedy Bartek poszedł pod prysznic, zostawiła telefon na stoliku, sama otwierając laptopa — nie po to, żeby coś sprawdzić, tylko żeby mieć zajęte ręce, bo inaczej zaczęłyby drżeć naprawdę.
Nazajutrz zadzwoniła do doradcy kredytowego, z którym współpracowała od lat przy transakcjach klientów, i umówiła się na spotkanie w sprawie „zmiany danych do wniosku". Potem zadzwoniła do siostry, Agaty, mieszkającej w Krakowie, i poprosiła, żeby mogła u niej zostać na jakiś czas — bez tłumaczenia dlaczego, Agata i tak nie pytała, tylko powiedziała: „przyjeżdżaj, kanapa czeka".
W piątek, kiedy Bartek wyszedł do pracy, Renata spakowała swoje rzeczy w dwie walizki, zabrała dokumenty — dowód, PESEL, umowę o pracę, wyciągi z konta osobistego, które prowadziła osobno od trzech lat, bo tak było wygodniej przy rozliczeniach z klientami. Na kuchennym stole zostawiła kopertę z paragonami od pani Wesołowskiej i jedną kartkę.
„Nie jadę na żaden urlop. Jadę do Agaty. Konto wspólne zamykam dziś w banku — resztę oszczędności przenoszę na swoje, bo to były moje pieniądze, nie nasze. Papiery do wkładu własnego już nieaktualne, bo mieszkania nie kupujemy razem. Z panią Wesołowską możesz się rozliczać dalej, tylko już bez mojej wypłaty."
O trzynastej trzydzieści była w oddziale banku przy Marszałkowskiej. Doradczyni, kobieta w średnim wieku z identyfikatorem „Beata", spojrzała na ekran i powiedziała tylko: „Konto wspólne zamykamy, środki przenosimy na pani rachunek indywidualny — to jakieś dwadzieścia dwa tysiące trzysta złotych, zgadza się?" Renata skinęła głową, podpisała dyspozycję, dostała potwierdzenie w formie wydruku, złożyła go we dwoje i schowała do tej samej torebki, w której wcześniej leżały paragony.
Telefon zadzwonił po raz pierwszy o piętnastej dwadzieścia. Bartek. Nie odebrała. Zadzwonił jedenaście razy do wieczora. O dwudziestej pierwszej przyszła wiadomość: „Renia co się dzieje, gdzie jesteś, zadzwoń natychmiast". Potem druga: „Znalazłem kartkę. Możemy to wyjaśnić, proszę, to nie jest to, na co wygląda". Renata przeczytała obie, siedząc już w pociągu do Krakowa, i odłożyła telefon ekranem do dołu na stoliku, obok kubka z kawą z bistra.
Do Bartka napisała dopiero z Krakowa, trzy dni później, jedno zdanie: „Jak będziesz gotowy podpisać rozdzielność majątkową i rozliczyć się z tego, co przez osiemnaście miesięcy szło na sesje, wróćmy do tematu przez prawnika. Nie wcześniej."
Zadzwonił jeszcze raz, tydzień później, kiedy dostał wezwanie od jej pełnomocnika w sprawie podziału majątku i rozliczenia wspólnego konta oszczędnościowego. Stał wtedy — jak opowiedziała jej potem sąsiadka z klatki, pani Halina, z którą Renata została w kontakcie — pod drzwiami ich starego mieszkania z kluczem, który już nie pasował, bo zamek Renata kazała wymienić w dniu, w którym wróciła po resztę swoich rzeczy razem z ślusarzem i świadkiem.
Karolina Wesołowska zniknęła z jego kalendarza sesji sama — bo skończyły się pieniądze, które ktoś inny odkładał na wkład własny.












