„Założyłaś tę sukienkę na dwie imprezy, ubrudziłaś ją i teraz chcesz ją zwrócić. Nie możemy jej przyjąć” – wtedy kawałek jabłka poleciał w stronę Sary.

twojacena.pl 1 tydzień temu

Dziś, Zuzanna miała dziwaczny incydent w pracy. Przez powietrze przeleciał w jej stronę kawałek jabłka, wirując jak żywy. Klienci sklepu, współpracownicy, kierowniczka, dyrektorka wszyscy byli świadkami tej sytuacji, jakby oglądali scenę z filmu Wojciecha Hasa.

Na taki wygląd, nie uwierzylibyście, iż jest niesmaczna, mówiły osoby odwiedzające sklep. Kobieta, która rzuciła tę jabłkową obelgę w stronę Zuzanny, wyglądała na porządną: elegancki kostium, świeżo upięte włosy, manikiur jak z salonu, a jej lakierowane szpilki odbijały światło sklepowych lamp jak lustrzane kule w klubie.

Co się wydarzyło? Pracownicy sklepu widzieli panią ostatnio dwa miesiące temu, kiedy przez pięć godzin przebierała się w sukienki, jakby szukała idealnej maski na balu. Poznali ją dobrze, bo jej obecność była hipnotyzująca, z nutą zniecierpliwienia w gestach.

Czy wy wszyscy jesteście tak leniwi i niewychowani?, rzuciła wtedy. Nikt nie był wobec niej niemiły kupiła sukienkę, opuściła sklep i zniknęła, jakby rozpłynęła się w mglistych ulicach Krakowa.

Dzisiaj wróciła i postanowiła sukienkę oddać. Można by pomyśleć, iż rozchodzi się o wadę, ale nie po prostu nosiła ją przez dwa miesiące, znudziła się barwą i zapragnęła zwrotu, choć wszystkie terminy dawno minęły. Zuzanna grzecznie odmówiła jej prośbie.

Dobrze, to wpiszcie zwrot jako defekt, zaproponowała dama. Przykro mi, ale to niemożliwe, brak widocznej wady. jeżeli pani sobie życzy, możemy wysłać sukienkę do ekspertyzy, odpowiedziała Zuzanna, z głosem przypominającym echo w pustym korytarzu.

Nie mam tyle czasu! Zgodzę się, napiszcie, iż to defekt! Kobieta mówiła coraz głośniej, jej ton urósł jak wiatr za oknem. Rozumiem, iż pani się zgadza ale bez ekspertyzy nie możemy tego uznać. Mam lecieć do innego kraju, by ją wymienić? Zuzanna nie pojmowała, skąd ten pomysł z wyjazdem może kobieta śniła o podróży na Mazury? Jej głos rozbrzmiewał w sklepie jak sygnał kolejowy na dworcu w Warszawie, aż menedżerka sklepu wyszła ze swojego gabinetu, zaskoczona zamieszaniem.

Co się dzieje? Pani jest dyrektorką? Nie chcą oddać pieniędzy! Może poda pani datę zakupu? Czemu tak się upieracie przy dacie? Produkt jest wadliwy, ma plamę! Tak, plama jest, ale bez badania nie możemy zrobić zwrotu. Trzeba ustalić, czy była tam wcześniej…

Bezprawie, oszustwo wszędzie! krzyknęła kobieta, przerywając dyrektorce. Zuzanna odezwała się raz jeszcze: Przykro mi, ale ta sukienka była noszona przez dwa miesiące, została pobrudzona i teraz chce ją pani oddać. Nie możemy dawać rzeczy za darmo, wymienić sukienki. To wtedy jabłkopocisk uderzyło w Zuzannę, choć nikt nie zauważył, skąd kobieta je wyciągnęła może wyrosło w jej torebce jak grzyby po deszczu? Zuzanna poczuła się głęboko dotknięta i nagle opuściła miejsce pracy, znikając niczym dusza we śnie.

Kobieta dalej kłóciła się z menedżerką i dyrektorką, jej głos falował jak syreny na ulicy w Łodzi.

Oddajmy jej złotówki i niech odejdzie! zaproponowała menedżerka. Nie, odparła dyrektorka, zawsze próbująca gasić konflikty, nie będziemy tańczyć jak ona nam zagra. Przyszła nas oszukać, nie ustąpimy wobec jej manipulacji! powiedziała i zadzwoniła na policję, jakby wzywała strażników na granicy rzeczywistości i snu.

Idź do oryginalnego materiału