Zalotnik zaprosił mnie na spacer przy -20°C, bo „w kawiarniach siedzą tylko utrzymanki”. Wtedy nie straciłam rezonu…

twojacena.pl 3 godzin temu

Jego imię to był Wojciech. Na zdjęciach zwyczajny facet, około trzydziestki, schludny, bez ekstrawagancji. W opisie profilu rozważania o świadomym życiu, rozwoju osobistym i poszukiwaniu prawdziwej, żywej duszy. Już wtedy powinna mi się zapalić czerwona lampka, bo doświadczenie podpowiada: im głośniej mężczyzna mówi o prawdziwej kobiecie, tym częściej marzy o takiej, która nie będzie niczego oczekiwać i w niczym nie przeszkadzać.

Pisaliśmy do siebie kilka dni. Wojciech zachowywał się poprawnie, choć co jakiś czas pojawiały się dziwne nutki. Szczególnie lubił narzekać na to, iż współczesne kobiety, jego zdaniem, są zepsute przez pieniądze.

Im wszystkim potrzeba tylko restauracji, Wysp Kanaryjskich i nowych iPhoneów pisał. Nikt nie chce patrzeć na duszę, tylko spacerować i rozmawiać.

Jako kulturalna osoba skinęłam głową oczywiście w myślach i zgrabnie zmieniałam temat rozmowy. W końcu, każdy ma swoje blizny. Może była żona zostawiła go bez mieszkania i złudzeń kto wie. Staram się nie wyciągać pochopnych wniosków.

No i zaproponował spotkanie. Problem był tylko jeden: na dworze była zima jak w historii o Sybirze. Nie taka umowna prawdziwa, ; minus dwadzieścia na termometrze i odczuwalne minus dwadzieścia pięć przez wiatr. Meteorolodzy alarmowali o pomarańczowym poziomie zagrożenia, a SMS-y od Rządowego Centrum Bezpieczeństwa radziły, żeby nie wychodzić z domu bez wyższej konieczności.

Spotkajmy się w parku napisał Wojciech. Po prostu pospacerujemy, pooddychamy, poznamy się bez blichtru.

Wojtku, odpisałam, na dworze minus dwadzieścia, zamienimy się w lodowe rzeźby w dziesięć minut, może wypijemy kawę w kawiarni?

Odpowiedź przyszła szybciej niż dostawa z pizzerii.

Do kawiarni nie chodzę, tam siedzą tylko utrzymanki, które czekają, aż ktoś je nakarmi. Szukam partnerki na życie, żeby była ze mną i w ogniu, i w wodzie, i w mrozie. jeżeli koniecznie zależy ci, żebym wydał na ciebie dwie stówki, to nie jesteśmy dla siebie.

Ciekawość zwyciężyła. Chciałam zobaczyć tego obrońcę czystości relacji, dla którego filiżanka kawy to symbol finansowego zniewolenia.

Dobrze odpisałam. Park to park, o 19:00 przy głównym wejściu.

Przygotowania zajęły mi dużo więcej niż wybór szminki. Z szafy wyciągnęłam termoaktywną bieliznę, grubą bluzę, na końcu narciarski kombinezon. Na nogi grube buty na solidnej podeszwie i wełniane skarpety, na głowę futrzana czapka typu uszatka.

W lustrze widziałam osobę gotową na zimowanie na lodowej krze.

No to, Wojtku, trzymaj się, mrugnęłam do swojego odbicia i wyszłam w lodowaty mrok.

Punktualnie o 19:00 byłam przy parku. Mróz od razu chwycił za policzki jedyne, co zostało odkryte. Śnieg skrzypiał pod butami, wokół nikogo: normalni ludzie, w tym rzekome utrzymanki, wybrali ciepełko.

Przy wejściu stał Wojciech. W jesiennym płaszczu. Przebierał nogami, podskakiwał i dmuchał na ręce z determinacją godną bohatera. Nos już miał kolor dojrzałej śliwki, a uszy świeciły na czerwono.

Podeszłam.

Cześć, rzuciłam spod szalika.

Spojrzał na mnie, ewidentnie spodziewając się delikatnej wróżki w rajstopach, która będzie wdzięcznie drżeć na wietrze, dając mu szansę na poczucie się herosem. Zamiast tego stała przede nim postać bardziej przypominająca ratownika z wyprawy na Antarktydę.

Cześć, wystukał zębami. Ty… solidnie się przygotowałaś.

No przecież mówiłeś: i w ogień, i w wodę, więc zaczęłam od mrozu. To co, idziemy i oddychamy tym świeżym powietrzem?

15 minut sławy

Ruszyliśmy aleją. Ten spacer pewnie trafił na pudło moich najbardziej dziwacznych randek.

Jak ci się podoba pogoda? zagaiłam w wykwintnym tonie.

Pobudza… wydusił. Jego twarz już się nie ruszała, tylko usta, które błyskawicznie siniały. Lubię zimę, sprawdza ludzi na wytrzymałość.

Zgadzam się, przytaknęłam. A propos utrzymanek, opowiedz więcej o swojej teorii: czemu kawa to znak sprzedaży?

Mówienie ewidentnie sprawiało mu ból mróz szarpał gardło ale ideologia wymagała ofiary.

Bo… głos mu drżał, relacje powinny opierać się na wzajemnym zainteresowaniu, a nie portfelu. jeżeli dziewczyna nie może po prostu pospacerować, tylko od razu chce karmienia, to znaczy, iż jest konsumentką.

A jeżeli po prostu nie chce mieć zapalenia płuc? drążyłam, poprawiając kaptur.

To są wymówki, uciął i głośno pociągnął nosem. Kto chce, szuka sposobu, trzeba się cieplej ubierać.

No właśnie, ubrałam się, rozłożyłam ręce, prezentując swój niepowtarzalny kształt. Chyba to ty nie bardzo. Na pewno ci nie zimno?

Jest OK! odburknął, ale trzęsło go tak, iż chyba wzbudziłby współczucie choćby u niedźwiedzia polarnego.

Minęło dziesięć minut i dotarliśmy na główny plac parku. Tam stał zamknięty kiosk z kawą. Wojciech spojrzał na niego z tęsknotą godną tragicznemu bohaterowi.

Może wrócimy? zaproponował. Chyba wiatr się wzmógł.

Żartujesz! ożywiłam się. Dopiero zaczęliśmy, chciałeś poznawać duszę. Pogadajmy o literaturze. Lubisz Jacka Londona? W jego opowiadaniu Rozpalić ogień facet zamarzł na śmierć, bo zlekceważył mróz.

Jego spojrzenie nie szukało już duchowości.

Słuchaj, muszę już lecieć przerwał. Nagle przypomniałem sobie o pilnych sprawach.

Jakich sprawach? Przecież mieliśmy zaplanowany wieczór.

Praca. Zapomniałem o raporcie.

O ósmej wieczorem w piątek?

Tak! niemal krzyknął.

Obrócił się i pobiegł w stronę wyjścia. Szłam za nim, delektując się chwilą: mój survivalowiec wytrzymał równo piętnaście minut.

Przy metrze choćby się nie pożegnał po prostu zniknął w zbawczym cieple podziemia. Mam nadzieję, iż tam ogrzał nie tylko zmarznięte kończyny, ale może też swoje przekonania. Chociaż raczej nie.

Ja wróciłam do domu, zaparzyłam gorącą herbatę i skasowałam rozmowę z Wojciechem. Czasu nie żałowałam. Te piętnaście minut były genialną szczepionką przeciwko poczuciu winy i przypomnieniem, iż dbanie o siebie nie robi z kobiety utrzymanki.

Idź do oryginalnego materiału