Jego imię brzmiało Piotr. Na zdjęciach był zupełnie zwyczajnym mężczyzną około trzydziestu pięciu lat, schludnym, bez wyzywających elementów. W opisie profilu rozważał o świadomym życiu, osobistym rozwoju oraz poszukiwaniu prawdziwej, żywej duszy. Już na tym etapie powinno zapalić się czerwone światło: doświadczenie mówiło, iż im głośniej mężczyzna mówi o prawdziwej kobiecie, tym częściej kryje się za tym marzenie o jak najwygodniejszym rozwiązaniu, które niczego nie chce i do niczego nie aspiruje.
Pisaliśmy ze sobą przez kilka dni. Piotr był uprzejmy, choć od czasu do czasu pojawiały się dziwaczne nuty. Szczególnie lubił rozważać, iż według niego współczesne kobiety są rozpieszczone pieniędzmi.
Wszystkim chodzi tylko o restauracje, Malediwy i telefony, pisał. Nikt nie chce patrzeć w duszę, po prostu spacerować i rozmawiać.
Jako osoba dobrze wychowana kiwnęłam głową w myślach, oczywiście i ostrożnie kierowałam rozmowę na inne tematy. W końcu każdy ma swoje blizny. Może była żona zostawiła go bez mieszkania albo bez złudzeń kto wie. Staram się nie oceniać zbyt szybko.
I nagle zaproponował spotkanie. Problem tkwił w tym, iż to był głęboki styczeń. Nie umowny, tylko prawdziwy z minus dwudziestoma na termometrze i wszystkimi minus dwudziestoma pięcioma odczuwalnymi przez wiatr. Meteorolodzy ogłosili pomarańczowy alert, SMS-y ostrzegały przed wychodzeniem bez pilnej potrzeby.
Spotkajmy się w parku, napisał Piotr. Pośpacerujemy, pooddychamy powietrzem, poznamy siebie bez maski.
Piotrze, odpowiedziałam, na dworze minus dwadzieścia, po dziesięciu minutach będziemy jak lodowe rzeźby. Może wypijemy kawę w kawiarni?
Odpowiedź nie kazała długo czekać.
Do kawiarni nie chodzę, siedzą tam tylko utrzymanki czekające aż ktoś je nakarmi. Potrzebuję towarzyszki życia, z którą można i w ogień, i w wodę, i w mróz. jeżeli koniecznie muszę wydać na ciebie dwieście złotych, to nie jesteśmy sobie pisani.
Ciekawość zwyciężyła. Bardzo chciałam zobaczyć tego obrońcę czystości relacji, dla którego filiżanka americano jest symbolem finansowej niewoli.
Dobrze, napisałam. Park to park, o 19:00 przy głównym wejściu.
Przygotowania zabrały trochę czasu. Wyciągnęłam z szafy termoaktywne ubranie, ciepły sweter i, na koniec, narciarski kombinezon. Na nogi grube buty i wełniane skarpety, na głowę uszankę.
W lustrze patrzyła na mnie osoba gotowa na zimowanie na lodzie.
No, Piotrze, trzymaj się, mrugnęłam do odbicia i ruszyłam w lodowatą ciemność.
Punktualnie o 19:00 stanęłam przy parku. Mróz chwycił za policzki jedyne co zostało odkryte. Śnieg skrzypiał pod butami, wokół nie było żywej duszy: normalni ludzie, w tym wspomniane utrzymanki, wybrali ciepło.
Przy wejściu stał Piotr. W jesiennym płaszczu. Tupotał z nogi na nogę, podskakiwał i żałośnie dmuchał w dłonie. Nos miał kolor dojrzałej śliwki, a uszy płonęły czerwienią.
Podeszłam.
Dobry wieczór, powiedziałam tłumionym głosem spod szalika.
Obrzucił mnie spojrzeniem, chyba spodziewając się zjawić delikatną wróżkę w rajstopach, która będzie ładnie marznąć na wietrze, dając mu okazję poczuć się bohaterem. Tymczasem przed nim stała osoba bardziej przypominająca ratownika w ekspedycji.
Dobry wieczór, wytrząsnął zębami. Ty porządnie się przygotowałaś.
Mówiłeś: i w ogień, i w wodę, zaczęłam od mrozu. No to chodźmy oddychać powietrzem.
15 minut wielkiej próby
Ruszyliśmy alejką. Ta randka pewnie zapisała się jako jedno z najdziwniejszych spotkań w moim życiu.
Jak ci się podoba pogoda? zagadnęłam grzecznie.
Orzeźwiająca, wydusił. Twarz praktycznie się nie ruszała, działały tylko usta, gwałtownie siniejące. Kocham zimę, sprawdza ludzi na trwałość.
Zgadzam się, skinęłam głową. A co do utrzymanek. Wytłumacz swoją teorię, dlaczego kawa to symbol sprzedajności?
Mówienie sprawiało mu ewidentny ból mróz palił gardło ale przekonania wymagały ofiar.
Bo głos drżał, relacje muszą być o zainteresowaniu do siebie, nie do portfela. jeżeli kobieta nie może po prostu spacerować, od razu wymaga karmienia, to znaczy, iż jest konsumentką.
A jeżeli kobieta po prostu nie chce zapalenia płuc? dopytałam, poprawiając kaptur.
Wymówki, uciął i głośno zasznurował nos. Kto chce, szuka możliwości, należy się cieplej ubierać.
No i się ubrałam, rozłożyłam ręce, pokazując swoją objętość. Ale ty chyba nie bardzo. Na pewno ci nie zimno?
Jest w porządku! prychnął, choć trzęsło go tak, iż to było widać choćby w półmroku.
Minęło dziesięć minut, wyszliśmy na centralny plac parku. Stał tam zamknięty kiosk z kawą. Piotr spojrzał na niego z takim żalem, jakby był tragicznym bohaterem.
Może wrócimy? zaproponował. Wiatr się nasilił.
Co ty! ożywiłam się. Dopiero zaczęliśmy. Chciałeś poznać duszę. Pogadajmy o literaturze. Lubisz Jacka Londona? Ma świetne opowiadanie Rozpalić ognisko, gdzie mężczyzna zamarzł, bo nie docenił mrozu.
Spojrzenie, jakie mi rzucił, nie miało nic wspólnego z duchowymi poszukiwaniami.
Wiesz co, muszę iść, przerwał. Mam pilne sprawy.
Jakie sprawy? Mieliśmy zaplanowany wieczór.
Służbowe. Przypomniałem sobie, iż nie wysłałem raportu.
O ósmej wieczorem, w piątek?
Tak! niemal krzyknął.
Odwrócił się gwałtownie i niemal biegiem ruszył do wyjścia. Szłam za nim, delektując się chwilą: mój survivalowiec wytrzymał dokładnie piętnaście minut.
Przy metrze choćby się nie pożegnał po prostu zniknął w zbawczym cieple podziemia. Mam nadzieję, iż tam ogrzał nie tylko zmarznięte kończyny, ale i być może swoje przekonania. Choć wątpię.
Ja wróciłam do domu, zaparzyłam gorącą herbatę i usunęłam rozmowę z Piotrem. Nie żałowałam straconego czasu. Te piętnaście minut były świetnym szczepieniem na poczucie winy i przypomnieniem, iż dbanie o siebie nie czyni z kobiety utrzymanki.











