Kiedyś było inaczej
- Jadę na Wielkanoc pełna obaw, iż znowu będzie cyrk – przyznaje Ania. – W zeszłe święta doszło do przykrej sytuacji i gdyby nie starsi rodzice, to bym sobie to spotkanie rodzinne odpuściła.
Ania pochodzi ze Śląska, tato pracował w kopalni, jako operator maszyn, mama była fryzjerką. Ma młodszego brata Marka. Rodzina mieszkała w domu jednorodzinnym.
- Od dziecka borykałam się z astmą – opowiada Ania. – U nas był potworny smog. Dlatego zdecydowałam się studiować ochronę środowiska. Chciałam poznać to zjawisko i uciekać z tego zatrutego obszaru. Trzydzieści lat temu, na Śląsku zanieczyszczenie powietrza było ekstremalnie wysokie, biliśmy najwyższe rekordy w Europie. jeżeli chciałam pożyć, musiałam uciekać.
Ania wyjechała na studia na północ, wybór wydawał jej się najrozsądniejszy, tam było zielono i czysto. Podczas nauki dziewczyna poznała Pawła, kształcił się na leśnika. Ania związała z nim swój los. Marzyła o życiu wśród lasów i życiodajnej przyrody. Na Śląsk już nie wróciła. Po ślubie dostali pracę w swoich zawodach. Zamieszkali w służbowym mieszkaniu Pawła, niedaleko morza. Urodziła im się córka, Nina.
- Byłam bardzo zadowolona, może nie zarabialiśmy kokosów, ale mieszkaliśmy w pięknym miejscu – stwierdza Ania. – Zresztą mnie nigdy nie zależało na dużych pieniądzach. Dla mnie i męża, najważniejsze jest zdrowie, a ja cały czas borykałam się z chorobą. Dlatego tak istotny był spokój, życie w kontakcie z naturą, szczególnie spacery brzegiem morza, by wdychać jod. Pieniądze są potrzebne, żeby jakoś funkcjonować, mieć na rachunki, ale to tylko środek, nie cel. Moim sensem istnienia jest rodzina, euforia z bycia razem z kochanymi ludźmi, rozwój osobisty, dokształcanie się. Wychowanie dziecka na porządnego i mądrego człowieka. Uwielbiam czytać, lubię zwiedzać różne wystawy kulturalne, muzea, dbać o nasz domek letniskowy pod lasem. Tak rozumiem szczęście.
W domu rodzinnym Ani też nie było nigdy bogactwa. Zarobki rodziców wystarczały na zaspokajanie podstawowych potrzeb, utrzymanie samochodu, kupionego z drugiej ręki z Zachody, remonty domu robione przez ojca i znajomych „fachowców”, a także na wykształcenie dzieci, a przede wszystkim na leki i kuracje astmy Ani.
- Ja studiowałam, brat był bardziej praktyczny - przyznaje Ania. – Marek zawsze lubił gadżety, wypasione, podrasowane samochody. Miał jeden cel, gwałtownie się dorobić. Dlatego nie miał zamiaru studiować, dla niego to była strata czasu. Wybrał technikum zawodowe i specjalizował się w instalacjach. Marzył o własnej firmie. W szkole średniej łapał fuchy, za zarobione pieniądze kupił wymarzone BMW. Stare, ale był dumny jak paw, to jest marzenie wielu chłopaków. Też się cieszyłam, iż mam tak operatywnego brata.
Każdy żyje, jak chce
Ania regularnie odwiedzała rodziców i brata. Marek mieszkał z nimi. Rodzina ustaliła, iż to on będzie na starość ich opiekunem. Dlatego po ich śmierci ma dziedziczyć dom. Ania miała dostać spłatę.
- To było sprawiedliwe – mówi kobieta. – Pieniądze ze spadku przekażemy Ninie, jako wkład na jej dorosłe życie.
Marek skończył technikum, zatrudnił się w prywatnym zakładzie remontowo-budowlanym. Poznał dziewczynę Kamilę, przedstawicielkę handlową firmy budowlanej. Byli do siebie bardzo podobni, nastawieni na sukces. gwałtownie się pobrali. Młode małżeństwo zajęło piętro w domu chłopaka.
- Uwielbiali modne stroje, nowinki techniczne – przyznaje Ania. – Zawsze mieli najnowsze telefony, jeździli do popularnych kurortów, a potem zasypywali zdjęciami swoje social media. Oczywiście podziwialiśmy, ale przecież wiedziałam, iż to wszystko na pokaz, inscenizowane, bo kupowali tanie hotele, a pozowali przy tych najdroższych. Taki teatr, ale skoro to sprawiało im radość, co mi do tego? Ale Paweł i córka czasami się z nich naśmiewali. Wzruszałam ramionami, ich życie, ich sprawa.
Czas płynął. U Ani nic się specjalnego nie zmieniało, awansowała z mężem w pracy, ale to nie były zawrotne kariery. Córka poszła na studia geograficzne o profilu klimatycznym, chciała zwiedzać świat, ratować planetę. Rodzice byli dumni, iż ma swoje idee. Markowi urodziły się dzieci. Chłopcy.
- Brat wychowywał ich na swoje podobieństwo, mieli robić biznesy – śmieje się Ania. – Od małego mieli wypasione zabawki i stroje. O ich styl dbała Kamila, która preferowała wszystko, co rzucało się w oczy. Czyli ma być „na bogato”, nosiła wyzywające stroje, długie, kolorowe paznokcie, doklejane rzęsy, botoks na twarzy i modne torebki. Marek wbijał się w obcisłe garnitury. Tacy już są. Lubiłam i brata i Kamilę. Byli tacy energiczni, nastawieni na sukces, pełni pomysłów i pracowici. Opowiadali zabawne historie z podróży, o znajomych i imprezach. To był zupełnie inny świat. Kamila namawiała mnie na ostre makijaże, śmiałe stroje, wspólne wypady do Turcji, bo tam taniej. Namawiali na wspólny interes. To nie było dla nas i mieszkamy na drugim końcu Polski. Brat i bratowa trochę się obrazili się, iż wolimy tkwić w miejscu, a nie iść do przodu. To prawda, tak chcemy żyć, ale im życzyliśmy szczęścia.
Pieniądze to dla nich wszystko
Nowy biznes Marka i Kamili wypalił, trafili na rynku w dobry moment. Firma zaczynała przynosić duże dochody. O sukcesie Ania wiedziała od rodziców, którzy wzięli na siebie codzienną opiekę nad wnukami, aby ich odciążyć, tak ciężko harowali.
- Ale brat się nie chwalił, więc nie pytałam – przyznaje Ania. – Rozumiałam, iż czeka na odpowiedni moment. Chciał z Kamilą zrobić show, jak to oni.
Ania z rodziną jak zwykle, przyjechała na święta do rodziców. Panowała już inna atmosfera.
- Zobaczyłam, na podjeździe nowe BMW, to był znak – opowiada. – W domu też zaszły zmiany. Nowe meble, nowy ogromny telewizor, nowe sprzęty AGD. Zaczęłam wszystko chwalić. Brat i bratowa oraz ich dzieci wyglądali jak z magazynów o celebrytach. Wszystko miało loga znanych marek. Kamila dosłownie świeciła kosztowną biżuterią i cekinami na ubraniu. Pachnieli intensywnie i drogo. Zobaczyłam też nowe tatuaże, na ramionach. Oczywiście wszystko skomplementowałam, chociaż moja córka za plecami ojca, wywracała oczami. Paweł kiwał głową, no było faktycznie na bogato.
Podczas świąt stół uginał się od wyszukanych potraw i drogich alkoholi. Jedzenie, które przywiozła Ania wyglądało skromnie przy wystawnych łososiach, sushi, włoskich ciastach, serach francuskich, szynce dojrzewającej i markowych alkoholach.
- I wtedy się zaczęło, Kamila oznajmiła z dumą, iż ich firma przyniosła ostatnio milionowe dochody – mówi Ania. – Pogratulowaliśmy, a oni na to, iż mogliśmy być z nimi, a nie wegetować w tym lesie. Powiedzieliśmy, iż to lubimy. Zaczęli się naśmiewać, iż jak można lubić tak się gnieździć w trzypokojowym mieszkanku w bloku. Od razu poinformowali, iż stawiają ogromną willę w atrakcyjnej dzielnicy. Ma być sauna i basen. Powiedziałam tylko, iż super, nam wystarczy morze i ta klitka. To nas zaczęli wyśmiewać.
Atmosfera zrobiła się nieprzyjemna. Ania nie miała pojęcia, iż ich odmowa udziału w firmie brata i bratowej była taką obrazą. Sądziła, iż oni zrozumieli, iż to co mają, to było to, czego pragnęli. Nadmorski klimat, brak stresu miał także zbawienny wpływał na astmę Ani. Mieszkała w uzdrowisku i była szczęśliwa.
- Najgorsze jednak było zachowanie rodziców – przyznaje Ania. – Byli wpatrzeni w brata i bratową, jak w obraz. Chyba też przez całe życie marzyli o tych wszystkich pieniądzach, za które można wszystko kupić. A mój brat z żoną przestali się niestety hamować. Posypały się złośliwości na temat naszego kilkuletniego samochodu, naszych tanich wakacji. Braku ambicji, bo jak stwierdzili, baliśmy walczyć o swoje. Paweł zaczął się spinać, kopałam go pod stołem, żeby im nie wypalił czegoś o ich pojęciu o świecie. Mąż zagryzał zęby, Nina robiła się czerwona na twarzy z nerwów. Myślałam, iż w końcu przestaną sączyć ten jad. Gdzie tam. Dopiero się rozkręcali.
Przy kolejnej butelce wina temat zszedł na dzieci. Marek i Kamila pochwalili się, iż synowie już mają swoje samochody i będą wspólnikami w firmie. Chłopcy, którzy cały czas siedzieli z nosami w swoich telefonach, tylko się uśmiechali. Nie brali udziału w rodzinnej rozmowie.
- Spytałam, co chcą studiować – wspomina Ania. – To mnie wyśmiali. Zapytali, po co te całe studia, żeby żyć w biedzie? Co ta nauka nam dała? I weszli na Ninę. Kamila z drwiną zapytała, co będzie robiła po tej geografii, uczyła za psie pieniądze w szkole, czy w ramach obrony klimatu przywiąże się do drzewa albo przyklei do asfaltu. Córce zbierało się na płacz. Tego było za wiele. Wstałam i powiedziałam, iż dosyć tych bredni, bo nie mają pojęcia, co daje wykształcenie. No bo i skąd mogą mieć. Owszem mogą kupować, co zechcą, ale jednej rzeczy nie kupią wiedzy, a co za tym idzie kultury i rozumienia świata. I nie mają pojęcia, jacy są śmieszni udając celebrytów z kolorowych gazet. A przed naszą córką świat stoi otworem, pojedzie gdzie zechce i będzie żyła jak zechce.
Ania z rodziną wyszli z salonu, nie mogli wracać do siebie do domu, bo pili alkohol. W końcu zainterweniowali dziadkowie, nakrzyczeli na syna i synową, iż skłócają rodzinę. Potem uspakajali i prosili córkę, zięcia i wnuczkę żeby nie wyjeżdżali. Zostali, tamci wyszli.
- Oczywiście to oni byli obrażeni! – wzdycha Ania. – Przez kilka miesięcy nosiło mnie z nerwów. Nie sądziłam, iż bratu ten sukces tak przestawi w głowie. Na te święta nie chcieliśmy tam wracać. Ale rodzice nas uprosili, mówili, iż czują się coraz gorzej, kto wie ile pożyją. Tęsknią za mną i wnuczką, a Pawła lubią. Jedziemy, ale to już nie będzie to co kiedyś. Szkoda, iż pieniądze stały się powodem do rozłamu. Szczególnie, iż my bratu niczego nie zazdrościmy.











