Dawno, dawno temu, gdy jeszcze zimy w Warszawie były prawdziwie mroźne i śnieg skrzypiał pod butami, miałam pewien przedziwny epizod, który do dziś czasem wspominam z lekką ironią.
On nazywał się Wojciech Lis. Człowiek jakich wielu, około trzydziestu pięciu lat, schludny na zdjęciach, bez ekstrawagancji w ubiorze. W jego opisie na portalu randkowym był istny traktat o świadomym życiu, rozwoju osobistym oraz o poszukiwaniu prawdziwej, żywej duszy. I już na tym etapie doświadczenie podpowiadało mi, iż im bardziej mężczyzna podkreśla, jak bardzo pragnie autentyczności, tym częściej kryje się za tym potrzeba znalezienia wygodnej partnerki, która nie będzie miała żadnych oczekiwań i tylko dostosuje się bez narzekania.
Przez kilka dni wymienialiśmy wiadomości. Wojciech był uprzejmy, choć czasami w jego słowach pobrzmiewały dziwne tony. Szczególnie uwielbiał rozważać, iż według niego współczesne kobiety są zepsute pieniędzmi.
Wszystkie tylko restauracje, Zanzibar i nowe telefony pisał. Nikt nie chce zaglądać w duszę, po prostu wyjść na spacer, porozmawiać.
Ja, jako osoba dobrze wychowana, kiwałam głową myślami oczywiście i starałam się delikatnie przenosić rozmowę na inne tematy. Zresztą, każdy ma swoje rany i blizny. Może była żona zostawiła go bez mieszkania czy złudzeń któż to wie. Staram się nie oceniać przed czasem.
W końcu Wojciech zaproponował spotkanie. Był pewien problem: na dworze szalała prawdziwie polska zima. Nie symboliczna, ale faktyczna minus dwadzieścia na termometrze i minus dwadzieścia pięć według odczucia, bo wiał silny wiatr. Meteorolodzy ogłosili pomarańczowy alarm, a służby miejskie wysyłały smsy z zaleceniem, by nie wychodzić z domu bez pilnej potrzeby.
Spotkajmy się w parku napisał Wojciech. Przejdziemy się, pooddychamy świeżym powietrzem, poznamy się bez całej tej otoczki.
Wojciechu odpisałam jest minus dwadzieścia, zamienimy się w lodowe rzeźby w dziesięć minut. Może kawa w kawiarni?
Odpowiedź przyszła błyskawicznie.
Nie chodzę po kawiarniach, tam siedzą tylko utrzymanki, które liczą, iż ktoś je nakarmi, a ja szukam partnerki na życie, żeby ze mną i w ogień, i w wodę, i w mróz. jeżeli zależy ci, żebym wydał na ciebie dwieście złotych, to nie jest nam po drodze.
Moja ciekawość zwyciężyła. Chciałam zobaczyć tego obrońcę czystości relacji, dla którego filiżanka americano to symbol finansowej niewoli.
Dobrze napisałam. Park, 19:00 przy głównym wejściu.
Przygotowania zajęły trochę czasu. Z szafy wyciągnęłam bieliznę termiczną, ciepły sweter i na koniec narciarski kombinezon. Na nogi włożyłam skórzane buty z grubą podeszwą i wełniane skarpety, na głowę czapkę uszatkę.
W lustrze widziałam osobę gotową do zimowych trudów na Syberii.
No to, Wojciechu, trzymaj się rzuciłam z uśmiechem do swojego odbicia i ruszyłam w lodową noc.
Równo o dziewiętnastej byłam przy parku. Mróz od razu złapał za policzki jedyne, co pozostało odkryte. Śnieg chrzęścił pod butami, wokół ani żywej duszy normalni ludzie, także wspomniane utrzymanki, wybrali ciepło.
Przy wejściu stał Wojciech. W jesiennym płaszczu. Przestępował z nogi na nogę, podskakiwał i energicznie dmuchał na dłonie. Nos miał kolor dojrzałej śliwki, a uszy płonęły czerwienią.
Podeszłam.
Dobry wieczór powiedziałam cicho zza szalika.
Spojrzał na mnie, jakby oczekując ujrzeć delikatną wróżkę w rajstopach, która będzie drżeć na wietrze, dając mu okazję poczuć się bohaterem. Tymczasem stanęła przed nim osoba bardziej przypominająca ratownika w wyprawie arktycznej.
Dobry wieczór zdążył wystukać zębami. Ty… solidnie się przygotowałaś.
Mówiłeś, iż w ogień i w wodę. Ja postanowiłam zacząć od mrozu. No to co, idziemy na spacer i oddychamy powietrzem?
Piętnaście minut chwały
Ruszyliśmy aleją. Ten spacer zajął wysokie miejsce na liście najdziwniejszych randek mojego życia.
Jak ci się podoba pogoda? zapytałam z pozorną nonszalancją.
Ożywia wydusił. Twarz już ledwo mu się ruszała, działały tylko usta, które coraz bardziej siniały. Lubię zimę, sprawdza ludzi na wytrzymałość.
Zgadzam się kiwnęłam głową. Tak a propos utrzymanek. Wyjaśnij swoją teorię, czemu kawa to oznaka sprzedaży?
Mówienie sprawiało mu wyraźny ból mróz palił gardło ale przekonania wymagały poświęceń.
Bo… głos drżał relacje powinny opierać się na wzajemnym zainteresowaniu, a nie na portfelu. jeżeli dziewczyna nie może po prostu wyjść na spacer, tylko od razu oczekuje jedzenia, to znaczy, iż jest konsumentką.
A jeżeli dziewczyna po prostu nie chce złapać zapalenia płuc? dopytałam, poprawiając kaptur.
To tylko wymówki uciął i natychmiast głośno pociągnął nosem. Chcieć to móc, trzeba się cieplej ubrać.
No właśnie tak zrobiłam rozłożyłam ręce, prezentując swój obszerny strój. Ale ty chyba nie bardzo. Na pewno ci nie jest zimno?
Jest okej! odburknął, choć trzęsło go tak, iż było to widoczne choćby w półmroku.
Minęło dziesięć minut, dotarliśmy na centralny plac parku. Tam stał zamknięty kiosk z kawą. Wojciech spojrzał na niego z tęsknotą godną bohatera tragicznego.
Może wrócimy? zaproponował. Chyba wiatr się nasilił.
No weź! rozpromieniłam się. Dopiero zaczęliśmy. Chciałeś poznać duszę. Porozmawiajmy o literaturze. Lubisz Jacka Londona? Ma świetne opowiadanie Rozpalić ognisko, gdzie bohater zamarzł na śmierć, bo zlekceważył mróz.
Spojrzenie, którym mnie obdarzył, nie miało już nic wspólnego z duchowością.
Muszę już iść przerwał. Pojawiły się pilne sprawy.
Jakie sprawy? Przecież planowaliśmy wieczór.
Służbowe. Przypomniałem sobie, iż nie wysłałem raportu.
O ósmej wieczorem, w piątek?
Tak! niemal krzyknął.
Nagle się odwrócił i prawie biegiem ruszył do wyjścia. Szłam powoli za nim, ciesząc się chwilą: mój wielki survivalowiec wytrzymał dokładnie piętnaście minut.
Przy wejściu do metra choćby się nie pożegnał po prostu zniknął w cieple podziemnej Warszawy. Mam nadzieję, iż tam odtajał nie tylko zmarznięte dłonie, ale może i własne przekonania. Choć raczej wątpię.
Ja wróciłam do domu, zaparzyłam gorącą herbatę i usunęłam całą korespondencję z Wojciechem. Czas, który tam spędziłam, nie poszedł na marne te piętnaście minut stało się niezwykłym szczepieniem przeciwko poczuciu winy oraz przypomnieniem, iż dbanie o siebie nie czyni z kobiety utrzymanki.










