Jego imię to był Wojciech. Na zdjęciach zupełnie zwyczajny mężczyzna, jakieś trzydzieści pięć lat, schludny, żadnych ekstrawagancji. W opisie profilu filozoficzne rozważania o świadomym życiu, rozwoju osobistym i poszukiwaniu prawdziwej, czującej duszy. Już na tym etapie powinna mi się zapalić ostrzegawcza lampka życiowe doświadczenie podpowiada, iż im głośniej facet mówi o prawdziwej kobiecie, tym więcej ma na myśli kogoś, kto nie będzie chciał niczego i nie będzie oczekiwać czegokolwiek.
Pisaliśmy do siebie kilka dni. Wojciech był uprzejmy, choć momentami pojawiały się dziwne nutki. Szczególnie lubił narzekać na to, iż współczesne kobiety są, jego zdaniem, popsute przez pieniądze.
Wszystkie chcą tylko restauracji, Malediwów i iPhona pisał. Nikt nie chce patrzeć na duszę, zwyczajnie spacerować i rozmawiać.
Ja, jako kulturalna osoba, kiwnęłam głową mentalnie oczywiście i dyskretnie skierowałam rozmowę na inne tory. W końcu każdy ma swoje blizny. Może była żona zostawiła go bez mieszkania albo bez złudzeń kto wie. Staram się nie wyciągać pochopnych wniosków.
W końcu Wojciech zaproponował spotkanie. Problem był tylko jeden: na dworze miała miejsce styczniowa apokalipsa. Nie jakaś tam symboliczna prawdziwa, minus dwadzieścia na termometrze, minus dwadzieścia pięć w odczuciu przez wiatr. Synoptycy ogłosili pomarańczowy alarm pogodowy, a RCB rozsyłało SMS-y, żeby bez powodu nie wychodzić z domu.
Spotkajmy się w parku napisał Wojciech. Po prostu spacer, oddech świeżym powietrzem, poznanie się bez masek.
Wojtek, odpisałam na dworze minus dwadzieścia, za dziesięć minut będziemy lodowymi rzeźbami, może wypijemy kawę w kawiarni?
Odpowiedź przyszła szybko:
Do kawiarni nie chodzę, tam siedzą tylko utrzymanki, które liczą, iż ktoś je nakarmi. Ja szukam towarzyszki na życie, żeby mogła być ze mną w ogniu, wodzie i mrozie. jeżeli koniecznie muszę wydać na ciebie dwieście złotych, to nie jesteśmy dla siebie.
Ciekawość zwyciężyła. Bardzo chciałam zobaczyć tego czempiona czystości relacji, dla którego filiżanka americano to symbol finansowego zniewolenia.
Dobrze, napisałam. Park, to park, pewnie! 19:00 przy głównym wejściu.
Przygotowania zajęły trochę czasu. Z szafy wyciągnęłam termoaktywną bieliznę, grubą bluzę, a na koniec narciarski kombinezon. Na nogi buty z grubą podeszwą i wełniane skarpety, na głowę uszanka.
W lustrze patrzyła na mnie osoba gotowa do zimowania na Syberii.
No to, Wojtek, trzymaj się rzuciłam oczko do odbicia i ruszyłam w lodowaty wieczór.
Równo o 19:00 byłam przy parku. Mróz natychmiast chwycił mnie za policzki jedyne, co zostało nieosłonięte. Śnieg skrzypiał pod nogami, nikogo w zasięgu wzroku normalni ludzie, w tym utrzymanki, wybrali ciepło.
Przy wejściu stał Wojciech. W jesiennym płaszczu. Przestępował z nogi na nogę, podskakiwał i desperacko dmuchał na dłonie. Nos miał już kolor dojrzałej śliwki, a uszy jarzyły się czerwienią.
Podeszłam.
Cześć powiedziałam spod szalika.
Wojciech rzucił mi spojrzenie, najwyraźniej spodziewając się zobaczyć delikatną wróżkę w rajstopkach, która subtelnie dygocząc na wietrze, daje mu szansę na bohaterstwo. Zamiast tego stała przed nim osoba bardziej przypominająca ratownika Arktyki.
Cześć szczęknął zębami. Ale… solidnie się przygotowałaś.
No przecież mówiłeś: i w ogień, i wodę ja zaczęłam od mrozu. To co, idziemy po duchową świeżość?
15 minut sławy
Ruszyliśmy alejką. Ten spacer zajął honorowe miejsce w moim rankingu najdziwniejszych randek.
Jak pogoda? zagaiłam wyrafinowanie.
Hartuje wykrztusił. Jego twarz przestała się ruszać, tylko usta robiły się coraz bardziej niebieskie. Uwielbiam zimę, sprawdza ludzi.
Zgadzam się kiwnęłam. A tak przy okazji powiedz, czemu kawa jest dla ciebie symbolem sprzedaży kobiecości?
Mówienie mu wyraźnie sprawiało ból mróz palił gardło ale ideologia wymagała ofiary.
Bo… głos drżał relacja powinna być oparta na zainteresowaniu sobą, a nie portfelem. Jak dziewczyna nie może po prostu przejść się, tylko od razu potrzebuje karmienia, znaczy jest konsumentką.
A jeżeli dziewczyna po prostu nie chce złapać zapalenia płuc? spytałam, poprawiając kaptur.
To wymówki urwał i głośno pociągnął nosem. Kto chce, szuka sposobu. Trzeba się cieplej ubrać.
No właśnie, ubrałam się rozłożyłam ramiona, prezentując swój polarowy kształt. Ty chyba nie bardzo. Serio, nie jest ci zimno?
Spoko, daję radę! rzucił, choć trzęsło nim tak, iż widziałam to choćby przy słabym świetle.
Minęło dziesięć minut, wyszliśmy na centralny plac parku. Tam stał zamknięty kiosk z kawą. Wojciech spojrzał na niego z tęsknotą godną romantycznego protagonisty.
Może wrócimy? zaproponował. Chyba wiatr się nasilił…
O nie! ożywiłam się. Dopiero zaczęliśmy. Chciałeś poznać duszę. Pogadajmy o literaturze. Znasz Jacka Londona? W jego opowiadaniu Rozpalić ogień bohater zamarzł na śmierć, bo zlekceważył mróz.
Jego spojrzenie nie było już zainteresowane duchowością.
Wiesz co, muszę iść przerwał. Coś mi się przypomniało… takie pilne sprawy.
Jakie sprawy? Przecież planowaliśmy wieczór.
Służbowe… Zapomniałem wysłać raport.
O dwudziestej wieczorem w piątek?
Tak! wykrzyknął prawie.
Zrobił woltę i niemal biegiem poszedł do wyjścia. Szłam za nim, ciesząc się chwilą: mój survivalowiec wytrzymał dokładnie piętnaście minut.
Przy metrze choćby się nie pożegnał po prostu zniknął w błogim cieple podziemia. Mam szczerą nadzieję, iż ogrzał tam nie tylko zziębnięte palce, ale i swoje przekonania. Chociaż raczej nie.
A ja wróciłam do domu, zaparzyłam gorącą herbatę i usunęłam rozmowy z Wojciechem. Czasu nie żałowałam. Te piętnaście minut były świetną szczepionką przeciwko poczuciu winy i przypomnieniem, iż dbanie o siebie nijak nie czyni z kobiety utrzymanki.











