Zając w Bażantarni i smaganie jałowcem. Jak świętowali dawni elblążanie?

elblag24.pl 2 godzin temu

Dziś Wielkanoc kojarzy nam się z koszyczkiem pełnym wędlin i litrami wody wylewanej w lany poniedziałek. Jednak gdybyśmy przenieśli się w czasie o sto lat, na ulicach Elbląga zastalibyśmy zupełnie inny widok. Zamiast pistoletów na wodę – gałązki jałowca, a zamiast święconki – milczące wyprawy do leśnych potoków.

Miasto między tradycjami

Dawny Elbląg był tyglem, w którym mieszały się surowe zasady protestantyzmu z barwnymi zwyczajami ludowymi Żuław i Prus Wschodnich. Choć miasto tętniło nowoczesnym przemysłem, w czasie świąt wracało do korzeni, które dziś mogą nas nieco dziwić.

Wielki Post traktowano tu z niezwykłą surowością. Przygotowania zaczynały się od niemal rytualnego szorowania garnków popiołem – w kuchni nie mógł ostać się ani gram zwierzęcego tłuszczu. Kulminacja powagi przypadała na Wielki Piątek, który dla większości ówczesnych elblążan (wyznania ewangelickiego) był najważniejszym dniem roku. Miasto zamierało w ciszy, a na stołach królowały ryby z Zalewu Wiślanego.

Zając ukryty w mchu

Niedziela Wielkanocna należała jednak do dzieci i… przyrody. Elblążanie, znani ze swojego zamiłowania do spacerów, masowo ruszali do Bażantarni (Vogelsanger Wald). To właśnie tam, wśród budzącej się do życia roślinności, „wielkanocny zając” ukrywał pofarbowane jaja.

„Pamiętam to zdziwienie, skąd zając wiedział, którą ścieżką będziemy szli” – wspominają dawni mieszkańcy w swoich pamiętnikach.

Tradycja szukania prezentów w ogrodach i parkach była tu znacznie silniejsza niż w innych regionach Polski. Co ciekawe, próżno byłoby szukać w domach wiklinowych koszyczków przygotowanych do święcenia. W dawnym Elblągu zwyczaj „święconki” praktycznie nie istniał – zasiadano bezpośrednio do uroczystego śniadania, na którym nie mogło zabraknąć drożdżowego baranka (Osterlamm) oraz ryżu na słodko z masłem i cynamonem.

Zamiast wody – smaganie

Największym zaskoczeniem dla współczesnego czytelnika byłby prawdopodobnie Poniedziałek Wielkanocny. Zapomnijcie o Śmigusie-Dyngusie. W Elblągu panował Schmackostern, czyli zwyczaj „smagania”.

Młodzi chłopcy, uzbrojeni w wierzbowe lub jałowcowe witki, krążyli po kamienicach, lekko uderzając po nogach dziewczęta i gospodynie. Nie było w tym jednak złośliwości – smaganie miało symbolizować przekazanie sił witalnych natury człowiekowi. Za takie „życzenia zdrowia” chłopcy otrzymywali zapłatę w postaci pisanek lub drobnych monet.

Tajemnica wielkanocnej wody

Dla tych, którzy pragnęli zachować wieczną młodość, istniał jeszcze jeden, niemal magiczny obyczaj. Elbląskie panny o świcie w niedzielę wymykały się do brzegów Kumieli. Wierzono, iż obmycie twarzy w bieżącej wodzie zapewni cerę bez skaz i piegów. Był jednak haczyk: cała wyprawa, od wyjścia z domu do powrotu, musiała odbyć się w absolutnym milczeniu. Jedno wypowiedziane słowo sprawiało, iż moc „wielkanocnej wody” znikała.

Dziś, spacerując ścieżkami Bażantarni czy mijając mostki na Kumieli, warto wspomnieć tych, którzy sto lat temu szukali tam śladów zająca i wiosennej magii. Choć dawne obyczaje niemal całkowicie zatarły się po 1945 roku, duch elbląskiej wiosny pozostał ten sam.

Idź do oryginalnego materiału