Siedziałyśmy przy stoliku pod balkonem, tam gdzie kelnerzy stawiali puste kieliszki po winie. Pachniało stearyną od świec i choinką, bo studniówka wypadła w pierwszą sobotę po Trzech Króli. Zuzia poprawiała granatową suknię, a ja trzymałam w torbie termos z letnią herbatą — już dawno wystygła, ale nie było kiedy jej wypić.
Półtora roku wcześniej Zuzia miała jeszcze długie włosy i śmiała się, iż na studniówkę pójdzie w trampkach, bo tak wygodniej. Potem rak. Dwie operacje, chemia, naświetlania. W maju przestała chodzić. W październiku do jej pokoju wjechał wózek, a obok łóżka stanął stacjonarny koncentrator tlenu. Na studniówce musiała mieć przenośną butlę, którą woziła w bocznej kieszeni wózka.
Wiedziałam, ile to dla niej znaczy, bo od szóstego roku życia wycinała zdjęcia sukienek z kolorowych gazet. Kupowałam jej później wszystko, co granatowe. Gdy w grudniu złożyłam dwa zamówienia na studniówkę — jedno dla Zuzi, jedno dla mnie jako opiekunki — zapłaciłam sto osiemdziesiąt złotych. Do koperty na dekoracje dołożyłam tysiąc dwieście. Pani Basia, skarbniczka komitetu rodzicielskiego, podziękowała mi w szatni i schowała pieniądze do portfela.
Weszłyśmy do sali o dziewiętnastej. Ludzie podnosili się z krzeseł, kelnerka zatrzymała się z tacą, a chłopak przy wejściu popatrzył na wózek jak na psa z dwiema głowami. Zuzia udawała, iż tego nie widzi. Uśmiechała się, ale jej palce na podłokietniku zrobiły się białe.
Pozwoliłam jej zostać, gdy chciała usiąść przy stole numer cztery, z dala od parkietu. Obserwowała pary, które wirowały w rytm pierwszej piosenki. Potem DJ zapowiedział wolny taniec. Wszyscy poderwali się z miejsc. Zuzia została. Wpatrywała się w wirujące sukienki, a ja widziałam, jak jej oddech robi się płytszy.
Wtedy podszedł Szymon Malinowski. Kapitan drużyny piłkarskiej, najpopularniejszy chłopak w trzeciej klasie. Podszedł nie od strony bufetu, tylko przez środek parkietu, tak żeby go wszyscy widzieli. Wyciągnął dłoń.
— Zuzka, zatańczysz ze mną?
Zuzia zmarszczyła brwi, potem dotknęła swojej butli z tlenem.
— Na pewno chcesz tańczyć z kimś na kółkach?
— Chcę zatańczyć z tobą. Z kółkami albo bez.
Odpowiedział głośno, wyraźnie, jakby specjalnie. Zuzia się zaśmiała — tak, iż aż zabolało mnie w klatce piersiowej, chociaż nie pamiętałam, kiedy ostatnio słyszałam jej śmiech. Szymon ustawił się za wózkiem i delikatnie wjechał na parkiet. Zrobił to tak, iż nikt nie miał wątpliwości, kto prowadzi.
Przez kilka taktów było dobrze. Ludzie klaskali, dwie dziewczyny wyjęły telefony. A potem ktoś krzyknął:
— Szymon, naprawdę nie było kogo poprosić?
Drugi głos, z lewej, z okolic stołu numer osiem:
— Czy ona w ogóle powinna jechać na parkiet? Przecież butla się wywróci!
Śmiech, krótki, jakby ktoś odkręcił kurek. Zuzia przestała się uśmiechać. Zobaczyłam, jak chowa twarz w fale sukni. Wstałam, chwyciłam torebkę. Chciałam do niej podejść, zabrać ją, odwieźć do domu i nigdy więcej nie wracać do tego miasta.
Ale wtedy Zuzia wyciągnęła rękę w moją stronę, nie odrywając drugiej od podłokietnika.
— Mamo, zostańmy. Proszę. Nie uciekajmy.
To nie była prośba. To był rozkaz kogoś, kto już raz przeżył śmierć i wie, iż ucieczka boli bardziej.
Zatrzymałam się. Zuzia uniosła brodę. Szymon stał za nią, a jego kark pociemniał.
W tej samej chwili na scenę wszedł dyrektor Lewandowski. Nie wiedziałam, kiedy zdążył podejść do mikrofonu — pewnie wtedy, gdy wszyscy patrzyli na parkiet. Muzyka ucichła. Rozmowy umarły. W sali zostało tylko skrzypienie butów o lakierowaną podłogę.
Dyrektor odchrząknął i powiedział do mikrofonu:
— Chcę, żeby wszyscy usłyszeli to, co ja przed chwilą usłyszałem. Zanim DJ włączy kolejną piosenkę, wyjaśnimy sobie jedną rzecz.
Zatrzymał się. Czekał, aż kelnerka zamknie drzwi do kuchni, skąd wcześniej dolatywał zapach kapusty i smalcu.
— Osoby, które wykrzyczały te słowa — mówił dalej — nie opuszczą tej sali bez konsekwencji. W poniedziałek czeka je komisja wychowawcza. Ale to nie wszystko.
W sali zrobiło się tak cicho, iż słyszałam tykanie zegara nad barem. Zuzia nie płakała. Patrzyła przed siebie, a Szymon położył dłoń na jej ramieniu — trzymał ją tak, jak trzyma się poręcz w autobusie, gdy kierowca gwałtownie hamuje.
Dyrektor zszedł ze sceny, nie wypuszczając mikrofonu. Podszedł do stolika numer osiem.
— Proszę, żebyście wstali.
Dwóch chłopaków uniosło się powoli. Jeden z nich, z rozpiętą muchą, patrzył w podłogę. Drugi trzymał w dłoni papierowy serwetnik, który zgniótł tak mocno, iż pękł w połowie.
— Panowie — dyrektor nie podniósł głosu — jesteście wolnymi ludźmi. Ale od tej chwili nie jesteście gośćmi tej studniówki. Proszę wyjść z sali.
Nie poruszyli się od razu. Przy stoliku obok wstała kobieta w cekinowej sukni, pewnie matka jednego z nich. Otworzyła usta, ale dyrektor uniósł dłoń.
— Naprawdę nie warto. Niech pani siada.
Wyszli. Ktoś zaczął klaskać, ale gwałtownie przestał, bo nikt nie dołączył.
Wtedy podeszłam do stołu, przy którym pani Basia wciąż trzymała na kolanach moją kopertę. Poruszała nią nerwowo, jakby nie wiedziała, co z nią zrobić.
— Basiu, oddaj mi to.
Popatrzyła na mnie znad okularów.
— Ale to już są pieniądze komitetu…
— To są pieniądze, które przyniosłam na ten wieczór. Nie są ci potrzebne. Zabieram je.
Nie czekałam, aż mi poda. Sięgnęłam po kopertę i wysunęłam ją z jej palców. Nie była zaklejona. W środku leżało dwanaście banknotów po sto złotych. Przypomniałam sobie, iż chciałam dołożyć dwieście na kwiaty dla DJ-a, ale nie zdążyłam.
Dyrektor Lewandowski podszedł do mnie z boku, wciąż z mikrofonem opuszczonym.
— Pani Anno, co pani robi? Przecież to pani wspierała komitet…
— Przestaję wspierać — powiedziałam. — W poniedziałek przelę całą kwotę na rzecz hospicjum dla dzieci. Dla dzieci, które nie doczekają studniówki. Ta szkoła nie dostanie ode mnie ani złotówki, dopóki takie zachowanie jest tu traktowane jak dowcip.
Nie podniosłam głosu. Mówiłam tak, jak się prosi w aptece o kolejny lek dla chorego dziecka.
Dyrektor pokręcił głową, ale nie próbował mnie zatrzymać. Pani Basia patrzyła na swoje puste dłonie.
Odwróciłam się do Zuzi. Siedziała na parkiecie, a Szymon wciąż trzymał jej wózek. Zobaczyłam, jak jej kącik ust unosi się do góry.
— Widzisz, mamo? Jednak było warto tu przyjechać.
To były jej słowa, ale wyglądały jak cudza modlitwa.
Wzięłam wózek za uchwyty i poprowadziłam ją do wyjścia. W drzwiach minęłam tych dwóch chłopaków, którzy stali na mrozie w rozpiętych koszulach. Jeden z nich chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słowa. Drugi kopał zmarzniętą grudkę lodu.
Na zewnątrz było minus dwanaście. Śnieg skrzypiał pod kołami. Gdy pomagałam Zuzi wsiąść do samochodu, usłyszałam, jak na sąsiedniej posesji szczeka pies. Ten sam, który zawsze budził ją przed chemią, gdy rano wychodziłyśmy z domu.
W poniedziałek rano poszłam do oddziału banku przy ulicy Narutowicza. Za szybą siedziała kobieta w szarym swetrze, która wyglądała, jakby pracowała tam od czasów, gdy w mieście jeździły trolejbusy.
— Przeleję tysiąc dwieście złotych — powiedziałam, kładąc przed nią kopertę.
— Całą kwotę? Na jakie konto?
Podałam jej kartkę z numerem hospicjum. Wklepała go bez pytania.
Kiedy wyszłam na ulicę, zobaczyłam tamtych dwóch chłopaków. Stali na przystanku, jakby czekali na autobus, chociaż nie jeździł tam żaden o tej porze. Minęłam ich, trzymając w dłoni potwierdzenie przelewu. Jeden z nich zrobił krok w moją stronę.
— Proszę pani, ja… — zaczął.
Nie zwolniłam. Poszłam do zaparkowanego auta, wsiadłam i położyłam potwierdzenie na siedzeniu pasażera. Kwota: 1200 zł. Tytułem: „Dla dzieci".
Odpaliłam silnik i odjechałam. W lusterku zobaczyłam, jak tamei dwaj zostają na przystanku, a śnieg zaczyna sypać gęściej, zakrywając ich buty.












