Za co los tak ciężko ją doświadczył? Z każdym rokiem dorastając, Lubka coraz mocniej utwierdzała s…

newskey24.com 8 godzin temu

Za co jej taki los przypadł

Z każdym rokiem, gdy dorasta, Ludwika coraz wyraźniej rozumie, iż nie chce i nie będzie żyć jak jej matka, Barbara. Choć Barbara to jeszcze stosunkowo młoda kobieta, wygląda jednak staro, zmęczona to wszystko przez wiecznie pijanego męża, Szymona.

Ludwika ma siedemnaście lat i po ukończeniu liceum nie zdecydowała się na studia. Bała się zostawić mamę samą. Od dawna pragnęła uciec z domu, ale szkoda jej było matki ojciec w gniewie mógł zrobić wszystko. Gdyby uciekła, kto by mamie pomógł przyłożyć zimny kompres do sińca, podał szklankę wody.

Dzisiaj ojciec znowu wraca pijany, ledwo wciska się na krzesło w kuchni. Barbara bez słowa stawia przed nim talerz z zupą, ale widzi, jak niespodziewanie talerz ląduje na podłodze, prawie ją raniąc.

Mam już dość twojej zupy rzuca Szymon, patrząc na żonę przekrwionymi oczami.

Ludwika podbiega i pomaga matce zbierać kawałki rozbitego talerza. Ojciec z trudem się podnosi i przechodząc, uderza Barbarę kolanem. Do córki rzuca szorstko:

Jutro wcześnie jedziemy na ryby. Przyniesiemy tej kwoczce ryb, chociaż na zupę.

Ludwika ma nadzieję, iż ojciec zapomni o tym pomyśle, ale budzi ją szorstki dotyk, a nad sobą widzi ojca.

Wstawaj, przegapimy branie, rano najlepiej bierze.

Siedemnastolatka zbiera się w pośpiechu, ale wtedy w drzwiach pojawia się Barbara z wiadrem świeżego mleka, dopiero co wydojonej krowy.

Patrzyłeś za okno? zwraca się do męża. Burza idzie, czego w taką pogodę nad rzekę?

Stawia wiadro na ziemi i zastawia drogę Ludwice.

Nie puszczę. Utopisz dziecko.

Szymon odpycha żonę z całej siły, przewraca ją, rozlewa mleko, a córkę ciągnie za ramień w kierunku drzwi. Ludwika widzi ciemne chmury nad domem. Gdy już siedzą w łódce, wiatr mocno wieje, fale robią się większe, a ojciec niewzruszony wiosłuje na sam środek, bliżej drugiego brzegu. Tam głębiej, lepiej bierze, powtarza.

Bliżej drugiego brzegu zawierucha się wzmaga, deszcz zaczyna lać jak z cebra. Strach ściska Ludwikę, kurczowo trzyma się brzegów łodzi.

Mój stary zawsze mówił, iż w taką pogodę najlepiej bierze! wrzeszczy Szymon, łowiąc wędką.

Nagle ojciec wstaje, a podmuch wiatru przewraca łódź. Szymon wpada do wody. Ludwika widzi jak fale przykrywają ojca ten walczy bezradnie. Chce podać mu wiosło, ale sama traci równowagę i też ląduje w wodzie. Łódka przewraca się, silny cios w głowę potem już nic nie pamięta.

Otwiera oczy, jest w obcej, wilgotnej izbie, leży na łóżku. Wchodzi postawny, brodaty mężczyzna. Ledwie oddycha, nie ma siły się ruszyć.

Oprzytomniałaś, to dobrze mruczy, zabierając się za rozpalanie pieca. Ludwika znowu odpływa w sen. Widzi młodą kobietę, wie, iż to matka.

Następnym razem, gdy się budzi, brodaty siedzi przy niej, karmi ją łyżką czymś gorzkim ziołowym wywarem.

Pij, powinno pomóc. A potem musisz zjeść mówi spokojnie.

Po długim czasie Ludwika dochodzi do siebie, podnosi się, nogi drżą. Podchodzi do okna głęboka jesień. Jest w ogromnej piżamie. W lustrze widzi, iż ktoś zaplotł jej włosy w warkocz. Znajduje się w drewnianej chacie, czuje głód, wychodzi.

O, wreszcie wstałaś. Siadaj, zjedz chleb mówi mężczyzna, mieszając gęstą zupę w garnku. Pachnie jedzeniem.

Ludwika niepewnie zasiada przy stole. Mężczyzna podaje jej zupę i siada naprzeciw.

Jak się tu znalazłam?

Najpierw jedz, potem pytaj…

Kończy zupę, choć się boi sprzeciwić.

Nic nie pamiętasz? pyta brodaty.

Nie… kręci głową.

Tak to już jest. Człowiek się opiekuje kobietą, a ona nic nie pamięta. Może przez chorobę. Prawie się utopiłaś w rzece, wyciągnąłem cię stamtąd.

Ludwika milczy, nie wie, co odpowiedzieć.

Imię chociaż pamiętasz? Kręci głową.

To tak… A przecież ty jesteś moją żoną, Walentyną, ty Wala.

To niemożliwe szepcze w osłupieniu Ludwika, choć nic nie pamięta.

A jednak uśmiecha się krzywo brodaty. Chodź, przypomnę ci chwyta ją mocno za rękę. Długo czekałem, aż się ockniesz. Chora leżałaś dwa miesiące.

Ciągnie ją do pokoju. Szarpie się, ale uderza ją i wrzuca na łóżko.

Niewdzięcznica, tyle roboty z tobą miałem, życie uratowałem, to teraz zapamiętasz, kto tu jest mężem…

Ludwice jest przykro i wstyd. Leży bezwładna, łzy płyną po policzkach. Na dworze warczy pilarka. Po chwili, gdy mężczyzna jej nie widzi, chwyta gruby płaszcz z wieszaka, narzuca na siebie. Wymyka się przez tyły domu, biegnie do lasu tam brzeg rzeki, łódź z silnikiem. Słyszy trzask gałęzi. Brodaty ją dopada i powala na ziemię.

Podnosi ją za kołnierz i warczy:

Myślałaś, iż uciekniesz? Przestań się złościć, źle zacząłem, pochorowałaś się, pamięć ci odebrało, już myślałem, iż nie przeżyjesz. Uciec ode mnie chciałaś. Nie uda ci się. Rozpalę ci saunę, ogrzejesz się. Pamiętasz, jak się nazywam? Klemens jestem, Klemens.

Jak zahipnotyzowana, Ludwika wraca do domu, nic nie pamięta. Już się nie buntuje, nie ucieka, przygaszona chorobą nie ma sił. Ale postanawia w duchu, iż czekać będzie na stosowny moment.

Boże, za co mi taki los? powtarza w myślach.

Klemens obarcza ją domowymi obowiązkami. Wymaga czystości, gotowania, sprzątania w oborze, a najbardziej nienawidzi, gdy z wymuszonym uśmiechem każe się jej kłaść z nim w łóżku. Kiedy się opiera, bije ją. Zrozumiała, iż już lepiej znosić wszystko bez sprzeciwu.

Mijają tygodnie. Klemens chodzi na ryby i polowania, jeździ do miasta do Mielca na targ, sprzedaje mięso i ryby. Gdy go nie ma, Ludwika czuje ulgę, nie ma choćby telewizora, więc czyta stare książki. Kiedy wraca, jest pełna strachu.

Pewnego dnia, pod pretekstem zbierania chrustu, idzie nad rzekę, gdzie widzi jego łódź przypiętą łańcuchem z kłódką. Klucz wisi w domu wie o tym. Któregoś popołudnia Klemens zasypia po obiedzie, Ludwika chwyta klucz, ciepło się ubiera i biegnie nad rzekę. Długo męczy się z kłódką, wreszcie wsiada do łodzi i odbija od brzegu, gdy przez powietrze śwista kula. Odwraca się, Klemens stoi z dubeltówką. Wie, iż celuje doskonale.

Zawracaj, albo następnym razem trafię wrzeszczy. Strzela jeszcze raz. Wraca na brzeg.

Wyciąga ją z łodzi, bije pięścią i rzuca na ziemię. Ocknęła się znów na swoim miejscu w domu.

Jak nie rozumiesz po dobroci, zamknę cię w oborze na łańcuchu warczy i wychodzi.

Mija tydzień. Ludwika czuje, iż zaraz oszaleje, ale powoli dochodzi do siebie, aż pewnego dnia dopada ją mdłości. Klemens z podejrzliwością przygląda się jej.

Czekaj, nie jesteś aby w ciąży?

Wkrótce wiedziała, i on też, iż spodziewają się dziecka. Teraz Klemens łagodnieje, zwalnia ją z najcięższych prac, rzadko podnosi rękę. Któregoś dnia wyjeżdża do miasta na targ. Zawsze pływa łodzią na drugi brzeg Wisłoki, tam jeździ autobusem dalej.

Ludwika idzie nad rzekę na spacer, jest już połowa listopada, przenikliwie zimno, nadciąga zima. Słyszy nagle motor. Zbliża się łódź, ale nie Klemensa. Z łodzi wychodzi postawny mężczyzna z wędkami, dostrzega ją i zamiera z wrażenia.

Ludka, to ty? niedowierza.

Musi mnie pan z kimś mylić, jestem Walentyna…

Nie opowiadaj, przecież cię znam od dziecka, sąsiad jestem, nosiłem cię na rękach! A twoja mama Barbara pochowała już męża, po tobie ślad zaginął, wszyscy myśleli, iż się utopiłaś. Matka cała się zamartwiła. Jestem sąsiad Karol, nie pamiętasz? Jak się tu znalazłaś?

Mieszkam tu z mężem odpowiada zdezorientowana Ludwika.

Myślałem, iż tu nikt nie mieszka, nigdy cię nie widywałem wtedy Ludwika chwyta go za rękę.

Wujku Karolu, zabierz mnie na drugi brzeg, ja ci wszystko opowiem… Klemens mnie zabije…

Wsiadaj gwałtownie do łodzi Ledwie odpływają, za sobą słyszą strzały, oboje chowają się za wzgórzem.

Wprowadza ją do swojego domu. Tam Ludwika widzi kobietę, którą zna ze snów.

Dzień dobry mówi cicho.

Dziecko! Barbara rzuca się do córki. Karol, skąd ją masz, gdzie ją znalazłeś?

Barbara nie może uwierzyć w szczęście. Karol opowiada, gdzie znalazł Ludwikę. Z początku ona nie pamięta nic, ale po chwili zaczyna wracać pamięć urywki z dzieciństwa, ojca i matki, aż wreszcie wszystko choćby jak ojciec wypadł z łodzi. Opowiada mamie o życiu z Klemensem, który jednak uratował jej życie.

Mamo, jeżeli on mnie znajdzie, zabije nas obie To nie człowiek Zwierzę z natury.

Przychodzi sąsiadka Teresa, żona Karola. Obie wspierają Barbarę i radzą:

Basiu, twoja córka ma rację, musicie gwałtownie uciekać. Jedźcie do mojej siostry na wieś, ona mieszka sama. Potem się zastanowicie, co dalej. Pakujcie najpotrzebniejsze rzeczy, Karol was odwiezie.

Odjeżdżają starym polonezem, mama z Ludwiką oglądają się na swój dawny dom. Klemens odnajduje dom Ludwiki, widzi zamknięte drzwi i zamki.

Kogo szukasz? pyta Teresa.

Znajomej, nie wie pani, gdzie się podziała?

Nie wiem odpowiada Teresa, chociaż widzi, iż Klemens jej nie wierzy, odchodzi wściekły.

Karol pomaga Barbarze sprzedać dom, przywozi jej pieniądze, pomaga kupić mały domek na wsi. Z żoną Teresą urządzają wnętrza, pomagają malować ściany i sprzątać.

Ludwika powoli zapomina okrutne przeżycia z Klemensem, chociaż przypomina o nim jej synek Nikodemek. Kocha go jednak nad życie, zresztą babcia także. Przed nią rysuje się nowe szczęście, bo niedaleko mieszka Grzegorz, który już marzy, by oświadczyć się LudwiśceZ czasem w nowym domu zapadał spokój, jakiego Ludwika nigdy nie zaznała. Zima była surowa, ale każdego ranka, gdy otulała synka w ciepłym kocu, czuła narastającą w sercu nadzieję. Barbara sadziła z nią razem warzywa w ogrodzie, a po wieczorach, przy kominie, snuły wspomnienia o tych, którzy potrafili kochać, i o tych, którzy zapomnieli, jak to jest.

Nikodemek rósł, wesoło biegał po dworze, a Ludwika śmiała się coraz częściej, choć cień dawnego życia nieraz próbował wsunąć się pod próg. Kiedy wiosną zakwitły pierwsze jabłonie, pod ich bielonymi koronami matka i córka milcząco dziękowały losowi a może sobie nawzajem za odwagę.

Pewnego popołudnia Ludwika usiadła z mamą na ławeczce w sadzie. Nikodemek bawił się z psem, wrzucając mu patyki, a Barbara przytuliła córkę, patrząc na zachód słońca.

Myślałam, iż już nigdy nie poczuję tego wszystkiego wyszeptała Ludwika.

Barbara uśmiechnęła się łagodnie. Życie czasem daje drugą szansę tym, którzy przeszli przez burzę.

Ludwika zamknęła oczy, czując ciepło matczynych dłoni i zapach wiosny. Po raz pierwszy w życiu uwierzyła, iż los wcale nie jest wyrokiem. Że można zacząć od nowa, jeżeli tylko wystarczy odwagi i miłości. I już nie powtarzała w myślach dawnych słów.

Za nic nie oddałaby teraz swojego losu choćby tego z jego bliznami. Czuła, iż właśnie tu, gdzie Nikodemek śmieje się pod jabłonią, zaczęła naprawdę żyć.

Idź do oryginalnego materiału