Agnieszka właśnie nalewała sobie drugą kawę z ekspresu, kiedy zadzwoniła jej komórka. Urządzenie stało na blacie obok szafki z przyprawami, a czerwona dioda wciąż migała — ekspres był w trybie czuwania, chociaż nigdy nie potrafiła go do końca wyłączyć. W słuchawce usłyszała głos pani Zofii z trzeciego piętra.
— Pani Agnieszko, mama znowu wyszła. W samej koszuli nocnej. Mówiła, iż idzie na pocztę odebrać list od pani. Stała przy bramie może z pół godziny.
Agnieszka postawiła kubek z kawą tak, iż płyn chlupnął na płytę indukcyjną. choćby nie wytarła. Złapała tylko kluczyki od samochodu i portfel. W przedpokoju jej wynajętej kawalerki na Mokotowie wciąż pachniało tym tanim odświeżaczem, który wieszała na klamce.
Trasa S8 w niedzielne popołudnie to zwykle koszmar. Tym razem też. Agnieszka siedziała w korku za Żyrardowem i patrzyła na swój telefon. Czternaście nieodebranych połączeń od matki. Zawsze dzwoniła wtedy, kiedy Agnieszka nie mogła odebrać. A potem zapominała, iż dzwoniła.
W Łodzi, na rogu Zachodniej i Legionów, znalazła matkę na przystanku tramwajowym. Kobieta siedziała na ławce pod wiatą, w kapciach, z płaszczem narzuconym na nocną koszulę. W rękach trzymała foliową torebkę, a w niej — pęknięte okulary. Torebka była pusta.
— Jadę do ciebie — powiedziała matka, zupełnie jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. — Chciałam ci przywieźć świeże jagody. Bo ty zawsze lubiłaś jagody.
Agnieszka nie krzyczała. W piersi miała taki ciężar, iż ledwo łapała oddech. Pomogła matce wsiąść do samochodu. Kiedy wracały do domu, matka opowiadała, jak w latach osiemdziesiątych pracowała w zakładach „Poltex” i jak na jednej nocnej zmianie uratowała krosno przed awarią. Agnieszka znała to opowiadanie na pamięć. Kiedyś powiedziałaby: „Mamo, mówiłaś to sto razy”. Tym razem milczała. Zaciskała palce na kierownicy, aż zbielały jej knykcie.
W przedpokoju paliła się tylko jedna żarówka. Druga wisiała martwa od trzech tygodni. Matka zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła, chociaż wieszak stał pół metra dalej. Agnieszka zagryzła wargę.
Wieczorem zadzwoniła Marta, starsza siostra.
— Słyszałam o dzisiejszym — zaczęła, jakby relacjonowała notowania giełdowe. — Musimy coś postanowić. Sprzedajemy mieszkanie, mamę oddajemy do ośrodka w Zgierzu. Nie zamierzam rezygnować z życia tylko dlatego, iż ona nie pamięta, gdzie jest kuchnia.
— Nie sprzedajemy mieszkania — Agnieszka powiedziała to cicho, ale każde słowo było jak wbijany gwóźdź.
— To może ty do niej wróć? — Marta parsknęła. — Rzuć swoją pracę w banku i siedź przy niej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Zobaczymy, ile wytrzymasz.
Marta rozłączyła się pierwsza. Agnieszka została sama w kuchni. Na stole leżał wydruk umowy kredytowej na nowy samochód, który miała podpisać do poniedziałku. Odłożyła go do szuflady, do tej, w której trzymała stare rachunki.
Tydzień później matka upadła na klatce schodowej. Trafiła do szpitala imienia Kopernika. Młody lekarz z brodą wyjaśnił, iż to demencja naczyniowa. Postępuje. Potrzebna jest stała opieka.
Agnieszka patrzyła na receptę. Jedna tabletka kosztowała dwanaście złotych, trzy razy dziennie. Wyjęła telefon i sprawdziła stan konta. Miała dwadzieścia cztery tysiące oszczędności. Na nic nie starczy.
Potem przyszedł SMS od Marty: „Znalazłam kupca. Dają 380 000 za całe mieszkanie. Dzielimy po połowie. Mama idzie do dobrego ośrodka. To jedyna opcja.”
Agnieszka przeczytała wiadomość trzy razy. Połowa z trzystu osiemdziesięciu tysięcy to sto dziewięćdziesiąt tysięcy. To byłaby jej ucieczka. Spłata karty, wynajem czegoś większego, może urlop. Ale nie.
Tej nocy, siedząc przy łóżku matki, usłyszała, jak starsza kobieta płacze. Nie przez sen. Matka leżała z otwartymi oczami i płakała bezradnie, jak dziecko, które zgubiło się w supermarkecie.
— Nie chcę umierać sama — powiedziała cicho matka, chociaż Agnieszka nie była pewna, czy mówi do niej, czy do kogoś, kto stał za oknem.
Agnieszka nic nie odpowiedziała. Bo co miała powiedzieć? Że wszystko będzie dobrze? Sama w to nie wierzyła.
Rano zadzwoniła do swojego szefa i wzięła urlop. Potem złożyła wypowiedzenie. Dostała odprawę: czterdzieści pięć tysięcy. Sprzedała swój sześcioletni samochód, toyotę, za dwadzieścia osiem tysięcy. Doliczyła wszystkie oszczędności. Brakowało dwunastu tysięcy, więc wzięła szybką pożyczkę na dwa lata z oprocentowaniem dziewięć i dziewięć dziesiątych procenta.
Potem umówiła się z notariuszem w Łodzi.
Marta przyjechała w eleganckiej garsonce, pachniała perfumami, których nazwy Agnieszka nie znała. Była przekonana, iż idą podpisać umowę sprzedaży całego mieszkania.
— Więc jednak doszłaś do wniosku, iż mam rację — uśmiechnęła się, kładąc torebkę na biurku notariusza.
Agnieszka położyła przed sobą plik dokumentów. Notariusz, starszy mężczyzna w okularach, odchrząknął.
— Zgromadziliśmy się, aby zawrzeć umowę sprzedaży udziału w nieruchomości położonej przy ulicy Wschodniej dwanaście mieszkania cztery w Łodzi. Pani Marta Jankowska sprzedaje swój udział wynoszący jedną drugą na rzecz pani Agnieszki Jankowskiej.
Marta przestała się uśmiechać.
— Co to jest? — spytała.
Agnieszka podniosła telefon i pokazała ekran z przelewem.
— To znaczy, iż kupuję twoją połowę. Właśnie teraz, na twoje konto, weszło sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Możesz sprawdzić.
Marta chwyciła telefon. Palce jej drżały, kiedy otwierała aplikację bankową. Kwota się zgadzała.
— Ty… — zaczęła, ale nie dokończyła. Jej twarz zrobiła się biała jak kartka, na której miała podpisać. — Ty kupiłaś to mieszkanie?!
— Nie całe. Tylko twoją połowę — Agnieszka mówiła cicho, ale każdy dźwięk brzmiał jak wyrok. — Żeby mama miała gdzie wrócić. I żeby nikt nie mógł jej stamtąd zabrać.
Marta stała jeszcze przez chwilę. Potem złapała torebkę, wstała tak gwałtownie, iż krzesło się przewróciło.
— Zwariowałaś! Zniszczysz sobie życie dla niej? Ona choćby nie pamięta, jak masz na imię!
— Pamięta. Wczoraj spytała, czy przyjdę na obiad. Ugotowała rosół. Tak, jak lubię.
Marta wyszła. Trzasnęły drzwi. Notariusz poprawił okulary.
— To cóż, podpisujemy?
Agnieszka podpisała. Długopis zostawił na papierze ciemny ślad. Kiedy wyprostowała plecy, zobaczyła w szybie okna odbicie swojej twarzy. Wyglądała starzej, ale nie smutno.
Potem pojechała do matki.
Matka siedziała w fotelu, na kolanach trzymała album ze zdjęciami. Oglądała fotografie z lat siedemdziesiątych, na których była młoda, w sukience w grochy, z wysoko upiętymi włosami.
— To ja? — spytała, wskazując na zdjęcie.
— Tak, mamo. To ty. Miałaś wtedy dwadzieścia cztery lata.
— Ładna byłam.
— przez cały czas jesteś.
Matka uśmiechnęła się, a potem, zupełnie bez związku, powiedziała:
— Muszę ci coś dać.
Wstała, podeszła do kredensu i wyjęła z szuflady stary grzebień. Drewniany, z powyginanymi zębami.
— Siadaj.
Agnieszka usiadła na taborecie. Matka stanęła za nią i zaczęła czesać jej włosy. Długimi, powolnymi ruchami, jak wtedy, gdy Agnieszka miała siedem lat i bała się pierwszego dnia szkoły.
— Nie denerwuj się — mówiła matka, chociaż Agnieszka wcale się nie denerwowała. — Wszystko będzie dobrze. Mama jest przy tobie.
Agnieszka patrzyła na swoje dłonie leżące na kolanach. Nie płakała. Czuła, jak grzebień sunie po włosach, a każdy ząb zostawia na skórze ledwo wyczuwalny ślad.
Marta nigdy nie zadzwoniła. Ale tydzień później Agnieszka dostała od niej kartkę pocztową z Gdańska. Na odwrocie było tylko jedno zdanie: „Może i masz rację”. Bez podpisu.
Agnieszka schowała kartkę do tego samego kredensu, do szuflady, w której trzymała grzebień. Potem wzięła torbę i poszła na bazar kupić świeże jagody.
Kiedy wróciła, matka siedziała przy kuchennym stole i parzyła kawę zbożową. Na blacie stały dwie filiżanki.
— Wiedziałam, iż wrócisz — powiedziała matka. — Zawsze wracałaś na obiad.
Agnieszka postawiła na stole miskę z jagodami. I wtedy opowiedziała matce historię, którą sama wymyśliła. O tym, jak poleciały do Gdańska i jadły gofry na molo w Sopocie.
Matka słuchała, a potem roześmiała się:
— Przecież to było w zeszłym roku.
Nie było. Nigdy nie poleciały. Ale matka już sięgała po cukiernicę i nie patrząc, wsypała łyżeczkę cukru do kawy Agnieszki.
Agnieszka nie poprawiła. Wypiła słodszą niż zwykle.












